To jest kulturowa zbrodnia. To nie jest izraelskie jedzenie, tylko arabskie. Najpierw Izraelczycy zajęli ziemię i wyczyścili ją etnicznie z Arabów. Teraz przywłaszczają sobie ich potrawy i kulturę, twierdząc, że też należy do nich. Wstyd! – napisał w 2018 r. na Twitterze James Zogby, założyciel arabsko-amerykańskiego instytutu w Waszyngtonie. Sprowokowała go do tego Rachel Ray, która w programie kulinarnym zaprezentowała talerz przystawek. Znalazły się na nim m.in. faszerowane liście winogron oraz dip z bakłażanów. Po tym jak nazwała ów zestaw „wyborem izraelskich przekąsek”, arabska społeczność zawrzała. Podobne emocje towarzyszyły aferze wokół menu linii lotniczych Virgin Atlantic.

Po protestach ze strony proizraelskich pasażerów zarząd firmy podjął decyzję o zmianie nazwy sałatki podawanej na pokładach samolotów. Kiedy „palestyńska sałatka kuskus” stała się „sałatką kuskus”, emocje opadły. Przyzwyczailiśmy się myśleć, że konflikty, także zbrojne, wybuchają z najpoważniejszych powodów – sporu o zasoby naturalne albo o terytoria. Jednak dyplomaci mają
pełne ręce roboty również dlatego, że – jak świat długi i szeroki – nie ma kraju, który nie stanąłby murem w obronie czegoś, co uważa za swoją narodową potrawę.

 

OD HUMUSU RĘCE PRECZ

Najbardziej zaciekłe kulinarne wojny Bliskiego Wschodu toczą się o humus. Popularna w większości krajów regionu pasta z ciecierzycy przez wielu ekspertów uważana jest za przekąskę pochodzącą z Bejrutu. Libańczykom rosła więc gula w gardle, kiedy w kartach dań zagranicznych restauracji widzieli swoją przystawkę pod szyldem „Kuchnia izraelska”. Czara goryczy przelała się w 2009 r., kiedy na francuskich targach handlowych Izraelczycy promowali humus jako swoją narodową specjalność. Wtedy się zagotowało. I to dosłownie: 250 libańskich kucharzy pod wodzą 50 szefów kuchni przyrządziło około 2000 kg ciecierzycowej pasty. Cel? Świat miał się dowiedzieć, że humus jest libański. Odpowiedź przyszła po kilku miesiącach.

W wiosce Abu Gosz niedaleko Jerozolimy odbyło się wielkie gotowanie. Na liście składników znalazło się 2,5 tony ciecierzycy, 1,5 tony pasty sezamowej, setki cytryn i wielka beczka czosnku. Przyrządzony z powyższych produktów humus ważył ponad cztery tony. Był dokładnie dwa razy większy od humusu libańskiego. Ostateczny kontratak okazał się miażdżący – w Libanie przyrządzono aż 10 452 kg humusu. Ilość nie była przypadkowa – liczba ta przełożona na kilometry kwadratowe odpowiada bowiem powierzchni kraju. Równolegle z pojedynkiem między kucharzami toczyły się potyczki dyplomatów. Bejrut zwrócił się do Unii Europejskiej z prośbą o zakwalifikowanie humusu jako potrawy libańskiej. Celem było uniemożliwienie innym krajom używania nazwy „humus” w odniesieniu do produkowanych u siebie past. W środowisku libańskiego stowarzyszenia przemysłowców powstał zaś pomysł wytoczenia procesu państwu Izrael o naruszenie praw autorskich do libańskich potraw.

Nazwa antyizraelskiej kampanii – „Ręce precz od naszych dań” – nie pozostawiała wątpliwości: społeczne emocje sięgnęły ze nitu. Donosząc o „trzeciej wojnie libańskiej”, skutecznie podgrzewała je również prasa.

 

OD WINIAKA PO ZIEMNIAKA

– Każda wspólnota powstaje wokół czegoś. Mogą to być wspólne idee, obyczaje, może to być wspólne miejsce zamieszkania. Wśród tych elementów znajduje się również wspólnota smaku. Tworzy się ona w sposób fizjologiczny – poprzez formowanie się w dzieciństwie kubków smakowych, a także w sposób kulturowy – poprzez obyczaje i rytuały związane z posiłkami – mówi prof. Aleksander Posern-Zieliński, etnolog i antropolog z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu. Narodowe potrawy od zawsze pozwalały odróżniać „naszych” od „obcych”. W dobie globalnej wioski, masowej emigracji i komercjalizacji zaczęły jednak przekraczać fizyczne i symboliczne granice. Narodziły się więc konflikty, których podłożem często jest pragnienie zachowania własnej odrębności.
Wiedzą coś o tym Peruwiańczycy, którzy od lat kruszą kopie z Chilijczykami o to, gdzie powstał pisco, czyli winiak ze sfermentowanych i poddanych destylacji winogron.

Chilijczycy twierdzą, że wymyśliło go starożytne plemię zamieszkujące dolinę Elqui. Peruwiańczycy zwracają uwagę, że zanim powstało pisco, na terenie ich kraju były już dolina i rzeka o tej samej nazwie. – Chile i Peru są skłócone od stuleci, a oliwy do ognia dolewa fakt, że kultury obu krajów są bardzo podobne. Takie drugorzędne elementy jak ten są więc dla tych społeczeństw bardzo ważne, bo to dzięki nim mogą się wyróżnić – mówi prof. Posern-Zieliński.