Przed cyfrową rewolucją fotografowanie wymagało ceremoniału, który w latach 90. był zupełnie naturalny, a z dzisiejszej perspektywy wygląda lekko dziwacznie. Przed każdą sesją fotograficzną należało zaopatrzyć się w film. Film musiał być świeży – długie leżenie źle wpływało na jego jakość (no chyba, że trzymaliśmy go w lodówce). Na jednej standardowej kliszy mieściły się trzy tuziny klatek. Po zrobieniu wszystkich zdjęć należało je wywołać – niemal nikt nie robił tego w domu, film zanosiło się do laboratorium. Aż trudno dziś uwierzyć, że komuś się chciało robić zdjęcia…

Dziś za cenę biletu do kina (niech będzie, że z kubełkiem popcornu) kupimy kartę, na której spokojnie zmieści się tysiąc zdjęć. Karty w lodówce trzymać nie musimy, wywoływać jej nie trzeba, obrazy można na niej zapisywać i kasować tysiące razy. Możemy też nagrać je sobie na płytę DVD albo przenośny twardy dysk, gdzie mieszczą się ich już setki tysięcy. Słowem: żyć nie umierać. Nigdy dotąd nie pstrykaliśmy tylu zdjęć. I, jak się okazuje, nie mamy najmniejszego pojęcia, co z nimi zrobić.

WIRTUALNE ALBUMY


Każda fotografia, metaforycznie mówiąc, „chce” być obejrzana. Taki jest bądź co bądź sens jej istnienia. Dlatego, próbując nadążyć za hurtową produkcją zdjęć, wymyślamy nowe sposoby ich ekspozycji. Głównie takie, w których wszystko od początku do końca pozostaje w cyfrowym świecie: znakomita większość fotografii nigdy nie dostąpi zaszczytu uwiecznienia na papierowej odbitce. Na ratunek fotoamatorowi tonącemu pod tonami (czy raczej gigabajtami) własnych zdjęć spieszy cały świat elektroniki – zarówno producenci sprzętu, jak i oprogramowania. Ci pierwsi wymyślili chociażby cyfrową ramkę na fotografie. Tutaj, w porównaniu z tradycyjnymi technologiami, „cyfrowe” nie znaczy ani „lepsze”, ani też „tańsze”. Przewaga takiej ramki jest wyłącznie ilościowa: miejsce na ścianie czy biurku jest okupowane nie przez jedno zdjęcie, ale przez całą (w praktyce właściwie nieograniczoną) wystawę.

Z kolei informatycy próbują dostarczyć narzędzi do panowania nad chaosem. Programy do zarządzania kolekcjami zdjęć wyrastają jak grzyby po deszczu. Znamiennym przykładem jest Windows Vista, nowy system operacyjny Microsoftu (na który koncern wydał tyle pieniędzy, ile swego czasu USA na wysłanie człowieka na Księżyc). Pozwala zrobić z fotografiami różne rzeczy, ale przede wszystkim je organizuje. Podobnie jak konkurencyjny (i darmowy) program ze stajni Google zwany Picasa.

POKAŻ SIĘ WSZYSTKIM


Kolejnym skutkiem cyfrowej rewolucji jest to, że prywatne zdjęcia przestały być prywatne. Coraz chętniej i coraz częściej je publikujemy, przede wszystkim w Internecie. Modnym dziś hasłem jest Web 2.0, czyli sieć, w której wszyscy jesteśmy nie tylko konsumentami, ale również twórcami. Flagowymi okrętami tego trendu są Wikipedia i YouTube, ale również Flickr: miejsce, gdzie każdy może wrzucić swoją kolekcję zdjęć. „Wrzucić” to dobre słowo, gdyż właściciel tej największej chyba na świecie galerii nie przemęcza się zarządzaniem. Autorzy zamieszczają, widzowie oceniają i tak to się kręci.

Właśnie tak zdjęcia docierają dziś do odbiorców: skojarzone z jakimiś słowami kluczowymi czają się w nadziei, że wyłowi je jakaś wyszukiwarka. I tu kolejny raz ilość sprawia, że zdjęcia giną w szumie. Wielu hurtowych pstrykaczy nie poświęci swoim zdjęciom nawet tyle czasu, by do każdego dodać kilka słów komentarza, np. „kot, czarny, pająk, zabójstwo” pod zdjęciem domowego zwierzaka z pająkiem w pysku. Oddanie tego zadania w ręce sztucznej inteligencji to tylko kwestia czasu. Ta jest, w porównaniu z ludzką, bardzo niedoskonała: nie potrafi odróżnić nawet psa od kota. Przykład nie został wzięty z powietrza: właśnie takie niedoskonałości programów rozpoznających obrazy wykorzystują administratorzy stron internetowych, by odróżnić żywych internautów od automatycznych programów, które wszędzie chciałyby wepchnąć niechciane reklamy. Z drugiej strony, istnieje już co najmniej jeden internetowy serwis, w którym można pokazać na zdjęciu „o, takich butów szukam”, a ten wynajdzie nam odpowiedni model w sklepach online. Zatem można spokojnie zakładać, że kiedyś sztuczna inteligencja zdejmie nam z barków ciężar segregowania zdjęć. Co i tak nie zmieni faktu, że wiele fotografii – ani filmów, bo popularność cyfrowych kamer wideo prowadzi do identycznego scenariusza – nigdy nie zostanie obejrzanych. Choć pewnie często nie jest to wielka strata...

Maciej Bójko