Rozbójnik na urzędzie

[Olsztyn, woj. śląskie, pow. częstochowski ]

Maćko Borkowic przysłużył się już Władysławowi Łokietkowi – zdobył dla niego parę grodów na pograniczu Wielkopolski i Śląska. Jeszcze większe usługi oddał Kazimierzowi Wielkiemu, który odwdzięczył mu się, mianując go wojewodą poznańskim. Niestety, w 1352 r. najpierw odwołał Maćka z urzędu, a ok. 1360 r. skazał na śmierć. Dlaczego? Czy powodem była konfederacja, którą Borkowic zawiązał w 1352 r.? A może ukarano go za zamordowanie wojewody kaliskiego Beniamina w 1354 r.? Czy chodziło raczej o napady na karawany kupieckie? O konfederacji stworzonej przez Maćka Borkowica napisano sporo, ale wciąż niewiele o niej wiadomo. Akt konfederacji podpisało 84 przedstawicieli największych rodów z Wielkopolski, przy czym wszyscy uroczyście zapewniali, że nie jest wymierzona przeciwko królowi, lecz przeciwko nowemu staroście generalnemu Wielkopolski Wierzbięcie z Paniewic. Może więc przyczyną okrutnej kary było morderstwo? Może Maćko rzeczywiście zabił wojewodę Beniamina? Tego wykluczyć się nie da, ale dlaczego w takim razie Kazimierz Wielki już po śmierci wojewody pozwolił Maćkowi towarzyszyć sobie w orszaku, gdy w 1358 r. objeżdżał Wielkopolskę?

Niezależnie od przyczyn – Maćko Borkowic śmierć miał straszną. Aresztowany prawdopodobnie w Kaliszu, został przewieziony do zamku w Olsztynie koło Częstochowy, który był dumą Kazimierza Wielkiego. Skazańca wtrącono do lochu, który mieścił się pod dominującą nad okolicą basztą. Na rozkaz króla Maćkowi dostarczano do celi tylko dzban wody i wiązkę siana. Na takiej diecie były wojewoda przeżył aż 40 dni, ale głód pomieszał mu ponoć zmysły. Miał kąsać i pożerać własne ciało, a jego jęki i przekleństwa słychać było w całym zamku. Do dziś stoi baszta, w której Maćko Borkowic zakończył życie.

Honorowy jeniec

[Złocieniec, woj. zachodniopomorskie, pow. drawski]

Rycerstwu i rycerzom wiele można zarzucić, ale jednego nie można im odmówić. Wszystko, co wiązało się z pojęciem honoru, traktowali bardzo poważnie. Przykład? Po bitwie pod Grunwaldem w ręce wojsk polsko-litewskich wpadło wielu jeńców. Tak wielu, że ani Polacy, ani też Litwini nie zamierzali wlec ich ze sobą pod Malbork i trzymać później w niewoli. Woleli puścić ich wolno, wcześniej jednak odebrali od nich przysięgę. Każdy musiał zaręczyć rycerskim słowem honoru, że na św. Michała (29 września) stawi się w Krakowie i odda w królewską niewolę. Niewielu nie przyjechało.

Wilhelm, książę Geldrii, dostał się do niewoli między Koszalinem a Sławnem, jednak wolności nie stracił podczas bitwy, lecz wskutek na wpół zbójeckiego napadu. 13 grudnia 1388 r., gdy zmierzał do Prus Krzyżackich, by wziąć udział w rejzie na Litwę, napadli na niego rycerze pomorscy, uprowadzili ze sobą i uwięzili na zamku w Złocieńcu. 

Krzyżacy robili wszystko, by jeńca uwolnić. Gdy nie pomogły perswazje i rokowania dyplomatyczne, wysłali do Złocieńca silny oddział zbrojny, który zdobył  zamek i oswobodził księcia, ale ten odmówił wyjścia na wolność. Zdumionym Krzyżakom oświadczył, że nie ruszy się z miejsca, bo porywaczom dał rycerskie słowo honoru, że Złocieńca nie opuści. Na nic się zdały tłumaczenia i perswazje dowódcy oddziału. Wilhelm nie zamierzał złamać słowa nawet wówczas, gdy Krzyżacy siłą zabrali go ze sobą do Tczewa. Czekający tam na niego wielki mistrz musiał nakazać... odwiezienie księcia z powrotem do Złocieńca. Niewolę Wilhelm opuścił dopiero w sierpniu 1389 roku, kiedy porywacze zwolnili go z danego im słowa.

Tajemnice Ericha Kocha

[Barczewo, woj. warmińsko-mazurskie, pow. olsztyński]

Po II wojnie światowej sądzono w Polsce kilku znacznych zbrodniarzy hitlerowskich i większość z nich wyprawiono na tamten świat. We wrześniu 1946 r. powieszono Arthura Greisera, w kwietniu 1947 r. Rudolfa Hössa, a w lutym 1952 r. Alberta Forstera. Tylko jeden ze skazanych na śmierć zbrodniarzy unikał kary. W więzieniu w Barczewie siedział Erich Koch i wodził za nos „geniuszy” z SB.

Koch nie różnił się niczym od innych wielbicieli Hitlera. Był nieukiem, prostakiem i megalomanem. Podczas wojny jako gauleiter Prus Wschod-nich dopuścił się tak wielu zbrodni, że nawet Niemcy protestowali. Ponoć obietnicą darowania życia skłaniał synów do wieszania własnych rodziców, po czym ich też zabijał. Gdy pod Królewiec, w którym rezydował, podchodzili Rosjanie, śmiercią groził każdemu, kto ośmieli się uciec z miasta, jednak sam cichcem je opuścił.

Ukrywał się w Niemczech pod fałszywym nazwiskiem, jednak w 1949 r. został rozpoznany i wydany Polsce. Trybunał w Warszawie skazał go na karę śmierci, ale wyroku nigdy nie wykonano. Kocha osadzono w więzieniu w Barczewie, gdzie przebywał aż do naturalnej śmierci w 1986 r. W czasach, gdy z taką zajadłością szykanowano przedstawicieli opozycji, jemu nic się nie stało i nie wiadomo, czemu to zawdzięczał. Ponoć znał sekret, który zgłębić chcieli zarówno Rosjanie, jak i polska służba bezpieczeństwa – miejsca ukrycia Bursztynowej Komnaty. Mówi się, że Koch sprytnie potrafił tę tajemnicę wykorzystać.

Wątpliwe, by była to prawda. Koch najprawdopodobniej nie orientował się, gdzie jest ten skarb i SB musiała o tym wiedzieć, a jeśli nawet nie wiedziała, to z czasem zdobyła pewność w tej kwestii. Do czego zatem potrzebny był PRL-owi żywy Erich Koch? Może znał inne, cenne dla komunistów sekrety – przecież przez pewien czas konkurował nawet z Hitlerem o przywództwo.

Męczennik sprawy narodowej

[Zamość, woj. lubelskie]