Sytuacja w Europie jest stabilna, wrogów nie mamy, nic nie zagraża naszemu bezpieczeństwu, więc… najwyższy czas, aby unowocześnić armię, bo licho wie, co przyniosą następne lata. Tak jak w 1935 roku, gdy wielka przemiana objęła ówczesną armię. Wtedy też wydawało się spokojnie, choć już zza wschodniej granicy dochodził groźny pomruk radzieckiego niedźwiedzia. A był to rok dla Polski szczególny, gdyż w maju zmarł Józef Piłsudski, twórca odrodzonego państwa polskiego. I trwa dyskusja, czy to właśnie Piłsudski blokował zmiany w Wojsku Polskim, przez co stały się możliwe dopiero po jego śmierci? Trudno jednak było oczekiwać, że Polska odbudowująca się po ponad stu latach państwowego niebytu mogłaby konstruować i produkować nowoczesną broń i wydawać więcej na armię. Historia dowodzi jednak, że największą przeszkodą w unowocześnieniu wojska byli jego dowódcy. 

W każdym państwie najwyżsi oficerowie są największymi konserwatystami, niechętnymi wszelkim, a zwłaszcza rewolucyjnym zmianom. Bohater pierwszej wojny światowej marszałek Ferdinand Foch upierał się w 1914 roku, że „samoloty są dobre dla sportu”. Na szczęście szybko, jak przystało na wielkiego dowódcę, z tego poglądu zrezygnował. Generał Gustave Gamelin, Inspektor Generalny i zarazem szef francuskiego Sztabu Generalnego, przed wybuchem drugiej wojny światowej twierdził, że „czołgi są potrzebne. Sądzić jednak, że za pomocą czołgów przełamie się ugrupowanie wroga jest rzeczą niepoważną. (…) Co do lotnictwa to nie odegra ono tej roli, jaką przewidujecie”. A jako oficer odpowiedzialny za unowocześnienie francuskiego wojska, na co rząd przeznaczył gigantyczną kwotę 14 mld franków, narobił dużo szkody, o czym Francuzi przekonali się zbyt późno.

W  dodatku  postanowili naprawić ten błąd, oddając dowodzenie siłami zbrojnymi innemu generałowi o równie skostniałych poglądach, 73-letniemu Maxime Weygandowi.

A w Polsce, gdy ruszył program budowy nowoczessej armii, głośna stała się grupa obrońców kawalerii. Okazało się, że resentymenty kawaleryjskie są tak silne, iż blokują rozwój broni pancernej i zmotoryzowanie jednostek kawalerii. Tym bardziej że na korzyść ich argumentów przemawiał stan motoryzacji kraju: w 1939 roku w Polsce były 24 tysiące samochodów, w Niemczech – pół miliona. Pułkownik Aleksander Pragłowski, dzielny żołnierz o bogatej bojowej przeszłości, w 1934 roku pisał, że Zachód (skąd nadchodziły wieści o przekształcaniu kawaleryjskich dywizji w związki zmechanizowane) może wyrzekać się kawalerii, ale polscy dowódcy mają inny pogląd na rolę jazdy w nowoczesnej wojnie. 

Wykładowca Wyższej Szkoły Wojennej pułkownik dypl. Tadeusz Machalski pisał w 1937 roku: „Tam, gdzie nie będzie wielkich mas kawalerii, tam nie będzie i wielkich zwycięstw, małe zaś zwycięstwa nie powinny nas nęcić ani zadowalać”. 

A Ministerstwo Spraw Wojskowych w te głosy się wsłuchiwało. Departament Kawalerii ganił opowiadających się za zmechanizowaniem jazdy, uznając, że to jest „szkodliwe i przesadne”. I hojnie przeznaczano pieniądze na konie, a były to niemałe wydatki. Na sam owies przeznaczano rocznie 20 mln zł! Za te pieniądze można było zakupić 86 niezłych czołgów 7TP uzbrojonych w świetne armaty przeciwpancerne kalibru 37 mm (każdy z tych czołgów kosztował 231 tys. zł); w dniu wybuchu wojny mieliśmy zaledwie około 60 tych czołgów. A wszystkie wydatki na utrzymanie wojsk kawaleryjskich wynosiły 70 mln zł rocznie. 

Nie były to największe błędy. Te wnieśli do wojska politycy, którym jeszcze w 1939 roku marzyła się Polska mocarstwowa, mająca zamorskie kolonie. Ochrona konwojów wiozących stamtąd surowce wymagała odpowiedniej broni. I wydawano na nią grube miliony. Oceaniczny okręt podwodny „Orzeł” kosztował 21 milionów złotych, a mając zasięg siedmiu tysięcy mil morskich mógł przebywać w morzu przez miesiąc bez zawijania do bazy. Był jednak za duży na Bałtyk. A miał być jednym z wielu naszej kolonialnej floty. Drugim był  bliźniaczy okręt „Sęp”, zaś dowództwo marynarki wojennej planowało zakupienie jeszcze trzech okrętów podwodnych typu „Orzeł”, ale większych. Umowy na budowę dwóch takich jednostek podpisano w końcu 1938 roku ze stocznią w Hawrze, a o trzecim dyskutowano. 

Śniła nam się potężna flota nawodna zdolna rzucić wyzwanie Kriegsmarine. Dlatego wydano 13,3 mln zł na stawiacz min „Gryf”, który ze względu na silne uzbrojenie artyleryjskie (sześć dział kal. 120 mm) można było uznać za lekki krążownik. A tyle kosztowałyby cztery kutry torpedowe, które mogły być równie groźnym przeciwnikiem dużych okrętów. Można też było kupić siedemnaście samolotów torpedowo-bombowych, które jak dowiodły późniejsze działania na morzu, były nadzwyczaj groźnymi przeciwnikami największych okrętów.

Siły powietrzne floty były w fatalnym stanie. Miały zużyte i przestarzałe wodnosamoloty, które ze względu na niewielką prędkość i mały udźwig bomb praktycznie nie nadawały się do użytku. W 1937 roku zapadła decyzja o zakupie we Włoszech sześciu nowoczesnych wodnosamolotów Cant Z-506 B za 4,7 mln zł, lecz do wybuchu wojny dotarł do nas tylko jeden.

Ta lista błędów popełnionych w wielkim programie modernizacji wojska II RP była niesłychanie długa. Oby to była tylko historia…