Ponad 30 lat temu naukowcy postanowili się przyjrzeć mieszanym rasowo małżeństwom na Hawajach. Prześledzili losy dziewczynek, które urodziły się w tych rodzinach. Jako dorosłe osoby bardzo często (zbyt często, by mógł być to przypadek) wybierały na męża mężczyznę o kolorze skóry podobnym do barwy skóry swego ojca. To samo działo się, jeśli zawierały małżeństwo powtórnie. Kilka lat później, podczas badań prowadzonych w Europie, okazało się, że z dużo starszymi od siebie mężczyznami chętnie wiążą się kobiety, których rodzice w momencie ich przyjścia na świat byli po trzydziestce. Czyżby u ludzi, tak jak u zwierząt, działał efekt imprintingu, czyli wdrukowania?

Na przykład jak u gęsi Konrada Lorenza. Pisklęta mogły uznać za rodzica niemal każdy poruszający się przedmiot, o ile nie widziały biologicznej matki i ojca. O wzorcu przyszłego partnera decydował bardzo krótki okres tuż po wykluciu się z jaja. Gdy gęsi dorosły do założenia rodziny, „zakochiwały się” nawet w piłce – o ile piłkę właśnie obserwowały jako pisklęta. U ssaków równie łatwo spowodować takie miłosne faux pas. Wystarczyło, że kozy wychowywały jagnięta, a owce koźlęta. Po pewnym czasie zwierzęta odłączono od przybranych matek i przeniesiono do stada złożonego z osobników własnego (biologicznego) gatunku. Mimo to samce już do końca swego życia bezowocnie uderzały w konkury nie do tych, co trzeba.Tylko u samic efekt wdrukowania z czasem wygasał. Najdalej po dwóch latach przebywania w swoim stadzie przyjmowały zaloty właściwych konkurentów.

Oczy po ojcu

W przyrodzie imprinting zwiększa szanse na przeżycie. Dzięki niemu młode zwierzęta błyskawicznie uczą się odróżniać rodziców od drapieżników i obcych tego samego gatunku, którzy także mogą je atakować. Imprintingu można się spodziewać tam, gdzie dorosłe osobniki opiekują się potomstwem, czyli przede wszystkim u ryb, ptaków i ssaków. Jak się okazuje, człowiek także nie jest od niego wolny. „Za okres podatny na wpojenie większość naukowców uznaje pierwsze dziesięć lat życia, ale nadal jest to tematem sporów” – mówi biolog i psycholog ewolucyjny Urszula Marcinkowska z University of Turku.

We wczesnym dzieciństwie powstaje wzorzec idealnego partnera. „Szablonem”, którym mierzona jest atrakcyjność pewnych cech partnera, jest ojciec albo matka. No właśnie, tylko pewnych cech! Bo przecież nie jesteśmy podatni na zakochiwanie się we własnych rodzicach. Nie czujemy fizycznego pociągu do ludzi, z którymi przebywamy blisko podczas wczesnego dzieciństwa, czyli ani do rodzeństwa, ani do rodziców. Nadmierne podobieństwo może oznaczać pokrewieństwo. A potomstwu bliskich krewnych grozi większe ryzyko chorób i przedwczesnej śmierci. O tej instynktownej seksualnej awersji pierwszy pisał w 1891 r. fiński socjobiolog Edward Westermarck w dziele „The History of Human Marriage”. Zjawisko to nazwano efektem Westermarcka. „Jak go pogodzić z dodatnim imprintingiem? Najprawdopodobniej mamy do czynienia z pewnym kompromisem” – tłumaczy Marcinkowska. Dodatni efekt wpojonego wzorca szczególnie silnie działa wobec takich cech jak kolor oczu i kolor włosów. „Przy czym mężczyzna jest bardziej podatny na imprinting niż kobieta. Powodów należy szukać w biologicznych podstawach zachowań człowieka. Mężczyźni częściej wchodzą w relacje seksualne, nie zakochując się, i bez porównania mniej inwestują w dzieci, więc decyzję o wyborze partnera mogą podejmować bardziej lekkomyślnie niż kobiety. Ryzyko związane z pokrewieństwem partnera dotyczy ich w mniejszym stopniu. Co nie oznacza, że każdy z nas musi szukać wyznaczonego w dzieciństwie wzorca” – mówi Marcinkowska. Nie każdy, ale większość tak, o czym świadczą statystyki.

Węgierski psycholog ewolucyjny prof. Tamas Bereczkei z University of Pecs prowadził pomiary twarzy zakochanych par. On i jego zespół mierzyli stosunek długości do szerokości twarzy, stosunek długości nosa, rozstawu oczu i szerokości ust do długości twarzy, po czym porównali je z pomiarami twarzy rodziców. Zauważyli, że kobiety wybierały na partnerów mężczyzn
podobnych do swoich ojców, zwracając uwagę przede wszystkim na środkową część twarzy. Naukowcy dowiedli także, że w wypadku kobiet imprinting działa wyraźniej, jeśli córka ma dobrą relację z ojcem.

Randka z Bradem Pittem

 

Sceptycy podnoszą jeszcze inną kwestię. Na dłuższą metę imprinting mógłby mieć fatalne skutki. Z definicji polega na wpojeniu wszystkich cech bez wyjątku – negatywnych i pozytywnych. Mechanizm promujący wady – na przykład niestabilność emocjonalną, słabe zdrowie, niską płodność – nie utrzymałby się. Wymarłby razem z osobnikami mającymi skłonność do imprintingu. Czy badania na zwierzętach cokolwiek tu wyjaśniają? U przepiórek wdrukowaniu ulegają wyłącznie cechy neutralne dla przetrwania gatunku, a więc takie, które nie są sygnałem biologicznej jakości. Być może u ludzi efekt ten działa wyłącznie wtedy, gdy kobieta i mężczyzna dokonują wyboru wśród równie dobrych pod względem genetycznym partnerów. I dopiero w takiej sytuacji bardziej atrakcyjny jest ten, kto przypomina rodzica.

I jeszcze jeden argument przeciwko: istnienie imprintingu u zwierząt to nie tylko przyspieszony kurs bezpieczeństwa, ale także gwarancja, że w miłosnych zapędach nie pomylą się gatunki. W wypadku ludzi to bez sensu, bo odkąd wymarli neandertalczycy, nie ma nikogo, z kim moglibyśmy się omyłkowo skrzyżować. Szympans okrzyknięty przez naukę naszym najbliższym krewnym nie spełnia wyśrubowanych kryteriów urody ani według pań, ani panów. „Psycholodzy ewolucyjni mają mnóstwo pomysłów i hipotez, ale nadal nie zweryfikowanych. Potrzebne są badania międzynarodowe i międzykontynentalne, także z użyciem nowoczesnych technik, takich jak funkcjonalny magnetyczny rezonans jądrowy czy kamera typu eye tracker, rejestrująca mikroruchy gałki ocznej i rozszerzanie się źrenicy. Dzięki tym metodom omijamy proces myślowy i otrzymujemy bardziej obiektywne pomiary” – mówi Urszula Marcinkowska. Strategia wyboru partnera to spuścizna po długiej historii bardziej i mniej udanych wyborów naszych prapraprzodków. Prace nad odpowiedzią na pytanie, w jakim stopniu biologia kieruje naszą głęboką potrzebą znalezienia kogoś podobnego do siebie, trwają.

Mit przeciwieństw, które się przyciągająBadania ostatnich dwudziestu lat dowodzą, że ludzie o podobnych cechach osobowości tworzą bardziej stabilne pary niż ci, którzy wiele wspólnego z sobą nie mają. Twarz, a precyzyjniej jej proporcje, uwidacznia pewne cechy osobowości, na przykład agresję. Może dlatego przyjęło się mówić, że długoletnie małżeństwa upodobniają się do siebie, a tymczasem jest to efekt uboczny ich podobnych osobowości. Mimo to jednym z mitów naszej kultury jest twierdzenie, że przeciwieństwa się przyciągają. Wbrew logice i „ludowej mądrości” mit to zaskakująco dobrze ugruntowany. Aż 77 proc. amerykańskich studentów psychologii poddanych badaniom wierzyło, że najchętniej pobierają się ludzie o przeciwnych cechach. Skąd się wzięło to przekonanie? Jego początków należy może szukać w bajce o królewiczu i Kopciuszku. Takie historie zawsze bardziej rozgrzewają serca niż opowieści o miłości pięknych, mądrych i bogatych do pięknych, mądrych i bogatych. Przyciągają się podobieństwa, a nie przeciwieństwa. Z kilkoma wyjątkami. Ponad statystyczną przeciętną osoba rozrzutna chętniej łączy się z dusigroszem. I vice
versa. Psycholog Elli Finkel nazywa to fatalnym fiskalnym przyciąganiem, które – jak łatwo się domyślić – związku nie
cementuje. Istnieją też przeciwieństwa, które w miarę zgodnie trwają razem. „O ile choleryk nie wytrzyma długo z flegmatykiem, sowa ze skowronkiem, bałaganiarz z pedantem, to już w pełnej harmonii mogą żyć z sobą osoba opiekuńcza i taka, która wymaga opieki. To jedne z cech komplementarnych, które rzeczywiście się uzupełniają, ale i na ten temat brakuje jednoznacznych wyników badań” – mówi psycholog dr Renata Maksymiuk z Zakładu Psychologii Społecznej na Uniwersytecie Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie.