Isabella Dalla Ragione ma w swoim ogrodzie około 400 roślin, w tym 150 rodzajów drzew i  krzewów owocowych. Wyhodowane przez nią jabłonie, grusze, śliwy i nieszpułki były w  Umbrii, gdzie mieszka od lat, bardzo popularne. Dziś rosną już tylko w jej sadzie. Isabella jest z  wykształcenia agronomem, ale to, co robi, ociera się o  sztukę, antropologię i  filologię. Sama twierdzi, że zajmuje się archeologią drzew. Kontynuuje dzieło swego ojca – malarza i etnografa Livio Dalla Ragione, który pod koniec lat 60. XX w. kupił kilka hektarów ziemi. Jego marzeniem było ocalenie smaku i zapachu fig, czereśni, jabłek i gruszek, które znał z najmłodszych lat. Po śmierci ojca Isabella wciąż tropi ginące odmiany drzew owocowych i nasadza ich szczepy w ogrodzie, w którym spędziła dzieciństwo. Dzięki niej to, co było efemeryczną ideą artysty, przybrało kształt prawdziwego naukowego projektu, a smak owoców, które do niedawna można było oglądać wyłącznie na obrazach renesansowych i barokowych mistrzów pędzla, nie jest już tajemnicą. 

Raj utracony    

We Włoszech istniało kiedyś osiem tysięcy gatunków drzew owocowych. Żyjący w  epoce odrodzenia Medyceusze znali już tylko połowę z nich. Isabella odkryła, że w XIX w. w niewielkiej i  górzystej Umbrii było uprawianych 100 odmian jabłek. W każdym prawie ogrodzie rosły inne. Wychodzące za mąż dziewczęta dostawały szczepy z rodzinnego domu na wiano, rozpowszechniali je też mnisi z zakonów żebrzących. W początkach XX w. mieszkańcy Umbrii mogli posmakować już tylko 50 odmian jabłek. Dziś 80 proc. całkowitej produkcji tych owoców na Półwyspie Apenińskim opiera się na trzech gatunkach – Golden Delicious, Stark Delicious, Rome Beauty. W ostatniej dekadzie pojawiły się, powoli wypierające niewielką konkurencję, jabłka Fuji z Chin. „Czy aż tak trudno wyobrazić sobie dzień, w którym we Włoszech, w Europie, a może i w całym zachodnim świecie w sprzedaży będzie tylko ta jedna odmiana jabłek?” – zastanawia się Isabella. – „Człowiek zatraca zdolność rozróżniania smaków. Kto dziś odróżniłby różane jabłko (mela rosona) od jabłka kasztanowego (mela del castagno) czy gruszkę fiorentina od mbriaca? – pyta Isabella. Próbuję tej drugiej. Jest chrupiąca, kwaśnawa i winna. Gruszki, które kupuję w sklepie, są jak słodkawe masło i zupełnie inaczej wyglądają. Miał rację John Seabrook z tygodnika „The New Yorker”, twierdząc, że przypominające kucającego człowieka pękate, krępe gruszki fiorentina tak się mają do gruszek w supermarkecie jak supermodelki i supermodele z wybiegu do ludzi na ulicy.  

Śledztwo w galerii i w wąwozie

Historia każdego z drzew z ogrodu Isabelli spisana jest w książce pod tytułem „Tenendo innanzi frutta” (Mając przed sobą owoce). 

W ich wskrzeszaniu niezwykle pomocni okazali się renesansowi i barokowi malarze. Wyposażona w lupę Isabella godzinami analizowała ich zgromadzone w galeriach, pałacach i willach dzieła, studiując wygląd nieznanych jej odmian. Latami ślęczała też w bibliotekach, w tym w XVI-wiecznym archiwum rodu Bufalini w San Giustino, gdzie wertowała agronomiczne traktaty i stare botaniczne książki. Przydatne okazały się nie tylko dzieła specjalistyczne. Dzięki zapiskom Archimede Montanellego, muzyka wędrującego w  początkach XX wieku po Umbrii, odkryła starą odmianę brzoskwini. 

Po przestudiowaniu archiwalnych opisów i dzieł sztuki przyszedł czas na pracę w terenie. Wraz z ojcem wstawali o świcie i wyposażeni w aparat fotograficzny ruszali w  teren. – „Drzewa-matki rosły w miejscach trudno dostępnych, parowach, jarach, wąwozach, dziesiątki lat temu opuszczonych chłopskich zagrodach. Często tak wyschnięte, że nie było na nich ani jednej żywej, nadającej się na przeszczep gałązki. Musieliśmy czekać do wiosny, modląc się, aby drzewo przetrwało zimę” – wspomina Isabella. Kasztanową jabłoń (mela del castagno) odkryli w Casalini, w położonym na wzgórzach sadzie przeszło 90-letniego Angelo, rozmawiającego ze swoimi drzewami. Gruszkę fiorentina znaleźli w wiekowym sadzie ponad 80-letniej Sergi. Latami poszukiwali jabłoni rodzącej cierpkie i chrupiące jabłka o nazwie muso di bue, gruszki rodzącej winne owoce zwane mbriaca czy latorośli dającej winogrona o przydomku delle vecchie. W sumie odnaleźli 48 odmian jabłoni, 29 odmian grusz i 20 odmian drzew figowych. Isabella wciąż poluje jednak na figowca fico rondinino. Kiedyś dostała informację, że w miejscowości Bevagna koło Asyżu w klasztornej winnicy zachowało się jedno drzewko tego gatunku. Niestety, dotarła tam za późno. Siostry zakonne ścięły ponad 200-letnią roślinę i posadziły na jej miejscu dorodne drzewko kiwi. – „To smutne, bo kiwi to alochton, wywodzi się z Chin, we Włoszech zaczęto je uprawiać dopiero w  1970 roku. A figowce rosły u nas od zawsze. Jeszcze po wojnie robiono z ich drzewa chodaki dla dzieci, świeże figi jadło się z chlebem, przetwarzało na dżem, suszyło na zimę” – mówi Isabella. – „Poza tym już Pliniusz Starszy pisał, że dodają siły i zdrowia, a nawet opóźniają pojawienie się zmarszczek” – dodaje. 

Niepewna przyszłość smaku

 

Wraz z mężem i dwiema córkami Isabella mieszka dziś w Perugii. Dwa, trzy razy w tygodniu jeździ do oddalonego o  50 km San Lorenzo di Lerchi, aby – stosując wyłącznie naturalne metody – dbać o stworzony wspólnie z ojcem zaczarowany ogród. W jego utrzymaniu pomagają osoby prywatne – wszystkie drzewka w  ogrodzie zostały adoptowane. Czytając umieszczone na każdym z nich tabliczki informacyjne, dostrzegam znane nazwiska (np. gruszkę fiorentina wziął pod opiekę Gérard Depardieu). Każdy „rodzic” ma obowiązek odwiedzić swe drzewko przynajmniej raz na dwa lata, ma też prawo do zebrania plonów, pod warunkiem, że zostawi trzy owoce – dla drzewka, które je wydało, dla słońca i dla ziemi. Pomoc finansowa jest niezbędna, ale ani lokalne, ani państwowe władze i instytucje się z nią nie kwapią. – „Kiedy pół wieku temu mój ojciec wystąpił z ideą zachowania bogactwa smakowego, które jest przecież dziedzictwem kulturowym narodu, została ona uznana za kontrowersyjną. A dziś w świecie, w którym żywność jest produkowana przemysłowo, nie ma miejsca na różnorodność” – skarży się Isabella. 

Ta Włoszka parająca się archeologicznym ogrodnictwem nie popiera globalizacji i industrializacji rynku żywności. – „Włosi kupują czereśnie i brzoskwinie z Hiszpanii, gruszki z Argentyny, importowane pomarańcze. A nasi ogrodnicy bankrutują, bo nie mają zapewnionego zbytu. To błędna i krótkowzroczna polityka” – mówi Isabella, która martwi się również o los zwykłych zjadaczy owoców. 

Nie dość, że większość z nich nie zna smaku pigwy, nieszpułki, jujuby czy jarząbia, to dzisiejsza młodzież nie kojarzy już nawet tych nazw.