Wielki Wódz Kim Ir Sen dzięki swemu geniuszowi odkrył, że Marks się pomylił – to nie byt określa świadomość, lecz idea. Wielki Wódz stworzył taką ideę, a gdy była już gotowa, stworzył świat, w którym nic nie mogło skalać jej czystości. I w tym świecie stworzył nowego człowieka, który jest szczęśliwy, bo ma świadomość, że nikomu nie żyje się tak dobrze jak jemu. Wielki Wódz odszedł, ale pozostawił ludowi to, co miał najcenniejszego – swego syna, Ukochanego Przywódcę Kim Dzong Ila.

Od pierwszej klasy dzieciom wpaja się ideologię dżucze (samowystarczalność), stanowiącą fundament, na którym zbudowano najbardziej ortodoksyjną dyktaturę komunistyczną w historii. Według jej założeń, Koreańska Republika Ludowo-Demokratyczna może wyłącznie własnymi siłami zbudować ustrój powszechnej sprawiedliwości, równości i dobrobytu. To oczywiście utopia, ale realizowana z tak fanatyczną gorliwością, że 24-milionowe społeczeństwo zostało w sposób doskonały odizolowane od świata, a życie jednostek poddane całkowitej kontroli i podporządkowane wszechwładzy państwa. „Wielki Brat”, którym George Orwell straszył Europejczyków, zmaterializował się w Azji.

STERYLNA BIAŁA PLAMA


System stworzony przez Kim Ir Sena i utrwalony przez jego syna jest ich oryginalnym „dziełem”, ale sprawia wrażenie skopiowanego z koszmarnej wizji „Roku 1984”. Tak jak w świecie Orwella społeczeństwo, w którym oficjalnie wszyscy są równi, dzieli się na trzy klasy.

Do pierwszej – rządzącej należą aktywiści partii komunistycznej, dowódcy wojskowi, funkcjonariusze aparatu bezpieczeństwa, wyżsi urzędnicy, dyplomaci, artyści, dziennikarze oraz członkowie ich rodzin. Tylko oni mogą korzystać z takich przywilejów, jak: prawo do samodzielnego mieszkania, zakupu telewizora, prenumeraty gazety, posiadania telefonu, studiowania, a przede wszystkim do otrzymywania przydziałów żywności wystarczających do zaspokojenia głodu. Prof. Waldemar J. Dziak, autor biografii obu Kimów, szacuje, że ta elita to 28% społeczeństwa.

Drugą klasę, którą Orwell nazywał „proletami”, tworzą robotnicy i chłopi. Ich jedynym zadaniem jest mordercza praca za równowartość 2–3 zł dziennie. Na samym dnie znajdują się „wrogowie ludu”, w większości potomkowie przedsiębiorców, urzędników i rolników z czasów przedrewolucyjnych. Kim Ir Sen uznał, że skażenie dawnymi nawykami i obyczajami znika dopiero w czwartym pokoleniu, więc synowie i wnuki „wyzyskiwaczy” muszą być zepchnięci na margines lub pod nadzorem strażników ciężko pracować. Do „wrogów ludu” zaliczono co czwartego Koreańczyka. Nie mają oni żadnej możliwości awansu do wyższej klasy, „proleci” mogą na to liczyć tylko w razie rozsławienia imienia kraju w świecie lub dokonania bohaterskich czynów.

Utrzymanie systemu, który odbiera człowiekowi wolność i nadzieję na zmianę losu, a jednocześnie wmawia mu, że dostąpił niebywałego szczęścia, gdyż żyje w „robotniczym raju”, jest możliwe dzięki nieustannej kontroli nie tylko nad tym, co ludzie robią i mówią, ale nawet co myślą. Zajmuje się tym potężna machina partyjno-państwowa, którą – jak u Orwella – można sprowadzić do czterech ministerstw: Prawdy, Miłości, Obfitości i Pokoju. Zgodnie z zasadami nowomowy, nazwy te stanowią dokładne przeciwieństwo tego, czym naprawdę zajmują się owe instytucje. Ich skuteczność jest jednak przerażająca. Władcy Korei Północnej udowodnili, że w czasach globalizacji i szpiegostwa satelitarnego może istnieć państwo, w którym gwałci się wszelkie prawa człowieka, a jednocześnie jest tak izolowane od świata, że nie wiadomo o nim prawie nic. Gdyby nie relacje uciekinierów, Korea Północna byłaby białą plamą na mapie.

MINISTERSTWO PRAWDY


„Piękną ideę można zapisać tylko na czystej karcie” – wywodził Kim Ir Sen. Ideą w tej obrazowej przenośni była dżucze, a czystą kartą ludzkie umysły. I jedynie ta idea miała w nich pozostać. Od zakończenia II wojny światowej w Korei Płn. nie wybudowano żadnej nowej świątyni, a tym, które istniały, pozwolono się rozsypać lub je zburzono. Mnichów i duchownych jako „wrogów ludu” z zapisanymi w umyśle „złymi” ideami zesłano do łagrów, wielu wymordowano. Na początku lat 60. XX w. ogłoszono, że „naród dobrowolnie wyrzekł się religii”. Brutalnie rozprawiono się z opozycją i ludźmi powątpiewającymi w nieomylność Wielkiego Wodza. Przez szczelnie zablokowane granice nie mogła się przecisnąć żadna obca myśl, zakazano wwozu gazet, książek, plakatów, kaset i płyt, nawet z innych państw komunistycznych. W bibliotekach uniwersyteckich jedyną, dostępną tylko dla wybranych, literaturą zagraniczną pozostały fachowe książki techniczne. Nieliczni cudzoziemcy, którym dziś pozwala się wjechać do kraju, muszą na lotnisku oddawać do depozytu telefony komórkowe. Ich „przewodnicy” nie dopuszczają do nawiązania jakichkolwiek kontaktów z tubylcami.

 

Dla Koreańczyków jedynym źródłem informacji ma być i – faktycznie jest – urzędowa propaganda. Każda próba kwestionowania jej wiarygodności grozi wieloletnim więzieniem lub obozem. Jak zauważa prof. Waldemar J. Dziak, w Korei „informacji się nie cenzuruje, lecz eliminuje i to totalnie”. Jeżeli uznano za dogmat, że państwo Kimów jest „robotniczym rajem”, nic nie może zakłócić tej wizji. Dlatego nie podaje się żadnych wiadomości o katastrofach czy przestępstwach, w latach 90. miliony umierały z głodu, ale w mediach nie było o tym wzmianki. Większość Koreańczyków nie wie, że rozpadł się ZSRR. Nie dowiedzą się tego z zagranicznych radiostacji ani telewizji, gdyż mają dostęp do odbiorników odbierających wyłącznie programy państwowe. Osoby prywatne nie mogą telefonować za granicę ani korzystać z Internetu, na wysłanie listu muszą uzyskać zgodę władz, korespondencja przychodząca jest cenzurowana. Takie pojęcie jak turystyka zagraniczna w ogóle nie istnieje, a po kraju wolno podróżować tylko na podstawie przepustek. Dyplomatów, studentów i polityków, którzy wyjechali za granicę, obowiązuje zakaz opowiadania o tym, co tam widzieli; za jego złamanie grozi degradacja do klasy „wrogów ludu” i surowe kary. Odmowa powrotu jest równoznaczna z zesłaniem do łagru rodziny.

MINISTERSTWO MIŁOŚCI


Nad tym, by ta wiara nie uległa zachwianiu, czuwa wszechobecna tajna policja. Jej agenci mogą zatrzymać każdego zawsze i wszędzie, przynależność do wyższych klas nie stanowi zabezpieczenia. Wręcz przeciwnie, co jakiś czas przeprowadzane są czystki na wszystkich szczeblach władzy, by nikt nie poczuł się pewnie. Z 22 członków pierwszego komunistycznego rządu 17 zostało skazanych na śmierć lub zmarło w obozie. Strąceni z piedestału podlegają procesowi, który Orwell nazwał „ewaporyzacją” – znikają nie tylko fizycznie, ale zacierane są ślady świadczące, że istnieli. Gazety, w których pojawiały się ich nazwiska, stają się niedostępne. Książki, których byli bohaterami, ukazują się w nowej wersji.

Zastępca Wielkiego Wodza Pak Hon-yong przez kilka lat był drugą osobą w państwie, ale gdy Kim Ir Sen dostrzegł w nim konkurenta, został z rodziną rozstrzelany, jego krewnych i znajomych zesłano do łagrów, podręczniki „poprawiono” i dziś jego nazwisko nikomu nie mówi już nic. Ponieważ mieszkań się nie kupuje, lecz dostaje z przydziału od państwa, władza ma prawo wchodzenia do nich, kiedy zechce, i przeprowadzania rewizji. By nie utrudniać pracy funkcjonariuszom, drzwi nie wolno zamykać na klucz. Nikt nie wie, co może zostać uznane za przestępstwo, bo kodeks karny jest tajny! Z opowieści uchodźców wynika, że karę dożywocia orzekano nawet za podarcie gazety ze zdjęciami przywódców – zgodnie z przepisami należy je składać w wyznaczonych miejscach. Szkolne czytanki opowiadają o strażaku, który rzucił się do płonącego domu, by wynieść portret Wielkiego Wodza i przypłacił ten czyn życiem. Kto w razie pożaru nie zechce go naśladować, może trafić do łagru.

Nawet najlepsza bezpieka nie zdołałaby jednak sprawdzić intencji milionów ludzi. Dlatego stworzono system inwigilacji doskonałej, w którym każdy obserwuje każdego. Gospodarstwa domowe podzielono na grupy po pięć. Ich mieszkańcy mają obowiązek spotykania się raz w tygodniu na zebraniach i przedstawienia tzw. bilansu życia. Oznacza to konieczność złożenia publicznej samokrytyki i donosów na sąsiadów. Uciekinierzy opowiadają, że ludzie zazwyczaj wyznają jeden własny, niezbyt poważny grzech i ujawniają dwa popełnione przez sąsiadów. Zawsze informują o tym, kto z kim się spotkał; nie ma więc możliwości skrytego przekazania wiadomości nieznajomym czy cudzoziemcom, a tym bardziej podzielenia się otrzymanymi od nich informacjami. System jest absolutnie szczelny, zwłaszcza że wyznaniom zawsze przysłuchuje się pracownik służby bezpieczeństwa.

MINISTERSTWO OBFITOŚCI


Północna Korea jest jedynym państwem Dalekiego Wschodu, które nie przeżyło cudu gospodarczego. Gdy ubożsi w surowce naturalne i żyzne ziemie sąsiedzi rozwijali się w szaleńczym tempie, ona pogrążała się w nędzy. Ze względu na blokadę informacyjną nie sposób podać dokładnych danych, ale organizacje humanitarne szacują, że w drugiej połowie lat 90. XX wieku zmarło tam z głodu 1–2 mln ludzi.

Nawet członkom klasy uprzywilejowanej zalecano „dla zdrowia” ograniczenie liczby posiłków do dwóch dziennie. Robotnikom w stolicy zmniejszono racje żywnościowe do 350 g ryżu, na prowincji do 100 g. Chłopi i „wrogowie ludu” nie otrzymywali nic, żywili się wywarami z kory i liści, wywiad Korei Południowej informował o gangach kanibali, którzy porywali i zjadali dzieci. Władza ani myślała przyznać się do fiaska polityki opartej na zlikwidowaniu własności prywatnej i rynku. Wręcz przeciwnie, resorty gospodarki, niczym orwellowskie Ministerstwo Obfitości, ogłaszały statystyki, z których wynikało, że jest lepiej, a dostawy żywności rosną.

W niektórych rejonach rzeczywiście tak było dzięki płynącej z zagranicy pomocy (jej źródło skrzętnie ukrywano). Wysłannicy Programu Żywnościowego ONZ, których wpuszczono tylko do wybranych miejsc, zapewne najmniej wyniszczonych, przedstawili wstrząsający raport. Praktycznie przestała istnieć służba zdrowia, w szpitalach brakowało podstawowych leków, w 90% przyczyną śmierci dzieci było niedożywienie, kobiety masowo prostytuowały się, by zarobić na garść ryżu lub kukurydzy, zagraniczną pomoc przechwytywały biurokracja i wojsko, a to, co pozostało w magazynach, łupiły bandy. Konstantin Pulikowski, przedstawiciel prezydenta Putina przy reżimie koreańskim, opublikował książkę „Orient Express”, w której ujawnił, że w apogeum klęski głodu Kim Dzong Il sprowadzał z Francji najdroższe wina i przy suto zastawionym stole biesiadował w objęciach młodych aktorek.

Gdy sytuacja stała się tragiczna, Ministerstwo Prawdy przekazało krzepiącą wiadomość – Ukochany Przywódca zaleca hodowanie kóz, które żywią się byle czym, szybko rosną i dają zdrowe mleko. Rada była na czasie, bo krowy pozdychały z głodu i nawet w sklepach dla dygnitarzy zabrakło nabiału. Bydło, jak wszystko, stanowi własność państwa, więc hodowcom nie wolno dokonywać jego uboju. Jeśli władze wydawały zezwolenie, mięso trafiało na stoły... klasy uprzywilejowanej. Większość Koreańczyków nigdy nie jadła wołowiny.

MINISTERSTWO POKOJU


Władza czasem wyjaśnia, dlaczego nie jest tak wspaniale, jak mogłoby być. Winę ponoszą „imperialiści amerykańscy”, którzy już opanowali południe kraju i dążą do podbicia Północy. Dlatego „miłujący pokój” Koreańczycy muszą poświęcić cząstkę swego dobrobytu, by przygotować się do odparcia inwazji. Nigdy nie dowiedzą się, że nikt nie zamierza na nich napadać, więc żyją w wywoływanej przez propagandę psychozie wojennej. Reżim wykorzystuje ją do łamania ostatnich prób samodzielnego myślenia. Wszyscy mężczyźni – z wyjątkiem wybranych przez partię do innych działań – są zobowiązani do odbycia służby wojskowej, która trwa od 5 do 8 lat i może być dowolnie przedłużana.

 

Po przekroczeniu bram koszar zostają całkowicie odizolowani od otoczenia i poddani fizyczno-ideologicznej tresurze. Bez pozwolenia nie wolno im robić nic, nawet przejść z miejsca na miejsce. Oprócz musztry i ćwiczeń codziennie aplikuje się im kilkugodzinne pranie mózgu. By stali się odpowiednio „twardzi”, nie mogą kontaktować się z cywilami, mają jedynie prawo do przyjęcia kilku listów od rodzin, ale w ramach zacieśniania więzów braterstwa muszą je odczytywać kolegom. W armii służy 1,2 mln ludzi, co czyni ją jedną z największych i najgroźniejszych formacji militarnych świata. Na jej utrzymanie przeznacza się jedną czwartą budżetu państwa, co do reszty rujnuje gospodarkę. Wszyscy mężczyźni do ukończenia 60 lat muszą odbywać służbę w organizacjach paramilitarnych i są regularnie wzywani na ćwiczenia lub szkolenia ideologiczne. Korea Północna w każdej chwili może powołać pod broń 6 milionów ludzi.

Kazimierz Pytko