Spróbuj wyobrazić sobie, że cała ziemska woda została wlana do zwykłego wiadra (w rzeczywistości byłoby to bardzo okazałe naczynie – 1800 km wysokości i 1000 km średnicy). Teraz zanurz w tym wiadrze palec i wyjmij go. Ta kropla, która wisi na jego końcu, odpowiada mniej więcej globalnym zasobom wody nadającej się do picia. Przez długie tysiąclecia jej wielkość zbytnio się nie zmieniała dzięki cyklowi hydrologicznemu – nieustannemu krążeniu H2O między atmosferą, akwenami, glebą i istotami żywymi. Jednak rozwój naszej cywilizacji wraz ze zmianami klimatycznymi zaczęły niszczyć tę – jak się okazało, delikatną – równowagę.

Dziś trudno byłoby znaleźć zamieszkane przez ludzi miejsce na Ziemi, które nie ma bądź lada moment nie będzie miało problemów z zaopatrzeniem w wodę. Eksperci zaczęli przepowiadać, że o dostęp do niej wkrótce będą wybuchać międzynarodowe konflikty... Tylko czy to aby na pewno kwestia przyszłości? Wystarczy rzut oka na historię, by zrozumieć, że wodne wojny już od dawna są smutną rzeczywistością.

U źródeł Izraela

Dzieje naszego gatunku są nierozerwalnie związane z wodą. Swego czasu powstała nawet koncepcja, wedle której Homo sapiens miał być „wodną małpą”, zawdzięczającą swój wygląd i umiejętności nieustannemu taplaniu się w jeziorach, rzekach i morzach. Czy tak było – nie wiadomo, pewne jest natomiast, że nasi przodkowie często zamieszkiwali okolice zbiorników wodnych, żywiąc się szeroko rozumianymi owocami morza i migrując wzdłuż wybrzeży. Pierwsze wielkie cywilizacje też były nierozerwalnie związane z dolinami wielkich rzek w rejonie tzw. Żyznego Półksiężyca – od Egiptu przez Palestynę po Mezopotamię. Wszelkie konflikty zbrojne dotyczyły więc wody – przynajmniej pośrednio, bo „oficjalnym” powodem było zagarnięcie żyznych ziem wroga – od samego początku.

A bezpośrednio? Nie trzeba daleko szukać, bo przykładów dostarcza bardzo świeża historia. „Nie zdziwiła mnie informacja, że czterdzieści procent izraelskich zasobów wody pochodzi ze źródeł znajdujących się na palestyńskich terenach, które Izrael okupuje i nie chce oddać w ramach żadnego programu »ziemia za pokój«. Nie zdziwiło mnie, że rząd izraelski dostarcza wodę do położonych na pustyni osiedli żydowskich, a ogranicza dostęp do niej Palestyńczykom. To, co mnie zaskakuje, to brak informacji o rywalizacji o wodę na Bliskim Wschodzie” – pisze Clea Koff w książce „Pamięć kości”.

Bliski Wschód to nie jedyny gorący rejon. Napięcie między Indiami a Pakistanem w dużym stopniu wynika z trwającego od 1947 r. sporu o zasoby rzeki Indus. Część jej dopływów kontrolują Hindusi, część Pakistańczycy. Dla tych drugich Indus to najważniejsze źródło wody, wykorzystywanej do nawadniania pól i napędzania turbin elektrowni. Indyjscy politycy używają więc rzeki jako argumentu siły – jeśli Pakistan nie powstrzyma terrorystów na terenie Kaszmiru, Hindusi mogą zerwać dotychczasowe porozumienie i wybudować tamy na dopływach. W ten sposób mogliby odciąć sąsiadów od wody albo wywołać katastrofalne powodzie na ich terenach.  

Wysychająca planeta

Wojny wodne mogą wybuchnąć lada moment na Zakaukaziu czy w Afryce. Rachunek jest prosty – bez czystej wody nie ma rolnictwa, nie ma przemysłu, są za to np. choroby biegunkowe, które co roku zabijają na całym świecie trzy miliony dzieci.

To, co dzieje się na naszej planecie, nie wróży nam dobrze na przyszłość.Jednym z czynników jest globalne ocieplenie. Im wyższa temperatura, tym szybciej woda paruje, a para wodna w atmosferze to po prostu jeszcze jeden gaz cieplarniany. Wiadomo już, że skutki tego procesu mogą być dramatyczne. Wystarczy spojrzeć na afrykański Sahel – obszar znajdujący się na południe od Sahary, który jeszcze kilkadziesiąt lat temu był względnie zielony. Jednak od lat 60. XX wieku ilość opadów spadła i tak już zostało – w efekcie milion ludzi umarło z głodu. Naukowcy twierdzą, że nie mamy tu do czynienia z suszą (która ze swej natury jest okresowa), ale z szybkim przejściem do nowego klimatu.

Nie można jednak całej winy zrzucać na klimat (i ewentualnie spierać się, czy zachodzące w nim zmiany są naturalne, czy też wynikają z działalności człowieka). Aby to sobie uzmysłowić, wystarczy przyjrzeć się Australii. Z badań naukowców wynika, że ludzie zasiedlający ten kontynent od samego początku źle się obchodzili z jego delikatnym środowiskiem. Niszczenie naturalnej roślinności, by uzyskać tereny pod uprawy, zemściło się – woda zaczęła wsiąkać głębiej w glebę i „wyciągać” z niej zgromadzoną tam sól. W efekcie australijskie ziemie uprawne i rzeki stają się zbyt zasolone, by ludzie mogli z nich korzystać.