Ciągły brak pożywienia i ogromne napięcie dawały o sobie znać. Midler pisała: „Głód i nerwy chodzą ze sobą w parze. Wszyscy stali się wyjątkowo czuli i czupurni. A jako ukoronowanie naszej pieskiej doli wstąpiły ostatnio na scenę wszelkiego rodzaju wszy, pchły i inne robactwo. To ostatecznie wyciąga już resztki naszego dobrego humoru i cierpliwości do wytrwania”. Cybulski w rozmowie z Wacławem Gluthem- -Nowowiejskim, autorem książki „Nie umieraj do jutra”, wspominał: „Nie chciało nam się ruszyć z miejsca. W nocy szczury ogromne jak koty zaatakowały resztki kaszy z żelaznego zapasu. Próbowałem je odgonić, ale rzuciły się na mnie. Wycofałem się”. Grupę Goldsteina męczyły muchy nadlatujące z kanału. Chaim Icel pisał w „Bunkrze”: „Leżąc w ciągu dnia w ciemności, słyszeliśmy bzyczenie much o takim nasileniu, że budziło przerażenie. Gdy tylko zapalaliśmy światło, opadały nas i gryzły jak szalone. Właziły do uszu, nosa, ust. To była nieustanna walka. A najgorzej było w czasie posiłków. Jedną ręką należało pilnować miski, by nie dopuścić much do jedzenia, a drugą odganiać je z twarzy”. Każdy radził sobie z plagą po swojemu. Ignac obwiązał głowę szmatą, w której wyciął otwory na nos, oczy i usta.

Z NERWÓW

Walka o byt nie wypełniała całego czasu. „Życie – jeżeli można tak nazwać naszą sytuację – toczyło się w czasie długich nocy” – pisała Danuta Gałkowa. A Goldstein, cytując bunkrowy regulamin, wspominał: „W ciągu dnia zachowywać ciszę, nie rozmawiać, nie przemieszczać się. Dla nas dzień zaczyna się w nocy, kiedy jest całkiem ciemno”. Długie godziny bezczynności wypełniały rozmowy, w których wspominano dawne czasy i niedawne traumy – śmierć w getcie i obozach. Ludzie, którzy przypadkowo dzielili kryjówki, dzielili się i doświadczeniami. Z drugiej strony był to czas ogromnego napięcia, a świadomość bliskiej śmierci towarzyszyła wszystkim nieustannie. Daniel z grupy Goldsteina mówił: „Spędziłem całe lata w obozach. Na każdym kroku towarzyszyła mi śmierć. Trzeba było uważać, bo mogła przyjść z każdej strony. Każde przeoczenie, każda chwila nieuwagi mogły kosztować życie. Ale mimo to nerwy nie były tak naprężone, tak napięte, jak w tym bunkrze. Tu można zwariować...”. W sytuacji, w której nieodpowiedzialne zachowanie jednej osoby mogło przynieść zagładę wszystkim – łatwo było o konflikty. Do głosu dochodziły najgorsze instynkty.

Helena Midler była wykończona tym, że każdy dba o siebie, a wszyscy się kłócą o banalne kwestie w obliczu zagrożenia życia. „Cała ta wczorajsza kłótnia, owo rozliczenie się pieniężne nabiera coraz to śmieszniejszego, a zarazem boleśnie tragicznego charakteru w obliczu sytuacji, przed którą stoimy”. Granica pomiędzy solidarnością i egoizmem zbyt łatwo się zacierała. „Znów awantura między Wandą a Michalstwem co spowodowało u Wandy niesłychany wprost atak histeryczny, wśród którego odezwała się, że jeżeli przez nich będzie musiała wyjść i pierwszy Niemiec ją uderzy, wtedy nie zawaha się wydać nas. Później przede mną tłumaczyła się, że nigdy by tego w rzeczywistości nie zrobiła, a im groziła specjalnie, żeby jej nie śmieli prowokować. Niemniej samo odezwanie się tego rodzaju było wysoce niefortunne” – pisała Helena Midler. Obowiązywała bowiem zasada, że jeśli ktoś zostanie schwytany, to pod żadnym pozorem, nie może wydać innych. To „święta przysięga” – jak ją nazwał Goldstein.

URBAN LEGEND

Podpisywał się Ares. Samotnie mścił się na Niemcach. Manifestował obecność Polaków w zburzonym mieście. Często zmieniał kryjówki i działał w oddalonych od siebie punktach Śródmieścia. Robinsonowie, z którymi w latach 60. rozmawiał Wacław Gluth-Nowowiejski, wspominali postać superbohatera. Ze skrzyżowania ich opowieści narodziła się legenda. Zaczęło się 10 października. Niemcy wylegiwali się na gruzach, w przerwie grabienia i wypalania domów przy ul. Poznańskiej. Nagle z okna jednej kamienicy spadła na ziemię brązowa walizeczka. Po chwili silny wybuch wyrzucił w górę cegły. Trzech żołnierzy zginęło.

Reszta uciekła, ale po chwili wrócili, żeby odszukać sprawcę. Nikogo nie znaleźli, ale na parapecie zauważyli napis: Ares. Innym razem do miejsca, w którym gromadzili się esesmani, Ares przywlókł trupa niemieckiego żołnierza, a obok napisał po niemiecku: „To samo czeka każdego z was w Warszawie”. Zostawiał też inne hasła: „Składanie broni codziennie między 20–24” albo „Miny!”, albo „Ares jest duchem, nie materią – nie macie po co szukać”. Pewnego razu podszedł pod koszary i przez tubę zaczął wydawać dźwięki podobne do wycia syreny alarmowej. Kiedy Niemcy wyskakiwali zdezorientowani, z łatwością do nich celował. Trwało to chwilę, po której rozpoczęli pościg. Niemcy trafili wroga i prawie udało im się go schwytać, ale ten w ostatniej chwili wskoczył do kanału. Na kilka tygodni przepadł, najwidoczniej leczył rany. Ale powrócił w grudniu, urządzając przedstawienie na Brackiej. Na oknie budynku w podwórzu ustawił ogromny patefon i puścił płytę z wojskowymi marszami. Kiedy Niemcy się już zbiegli, zobaczyli wiszącą kukłę Hitlera z napisem „kaput”, a za chwilę usłyszeli z wnętrza wybuch, ściana kamienicy się zatrzęsła i zaczęła się na nich osuwać.