Jeśli zależy nam na idealnie dopasowanym dźwięku, możemy zainwestować 1700 zł w Nuraphone. Wyglądają one jak słuchawki nauszne, ale mają też wbudowany zestaw douszny. Po pierwszym założeniu i połączeniu ich z aplikacją mobilną Nuraphone robią nam badanie słuchu: emitują ciche dźwięki do naszych uszu i mierzą ich echo za pomocą wbudowanego superczułego mikrofonu. W ten sposób ustalają, na jakie częstotliwości jesteśmy najbardziej wrażliwi i wybierają najlepszy dla nas profil słuchania, który możemy nawet zobaczyć na wykresie.

Jakość dźwięku w takich słuchawkach jest bardzo dobra, ale mają również parę wad – są dość duże i ciężkie, co sprawia, że nadają się praktycznie tylko do użytku w domu, a nie np. podczas biegania. Nie przydadzą się też za bardzo do prowadzenia rozmów telefonicznych, ponieważ ich mikrofony skrzętnie tłumaczenie prosto do naszych uszu. Potrzebują do tego smartfona z systemem Android, aplikacją mobilną i dostępem do internetu. W teorii obsługują 40 różnych języków. W praktyce automatyczne tłumaczenie pozostawia wiele do życzenia. Poprawnie tłumaczone są tylko proste, pojedyncze zdania. Jeśli nasz rozmówca mówi szybko lub posługuje się bardziej skomplikowanymi konstrukcjami słownymi, oprogramowanie Pixel Buds zaczyna popełniać błędy.

Poza tym cały system jest po prostu niewygodny. Podczas dialogu nasz rozmówca mówi do smartfona, a my słyszymy tłumaczenie w słuchawkach. Żeby mu odpowiedzieć, musimy wygłosić swoją kwestię do smartfona, który z kolei odtworzy swoją kwestię przez głośnik i tak w kółko. Jeśli weźmiemy pod uwagę, że Pixel Buds kosztują ok. 700 zł, lepiej po prostu nadal korzystać z bezpłatnego Tłumacza Google w smartfonie. Inne firmy również próbowały stworzyć własną wersję rybki Babel.