Ewelina Zambrzycka-Kościelnicka, Focus: Czy wie pan, że astronomowie z Watykańskiego Obserwatorium Astronomicznego napisali książkę zatytułowaną „Czy ochrzciłbyś kosmitę?”?

dr Seth Shostak: Tak, napisał ją Guy Consolmagno, astrofizyk, z którym łączą mnie bardzo ciepłe stosunki. To zresztą ja zadałem mu kiedyś pytanie, czy gdyby zetknął się z jakimś przedstawicielem obcej cywilizacji, to czy chciałby go namaścić na chrześcijanina.

I co odpowiedział?

- Że gdyby obcy o to poprosił, to czemu nie?

Myśli pan, że naprawdę istnieje jakieś życie poza Ziemią?

- Jestem pewny, że nawet w Układzie Słonecznym nie jesteśmy sami. Istnieje przynajmniej kilka miejsc, w których jest życie. Oczywiście to nie jest rozwinięta cywilizacja stworzona przez inteligentne istoty, bo to już dawno byśmy odkryli, ale jakieś mikroby, bakterie. Księżyce Jowisza i Saturna, Wenus, a może także Mars – to wszystko miejsca, gdzie może coś się tlić.

A co z inteligentnym życiem? Program poszukiwania inteligencji pozaziemskiej działa od ponad 60 lat, a sam Instytut SETI został założony w 1984 r. i wciąż nic nie udało się znaleźć.

- Bo wbrew pozorom wcale nie jest tak łatwo trafić na inną rozwiniętą cywilizację, szukając jej na oślep i na odległość. Przywołajmy czasy sprzed ery wielkich odkryć geograficznych. Jeśli ktoś z Europy chciał się dowiedzieć, czy gdzieś tam są jakieś odległe ziemie, na których być może istnieją ludzie, mógł co najwyżej wrzucić do morza list w butelce z nadzieją, że ten list dotrze we właściwe miejsce i trafi do rąk człowieka, który w dodatku będzie w stanie tę wiadomość zrozumieć. Jaka była na to szansa? A jaka na to, że ten człowiek z odległych stron mu odpisze i list trafi do adresata?

Czyli SETI to takie łapanie listów w butelce?

- Nie tylko. Współpracujemy z NASA, Europejską Agencją Kosmiczną, Narodową Fundacją Nauki oraz firmami z Doliny Krzemowej, takimi jak Google czy IBM. SETI skupiało i skupia największe umysły naszych czasów, od Franka Drake’a, pomysłodawcy SETI i autora słynnego równania szacującego liczbę cywilizacji pozaziemskich, przez Carla Sagana, którego nazwisko nosi centrum studiów nad życiem w kosmosie, po Freemana Dysona i wielu innych. Jako ciekawostkę powiem ci, że Frank Drake mimo swojego wieku – a w tym roku skończy 90 lat – wciąż przychodzi do pracy. To, co robimy, jest żmudne, ale też wyjątkowo wciągające. Chociaż jeśli zredukować działalność SETI do jej podstaw, faktycznie próbujemy z wielkiego oceanu przestrzeni kosmicznej wyłowić list w butelce, który, jak wierzymy, ktoś mógł wysłać choćby przez przypadek.

A jeśli znajdziemy taki list, zweryfikujemy go i okaże się, że został nadany przez inną cywilizację, co wtedy?

- Nareszcie okaże się, że nie jesteśmy sami. Ludzie lubią myśleć o sobie, że są tacy wyjątkowi, bo jedyni. Tylko my wyewoluowaliśmy do istot rozumnych! Tylko my stworzyliśmy cywilizację! Tylko my mieszkamy w miejscu nadającym się do życia! Cała masa zbędnego samozachwytu. Jakbyśmy doprowadzili do tego rozmyślnie. To poczucie wyjątkowości nie robi nam dobrze, poza tym oparte jest na słabych przesłankach. W Drodze Mlecznej jest jakieś 400 mld gwiazd, wokół tych gwiazd orbitują planety. A Droga Mleczna jest tylko jedną ze 100 mld galaktyk. I naprawdę w tym ogromie świata mielibyśmy być tylko my?

 

 W 2015 r. sensację wywołały doniesienia o gwieździe Tabby, która gwałtownie zmieniała swą jasność. Spekulowano, że może ją otaczać sfera Dysona, czyli stworzona przez wysokorozwiniętą cywilizację megastruktura.

- Tabby rozpaliła naszą wyobraźnię. Bo jak wytłumaczyć to, że jej jasność zmieniała się o jakieś 20 proc.? Ciemniała i jaśniała na przemian. Sfera Dysona mogłaby być stworzona przez tak zaawansowaną cywilizację, że według skali Kardaszowa – określającej rozwój cywilizacji na podstawie ilości energii, jakiej potrzebuje – musi ona wykorzystywać energię całej gwiazdy. Robi wrażenie. Szaleństwo trwało jakiś rok, aż astronomom udało się ustalić, że to nie megakonstrukcja obcych powoduje spadek jasności gwiazdy, ale po prostu pył. Zwykły pył. Jak widać czasami zbyt wybujałe marzenia o kosmitach właśnie tak się kończą.

Ale załóżmy, że kiedyś trafimy na prawdziwą sferę Dysona lub inny przejaw inteligentnego życia w kosmosie. Jak będziemy się z tymi obcymi porozumiewali?

- Jeżeli nie są oni na takim poziomie rozwoju, że potrafią przemierzać przestrzeń w statkach przemieszczających się szybciej niż światło, szansa na komunikację z nimi jest mała. Załóżmy, że odbieramy sygnał z odległości tysiąca lat świetlnych, co jak na kosmiczne wielkości wcale nie jest daleko. Odbieramy go dzisiaj, ale ktoś, kto go wysłał, zrobił to tysiąc lat wcześniej! Udaje nam się odkodować wiadomość i odpowiedzieć na nią. I znowu, zanim dotrze do adresata, minie tysiąc lat. To tak, jakbyś odebrała wiadomość od biskupa Thietmara, autora kroniki dziejów Niemiec i Polski. Otwierasz ją, a tam średniowieczna łacina. I tak jesteś na wygranej pozycji, bo mając do dyspozycji słowniki i różnych mądrych ludzi możesz to zdekodować, co nie byłoby takie proste w przypadku wiadomości przesłanej przez obcą cywilizację. Wiesz, co napisał, ale jak masz mu wysłać odpowiedź? Przecież od dawna go nie ma! Tak samo to wygląda w przypadku komunikacji z odległą cywilizacją. Zanim odbierzemy sygnał i nadamy nowy, cała cywilizacja może zniknąć! A czekając na wiadomość zwrotną, my jako gatunek też możemy zniknąć.

Czyli nie potrzebujemy żadnego specjalnego, uniwersalnego języka, który posłuży nam do komunikacji z obcymi?

- Gdyby przyjąć wersję Hollywood, to i tak wszyscy kosmici mówią płynnie po angielsku, więc po co? A na poważnie, wielu ludzi tworzy takie uniwersalne języki, szukając sposobu na komunikację zrozumiałą dla każdego, bez naleciałości kulturowych. Moim zdaniem takim językiem są po prostu obrazki.

Sądziłam, że jako naukowiec powie pan, że tym uniwersalnym językiem wszechświata jest matematyka.

- Ona jest uniwersalna, tak samo jak fizyka. Ale jakoś nie mogę sobie wyobrazić równania matematycznego opisującego czym jest parlament lub prezydent, co to przyroda i jak się odczuwa radość. Za to wierzę, że wielu rzeczy można dowiedzieć się po prostu z obrazów, ze zdjęć. Jeśli stworzysz taki słownik obrazkowy, to wcześniej czy później każdemu uda się coś z niego zrozumieć, znaleźć jakieś analogie, zaczepienie. Zupełnie jak zrobili to ci, którzy odszyfrowywali egipskie hieroglify.

Czyli pomysł Carla Sagana, by wraz z sondami Voyager wysłać w kosmos złote płyty ze zdjęciami Ziemi, zarejestrowanymi dźwiękami i informacjami o naszym gatunku jest dobry? Z Voyagerem 2 wciąż mamy kontakt, choć znajduje się już o 18,5 mld km od Ziemi.

- To niekoniecznie był pomysł samego Sagana, ale jakoś tak się dzieje, że wiele wielkich idei przypisuje się właśnie jemu. Ogólnie jednak zgadzam się z tym pomysłem. Nie podoba mi się tylko jego wybiórczość. Wysyłając taki przekaz jak na sondach Voyager, jesteśmy fałszywi, ulizani, niepotrzebnie wystylizowani. Uważam, że jeśli chcemy przekazać innym cywilizacjom wiedzę na nasz temat,
powinniśmy wysłać im cały internet. Pojemne serwery Google’a, na których jest wszystko: od wyznań miłosnych po pornografię, od najnowszej nauki po wiarę w to, że Ziemia jest płaska, a szczepionki powodują autyzm. Dajmy im wszystko. Jeśli są rozwinięci, to zdekodują ten przekaz i faktycznie czegoś się o nas dowiedzą. Oczywiście jeśli chcemy, aby o nas wiedzieli.

 

Prof. Stephen Hawking przestrzegał nas przed kontaktem z obcą cywilizacją twierdząc, że jeśli się z jakąś zetkniemy, to będzie musiała być bardziej rozwinięta od naszej, co może prowadzić do tego, że po prostu podporządkuje nas sobie.

Ten przekaz Stephena faktycznie poszedł w świat i wywołał sporo zamieszania. No bo kto chciałby stać się kurą na czyjejś wielkiej fermie? Jednak Stephenowi nie chodziło o to, by nie szukać sygnałów obcych cywilizacji. Sam zresztą przecież włączył się w Breakthrough Listen, projekt poszukiwania pozaziemskiej inteligencji sponsorowany przez Yurija Milnera, rosyjskiego milionera. Hawking mówił nawet, że jest przekonany, iż gdzieś tam musi być życie. Chodziło mu jednak o to, by podsłuchiwać to inteligentne życie, lecz na wszelki wypadek nie informować o własnym istnieniu.
Już po śmierci Stephena korespondowałem z jego córką Lucy i powiedziała mi, że nie zgadzała się z tatą w tym względzie. Nie uważa, że powinniśmy się ukrywać i lękać ewentualnej konfrontacji, bo – jak każde zetknięcie z czymś nowym – spotkanie z pozaziemską inteligentną cywilizacją może nas bardzo wzbogacić. Poza tym dlaczego obcy mieliby nas zabijać albo przerabiać na kanapki tylko
dlatego, że jesteśmy od nich mniej rozwinięci? Moja złota rybka też jest mniej rozwinięta ode mnie, a jednak codziennie rano, gdy wchodzę do salonu, karmię ją, a nie wyciągam z akwarium i nie walę nią z całej siły w stół tylko dlatego, że nie może mi oddać.

Od ponad stu lat w przestrzeń idą generowane przez nas sygnały telewizyjne i radiowe. Czyli całkiem nieświadomie coś o sobie mówimy.

- Tak naprawdę sygnały, które faktycznie mogą zostać odebrane przez jakąś w miarę bliską cywilizację, zaczęliśmy wysyłać dopiero po drugiej wojnie światowej. Czyli powiedzmy, że od jakichś 70 lat coś tam o sobie mówimy. I faktycznie jacyś bardzo
rozwinięci kosmici mający do dyspozycji wyjątkowo czułe anteny mogą już o nas wiedzieć. Ale po pierwsze wcale nie muszą czuć potrzeby kontaktowania się z nami, nie widząc w tym żadnego interesu. Po drugie zakładając, że ich cywilizacja jest znacznie bardziej zaawansowana od naszej, mogą nie widzieć w nas partnerów do dialogu. Nam też nie przyszłoby do głowy kontaktować się z planetą, na której żyją drobnoustroje lub – żeby odejść od miniżycia – dinozaury o małych móżdżkach. Bo to, że my się mamy za superinteligentny gatunek ssaków naczelnych nie oznacza, że inni też muszą tak o nas myśleć. Naprawdę nie jesteśmy tak wyjątkowi, jak nam się wydaje.
 

dr Seth Shostak – astronom i astrofizyk, absolwent Uniwersytetu Princeton oraz Caltechu, związany z Instytutem SETI od początku jego istnienia. Autor  bestsellerowych książek popularnonaukowych, programów radiowych i telewizyjnych, edukator. Laureat licznych prestiżowych nagród, w tym tych za popularyzowanie nauki.