Wrzesień 2011 roku – przez media przetacza się sensacyjna informacja: Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, koordynując międzynarodową akcję, wspólnie ze służbami Czech, Litwy i Ukrainy zlikwidowała kilkudziesięcioosobowy gang, zajmujący się importem towarów, oszustwami celnymi oraz nielegalnym transferem pieniędzy za granicę. To temat dnia, telewizja pokazuje przebitki z gigantycznego centrum handlu hurtowego w Wólce Kosowskiej, stosy kontenerów, relacje z konferencji prasowej. ABW sypie szokującymi szczegółami: przez dwa lata gang „parabankowców” miał wywieźć z Polski co najmniej 1,5 mld zł, w Wólce działa 1400 wietnamskich firm, ponad połowa z nich nigdy nie złożyła zeznań podatkowych. Jednak po chwilowym zainteresowaniu temat zniknął z serwisów informacyjnych i prawie wszyscy o nim zapomnieli.

To nie mafia. To agenci

Rozmowa z funkcjonariuszami Agencji, którzy od trzech lat rozpracowują i obserwują Wietnamczyków działających w parabankach z Wólki Kosowskiej, ujawnia zaskakujące fakty. Oficerowie szybko doszli do wniosku, że ich przeciwnicy to ktoś więcej niż zwykli, chociaż działający na ogromną skalę, oszuści.

– Oni zachowują się tak jak osoby po przeszkoleniu kontrwywiadowczym. Potrafią sprawdzać, czy ciągną za sobą „ogon”, stosują kontrobserwację, działania osłonowe – mówi oficer ABW zaangażowany w śledztwo. – Ci „parabankowcy” świetnie się maskują. Śledziliśmy faceta ubranego jak ostatni łach, który miał w torbie kilka milionów. Autentycznie wahaliśmy się do ostatniej chwili, czy go zatrzymywać, bo trudno było uwierzyć, że to właśnie osoba, której szukamy – dodaje funkcjonariusz.

Czyżby mafię oszustów z Wólki tworzyli ludzie mający coś wspólnego z agencjami wywiadowczymi? Już w 2009 r. Robert Krzysztoń z Sekcji Dalekiego Wschodu Instytutu im. I.J. Paderewskiego opublikował analizę wietnamskiej emigracji, wskazując wprost, że komunistyczny reżim z Hanoi z premedytacją ją organizuje oraz kontroluje za pomocą swoich służb.

W ten sposób własnych obywateli zamienia w pracujących poza granicami niewolników – przynoszących państwu fortunę w dewizach. Emigranci muszą płacić za zdobycie paszportu, za wywóz z Wietnamu, potajemny przerzut do państw europejskich, które niechętnie dają wizy ubogim Wietnamczykom. Organizatorzy naliczają rosnący stale dług, który emigrant musi „odpracować”. Przykładowo – wynajęcie boksu handlowego w Wólce to koszt kilkudziesięciu do stu tys. dolarów płatnych mafii. Nielegalny emigrant nie ma wyboru: nie ma dokumentów, pieniędzy, nie ma dokąd uciec. Jest w potrzasku, więc zgadza się pracować dla gangu – w Polsce i tak jest mu lepiej niż w ojczyźnie.

Wietnamska mafia ma oprócz oszustw drugi znak firmowy: praktycznie zmonopolizowała „przemysłową” hodowlę marihuany. Mowa  o wielkich „farmach”, gdzie nawadnianiem, lampami grzewczymi, wentylacją kierują komputery, a całość mieści się w wynajętych willach i przynosi do miliona złotych dochodu miesięcznie. Nawet hodowane tam odmiany marihuany nie są zwykłe, ale genetycznie modyfikowane, aby zawierały więcej halucynogennego czynnika THC. Policjanci, likwidując takie uprawy, zawsze łapali kilku wietnamskich „robotników” – z reguły nieposiadających żadnych dokumentów. – I mówi taki, że nazywa się Minh czy jakoś tak, ale kiedy chcemy to potwierdzić w przedstawicielstwie dyplomatycznym Wietnamu, to w 95 procentach przypadków nie dostajemy żadnej odpowiedzi. Człowiek idzie do więzienia pod nazwiskiem Minh, ale kto to jest naprawdę? – zastanawia się policjant.

Czy taki brak współpracy ze strony oficjalnych wietnamskich instytucji to przypadek? Robert Krzysztoń wyjaśnia w analizie, że ambasada identyfikuje swoich obywateli tylko wtedy, kiedy chce ich szybkiej deportacji do Wietnamu. „Jak nietrudno się domyślić, ambasada w mgnieniu oka »rozpoznaje« takie osoby, które okazały się także na emigracji uciążliwe dla reżimu. Dane ich są potwierdzane, choć często nie są to dane prawdziwe (ambasada i tak wie, z kim ma do czynienia). Jeśli natomiast emigrant jest potulny, z punktu widzenia reżimu jest nade wszystko dawcą pracy i profitów, które ciągną z niej funkcjonariusze. Takiego człowieka ambasada zatem nie »rozpoznaje«” – pisał Krzysztoń.

Dla funkcjonariuszy ABW, drążących sprawę Wólki, te informacje nie są zaskoczeniem. Czy wietnamska mafia współpracuje lub wręcz jest kontrolowana przez wietnamskie MSW? Skąd oszuści znają tajniki pracy operacyjnej?

– Pytanie zawiera odpowiedź. Tak, przy tym śledztwie pracują ludzie nie tylko od przestępczości ekonomicznej, ale i kontrwywiadu. A swoją drogą państwo Wietnam oficjalnie wykazuje ogromną nadwyżkę dewiz. Można się domyślać, skąd mają te pieniądze – pada wyjaśnienie oficera ABW.