Mark Twain, pisarz i zarazem wielki propagator darwinowskiej teorii ewolucji, powiedział kiedyś, że my, ludzie, jesteśmy jedynymi zwierzętami toczącymi wojny. Cóż – kłopot w tym, że w tamtych czasach nie były jeszcze prowadzone systematyczne badania zachowań zwierząt, a zwłaszcza naczelnych. Dziś już wiemy, że pogląd Twaina, chociaż zasadniczo trafny, powinien zostać doprecyzowany.

Istotnie, jesteśmy jedynym gatunkiem, który prowadzi wojny, ale tylko jeśli przyjmiemy zawężoną, słownikową definicję tego terminu. Jeżeli natomiast zaakceptujemy definicję rozszerzoną, to nasza wyjątkowość znika, zaczynamy bowiem dzielić ten wątpliwy zaszczyt z szympansami.

Dwa modele przemocy

W szympansich społecznościach każdy osobnik jest świadom swego statusu, a ścisła hierarchia odgrywa w nich kluczową rolę. Najwyższe szczeble drabiny społecznej okupują najsilniejsze samce alfa, które mają zapewniony posłuch, ci na samym dole nie mają nic do powiedzenia. Osobniki dominujące mają więcej jedzenia, lepsze miejsca i więcej kontaktów seksualnych z atrakcyjniejszymi partnerkami (i partnerami). I zupełnie tak jak w naszym świecie – są też bardziej narażone na stres.

Ustalenie hierarchii odbywa się zwykle w drodze pełnych agresji pokazów siły, ale triumfują w nich zwykle osobniki nie tyle najsilniejsze, ile najbardziej nieustępliwe i najbardziej skore do zastraszania pozostałych członków społeczności. Część szympansich elit tworzą zwierzęta, które odziedziczyły wysoki status po ojcu lub matce alfie, ale zdarza się też, że na szczyt awansują „z nizin” najzdolniejsi intryganci, którym drogę w górę utorowały szczególne zdolności i umiejętności społeczne.

Biolodzy zaobserwowali dwa główne modele przemocy międzygrupowej wśród naczelnych; z grubsza można je określić jako „pawiani” i „szympansi”. U pawianów mamy do czynienia z silnie zrytualizowanymi zachowaniami i konflikty między tymi zwierzętami bardzo rzadko pociągają za sobą ofiary. Holenderski prymatolog J. van der Hoof był raz w kenijskim Gilgil świadkiem takiej „bitwy” między dwoma stadami pawianów oliwkowych (Papio anubis).

Zaczęło się od tego, że dwie grupy liczące od stu do stu kilkudziesięciu osobników ustawiły się w odległości niecałych stu metrów od siebie, po czym każda z nich starała się zastraszyć rywali, wykonując groźne gesty i wydając przeraźliwe okrzyki. Posłuchajmy van der Hoofa: „W pewnej chwili jedno stado gwałtownie ruszyło do przodu, wrzeszcząc coraz głośniej i coraz bardziej przenikliwie, i przegoniło drugie o jakieś 100 m”. Na tym impet ataku się wyczerpał, obie „tyraliery” uformowały się na nowo i po chwili do „szturmu” ruszyła ta grupa, która przed chwilą zrejterowała. Ten scenariusz: „atak” i „kontratak” (czyli tam-i-z-powrotem) powtórzył się jeszcze kilka razy przez jakąś godzinę, po czym pawiany zaczęły najwyraźniej tracić zainteresowanie całą historią.

 

Oba szeregi zaczęły błyskawicznie topnieć – zwierzęta rozchodziły się do własnych zajęć. Żadne nie odniosło nawet rany. Pawiany nie są pod tym względem wyjątkiem – podobne zachowania biolodzy zaobserwowali u wielu innych gatunków naczelnych. Jak to określają badacze, w takich interakcjach „więcej jest szczekania niż gryzienia”, co oznacza, że krew leje się stosunkowo rzadko.

Przemoc międzygrupowa u szympansów rządzi się natomiast zupełnie innymi prawami, choć sporo czasu minęło, nim prymatolodzy to dostrzegli, bo jeszcze w pierwszej połowie lat 70. XX w. dominowała kompletnie fałszywa, przesłodzona wizja życia w szympansich stadach, przywoływana zresztą często jako argument na rzecz z gruntu pokojowego charakteru także i naszych przodków w idyllicznym stanie natury. Wszystko zaczęło się zmieniać, gdy w roku 1974 Mzee Hilali Matama, starszy asystent w ośrodku badań nad szympansami Jane Goodall w tanzańskim Gombe, podpatrzył kilka ciekawych incydentów, których zrelacjonowanie zmusiło prymatologów do głębokiej rewizji dotychczasowych poglądów.

Otóż Matama był świadkiem, jak grupa złożona z ośmiu samców, penetrując okolicę, zdybała młodego samca Godiego siedzącego samotnie na drzewie. Ten próbował uciekać,ale nie dał rady – bardzo szybko został schwytany i praktycznie rozszarpany na strzępy. Napastnicy zostawili ofiarę jeszcze żywą, ale tylko po to, by zwierzak – strasznie cierpiąc – przez kilka dni wykrwawiał się na śmierć.

To wydarzenie stało się zarzewiem konfliktu między dwiema społecznościami szympansów (nazwanymi przez badaczy Kahama i Kasakela), zamieszkującymi sąsiednie terytoria. Przez cztery lata Kasakela powoli i systematycznie wypierali Kahama z ich terytorium, tocząc krwawą wojnę pozycyjną z intencją kompletnego wytępienia przeciwnika. Dramatyzmu całej sprawie dodaje to, że niewiele wcześniej obie te społeczności tworzyły jedną grupę, tak więc zabójcy i ich ofiary często doskonale się znali, jeszcze niedawno byli przyjaciółmi i sojusznikami.

 

Małpie szwadrony śmierci

Prowadzone przez wiele lat obserwacje pozwoliły naukowcom dość dokładnie odtworzyć modus operandi działań wojennych u szympansów. Cały ciężar walki spoczywa na niewielkich grupach samców, które regularnie patrolują granice własnego terytorium i od czasu do czasu wkraczają na obszary kontrolowane przez sąsiadów.

Zachowanie samców podczas takich rajdów jest bardzo charakterystyczne. W normalnych warunkach poruszające się w grupach szympansy zachowują się dość swobodnie i hałaśliwie i wędrują w sporym rozproszeniu. Tymczasem członkowie małpich „komand” przemieszczają się niemal bezgłośnie i bardzo ostrożnie, jeden za drugim w niewielkiej odległości. Co pewien czas grupa zatrzymuje się i starannie bada otoczenie, czasem specjalnie wchodząc w tym celu na drzewa. Niczym wytrawni tropiciele zwierzęta starannie przeglądają pozostawione wokół ślady, najwyraźniej by sprawdzić, czy w pobliżu nie kręci się jakiś obcy szympans  – np. obwąchują ziemię, poszukując ekskrementów, resztek pożywienia i śladów noclegu.

Kiedy taka banda napotka na swej drodze samotnego, a więc słabszego i de facto bezbronnego przedstawiciela innego stada, atakuje go i to po to, by zabić. Na agresję nie są narażone wyłącznie młode samice w rui (ale to chyba akurat nikogo nie dziwi), na wszystkich pozostałych napada się i to wyjątkowo brutalnie.

Prymatolog Martin Muller tak opisuje efekty ataku 10 szympansów na pojedynczego samca z sąsiedniej społeczności: „Tylko z przodu doliczyliśmy się ponad 30, niemal 40 ran. Był bity tak mocno, że widać było połamane żebra wystające z klatki piersiowej. Napastnicy wyrwali mu tchawicę i pazury oraz jądra. Najwyraźniej kilka samców musiało go przytrzymywać, podczas gdy pozostali się nad nim pastwili”.

Wiele ciekawych informacji można znaleźć w książce „Demoniczne samce” (jednym z jej autorów jest znany prymatolog Richard Wrangham). Czytamy tam: „Napady są dla szympansów emocjonującymi wydarzeniami, czego dowodzi ich pełne ożywienia, entuzjastyczne zachowanie. Okaleczanie ofiar wygląda zupełnie inaczej niż sporadyczne przejawy przemocy, jakie zdarzają się w trakcie sprzeczki między członkami tej samej społeczności. Podczas napadów na inne społeczności atakujący działają tak jak wtedy, gdy polują na małpy – z tą różnicą, że upatrzonym »łupem« jest osobnik należący do ich własnego gatunku. A te napaści, jak widzieliśmy, cechują się bezsensownym okrucieństwem: np. oddzieraniem pasów skóry, wykręcaniem kończyn aż do złamania czy też piciem krwi ofiary. Przypomina to czyny uważane wśród ludzi za niesłychane zbrodnie w czasie pokoju i okrucieństwa w czasie wojny”.

Takie zachowania nie przystają może do dzisiejszego, jakże wysublimowanego teatru wojny, ale bez wątpienia są zbliżone do form walki charakterystycznych dla grup łowców-zbieraczy. Można zatem wnosić, że nie odbiegają też daleko od tego, co czynili nasi przodkowie z epoki kamiennej. To, co w zachowaniu szympansów tak nas dziwi, to skala agresji i ewidentna intencja zadania śmierci, co wydaje się stanowić ich główną motywację do działania.

 

Nasze mroczne korzenie

Te intrygujące podobieństwa zachowań ludzi i szympansów mogą być przyczynkiem do dyskusji nad pochodzeniem człowieka. Oba nasze gatunki wywodzą się od wspólnego, czworonożnego jeszcze przodka, który przemierzał sawanny przed ok. 5 mln lat. Niezbyt wiele oczywiście o nim wiemy, ale analizując to, co łączy jego potomków, można pokusić się o pewne wnioski, zwłaszcza że w zachowaniach społecznych ludzi i szympansów można wskazać wiele uderzających wręcz podobieństw.

Tak więc oba gatunki są społeczne, oba żyją w silnie zhierarchizowanych społecznościach, na których szczycie znajdują się osobnicy cieszący się wysokim statusem, który i u ludzi, i u szympansów gwarantuje uprzywilejowany dostęp do cennych zasobów. Przywódcy (osobnicy alfa obu płci) uzyskują tę wysoką pozycję społeczną albo za sprawą dziedziczenia, albo dzięki wyjątkowej skuteczności (w uprawianiu „właściwej” polityki). I my, i szympansy jesteśmy zwierzętami bardzo ksenofobicznymi, a ta nieodparta skłonność do wrogości wobec obcych wydaje się wręcz wrodzona. Jeśli zaś tak jest, to musi ona stanowić część naszego genetycznego wyposażenia, a zatem stanowić jeden z elementów ludzkiej – i szympansiej, rzecz jasna – natury.

Porównania między ludźmi a szympansami nieco komplikuje fakt, że tak naprawdę istnieją dwa gatunki szympansów: szympans zwyczajny (Pan troglodytes) i bonobo (Pan paniscus), a co więcej, pod pewnymi przynajmniej względami te dwa gatunki różnią się niemal jak dzień i noc. Smuklejsze i  atrakcyjniejsze bonobo słyną z zamiłowania do seksu (uprawianego dla przyjemności; w repertuarze ich zachowań seksualnych znajdują się m.in. pocałunki z języczkiem, seks oralny i akty homoseksualne). Samice tego gatunku tworzą między sobą silne więzi (koalicje), w odróżnieniu od szympansic zwyczajnych, które w pełni podporządkowane są samcom – u bonobo tymczasem w zasadzie mamy do czynienia niemal z równouprawnieniem płci i nie zaobserwowano nigdy u tego gatunku zachowań dość powszechnych u szympansów zwyczajnych: przemocy wobec samic (również seksualnej) i zabijania dzieci.

Dieta bonobo składa się głównie z owoców i jedynie sporadycznie polują na drobne zwierzęta, podczas gdy szympansy zwyczajne organizują polowania dość regularnie, a ich łupem padają nie tylko małe gryzonie, ale też inne małpy, dzikie świnie oraz antylopy, na które polują w grupach. Trzeba też dodać, że w odróżnieniu od szympansów zwyczajnych bonobo zachowują się przyjaźnie również wobec członków innych małpich społeczności.

Wspólny przodek obu gatunków szympansów żył ok. 2,5 mln lat temu. Bardzo ważna byłaby odpowiedź na pytanie, czy bardziej przypominał on współczesnego szympansa zwyczajnego, czy bonobo; tym ważniejsza, że przodek owego wspólnego przodka należał również do naszej linii rodowej. Jeśli więc ta prehistoryczna małpa, od której rozeszły się linie rodowe Homo i Pan, bardziej przypominała zmysłowego i przyjaznego bonobo niż porywczego i patriarchalnego szympansa, mogłoby to oznaczać, że i w naszej naturze więcej jest łagodności niż brutalności. Niestety, wszystko, co wiadomo do tej pory, wskazuje, że taki bardziej budujący wariant ludzkiej natury jest jednak mało prawdopodobny.

Po pierwsze byłaby to wizja niespójna z tym, co łatwo zaobserwować dziś w naszym własnym gatunku: zhierarchizowana struktura społeczna, przemoc i ksenofobia, widoczne już na pierwszy rzut oka, wskazują (jakkolwiek trudno jest się z tym pogodzić), że bliżej nam do szympansów zwyczajnych niż do bonobo. Po drugie, mimo że genetycznie P. troglodytes i P. paniscus są nam równie bliskie, to na bardziej szympansi rodowód wskazują liczne świadectwa innych dyscyplin naukowych. Np. szympansy i goryle również miały wspólnego przodka, a skoro tak, to protoplasta szympansiej linii rodowej (czyli, jak pamiętacie, tej, z której wyłonił się również nasz gatunek) musiał przypominać goryla, choćby dlatego, że szympansom zwyczajnym jest znacznie bliżej do goryli niż ich smuklej zbudowanym kuzynom: wygląd, grupy krwi, charakterystyczne odgłosy, model rozwoju osobniczego i liczne szczegóły anatomiczne (odmienne niż u bonobo, a pod wieloma względami podobne do gorylich) wskazują na to dość jednoznacznie. W tej sytuacji trzeba uznać, że to raczej bonobo są ewolucyjną nowością.

 

Żołnierze są sexy

Badanie zachowań szympansów może nam pomóc odpowiedzieć na pytanie, na które wspólnie próbowali odpowiedzieć Albert Einstein i Zygmund Freud – ich korespondencja ukazała się w tomie pod tytułem „Dlaczego wojna?”. To pozornie proste pytanie można rozumieć na co najmniej trzy sposoby, choć rzecz jasna ta logiczna odrębność interpretacji nie oznacza, że perspektywy te są niepowiązane.

Możemy zatem zastanawiać się nad tym, jakie czynniki (mechanizmy) uruchamiają wojnę. Co takiego „przestawia przełącznik”, który włącza masową przemoc? W drugim wariancie mamy do czynienia z pytaniem stricte biologicznym: jak – jeśli w ogóle – wojny przyczyniały się do sukcesu reprodukcyjnego naszych przodków? Wreszcie pozostaje perspektywa psychologiczna: co w psychice ludzkiej sprawia, że wojna jest w ogóle możliwa?

Odpowiedź na pierwsze pytanie jest oczywista. Szympansy atakują się, aby zdobyć (i  utrzymać) dostęp do zasobów niezbędnych dla siebie i rodziny. Odstraszając lub eksterminując rywali, stado szympansów może zdobyć terytorium, a dodatkowo przejąć dla siebie płodne samice. Najazd na cudzy rewir pełni również funkcje profilaktyczne – jeśli my nie urządzimy rajdu na sąsiadów, oni zaczną napadać nas. Analogiczne motywacje konfliktów występują także wśród ludzi, zarówno na poziomie utarczek międzyplemiennych, jak i wielkich bitew czasów nowożytnych. Agresorzy dążą do pozyskania zasobów – tak terytoriów i paliw kopalnych, jak religijnych czy ideologicznych konwertytów.

W naszym przypadku sprawę komplikuje m.in. fakt, iż potencjalna zdobycz może być jedynie produktem czystej imaginacji. Szympansy nie walczą o wyimaginowane drzewa owocowe i choćby pod tym względem bardzo różnią się od hiszpańskich konkwistadorów, którzy w poszukiwaniu mitycznego El Dorado przebili się przez całą Amerykę Środkową, niszcząc po drodze wysoko rozwinięte cywilizacje tego regionu. Ludzie walczą o zasoby i o idee zasobów – w końcu przecież nawet coś tak nienamacalnego jak „honor narodu” może stać się wystarczającym uzasadnieniem agresji.

Odpowiedź na drugie pytanie też nie jest trudna. Niemal sto lat temu Mark Twain zwięźle ją sformułował: „Jesteśmy tylko mieszaniną tego, co pozostało po naszych nieistniejących już przodkach”. Odziedziczyliśmy nasz wojowniczy charakter po hordach grasujących w prehistorycznych czasach osobników, którzy potrafili zabijać swoich bliźnich i zabierać ich zasoby. Tacy osobnicy odnosili sukces, a bardziej pacyfistycznie nastawieni współmieszkańcy sawann zostali skazani na ewolucyjną porażkę.

Kolejnym powodem, dla którego wojna stała się integralnym elementem naszej natury, jest jej bliski związek z seksem, przy czym mowa tu o relacji wielowymiarowej – nie tylko bowiem wojownicy zdobywają kobiety jako część łupu, ale, co równie istotne, wojenna sława i bohaterskie wyczyny zawsze sprawiały, że byli szczególnie pożądanymi partnerami. W ten sposób upodobanie do wojaczki zwiększało szanse na sukces reprodukcyjny, a to już wystarcza, by dobór wyselekcjonował je jako stały element repertuaru behawioralnego naszego gatunku.

Dość często można spotkać się z bardzo naiwnym argumentem, że przecież wojna nie może zwiększać szansy na sukces reprodukcyjny, bo  pociąga za sobą śmierć młodych mężczyzn, a umarli nie mogą się rozmnażać. To rozumowanie stanowi świetną ilustrację kompletnego niezrozumienia, jak działa dobór naturalny. Wszak to zwycięzcy, a nie przegrani zyskują na wojnie! Winston Churchill powiedział kiedyś, że historię piszą zwycięzcy; genetyczna historia też jest pisana przez zwycięzców.

 

Kiedy agresja się opłaca

Przejdźmy wreszcie do trzeciego z postawionych pytań – o psychologiczny wymiar wojny. W tym przypadku odpowiedź jest już bardziej skomplikowana. W pewnym sensie cała moja książka jest próbą zmierzenia się właśnie z tym pytaniem. Przede wszystkim istotne jest odróżnienie adaptacyjnej funkcji wojny od towarzyszących jej motywacji.

Celem wojny może być zdobycie zasobów, niekoniecznie jednak takim pragnieniem kierować się muszą żołnierze sposobiący się do bitwy. Richard Wrangham bardzo trafnie podsumował skłonność do atakowania sąsiadów, powszechną u (kilku gatunków) naczelnych: „Można w zasadzie w tym kontekście mówić o stałej tendencji, która sprawiała, że koalicje samców odnoszących sukcesy podczas rajdów na sąsiednie terytoria odnosiły także większy sukces reprodukcyjny. Takie zachowania przynosiły czasem nie bezpośrednie korzyści, ale prowadziły do sukcesu, bo osłabiały sąsiednie populacje”.

Z perspektywy biologicznej istotne jest, jak wojna może wpłynąć na szanse jednostki w skutecznym rozprzestrzenianiu własnych genów – otóż jeśli w przypadku naszych przodków wojna była czymś, co zwiększało ich sukces reprodukcyjny, to zupełnie wystarczy, by wyjaśnić, dlaczego ta forma aktywności przetrwała do dziś.

Zwracam jednak uwagę, że powyższe sformułowanie nie oznacza, że mężczyźni idą na wojnę, bo chcą rozprzestrzeniać geny – funkcja biologiczna, jaką odgrywa określone zachowanie, i psychologiczne motywy, jakie za tym zachowaniem się kryją, to dwie różne rzeczy. Spójrzmy choćby na patyczaka – z wyglądu stworzenie to istotnie przypomina patyk i taki kształt chroni je przed polującymi nań ptakami. Nie można jednak powiedzieć, że owa ochrona jest motywacją zwierzęcia. Nie istnieje żaden motyw, który skłaniałby pajęczaka do przybrania kształtu gałązki.

Oczywiście rozpatrywana przez nas kwestia jest nieco bardziej złożona, bo w tym przypadku istnieje pewna zależność – choć niekoniecznie bezpośrednia – pomiędzy psychologiczną motywacją a biologicznymi funkcjami wojny. Wskazał na to zresztą sam Wrangham, pisząc nieco dalej w cytowanym już wyżej artykule, że można sformułować hipotezę: „dobór naturalny faworyzował – u ludzi i u szympansów – takie mózgi, które w odpowiednich okolicznościach skłaniały swych posiadaczy do sięgania po przemoc w relacjach z sąsiadami”. W ten oto sposób doszliśmy do – co prawda na razie bardzo rudymentarnego i mało precyzyjnego – wyjaśnienia, jakie może być miejsce wojny w naturze ludzkiej.

Trzeba jednak przyjrzeć się bliżej choćby temu, co oznacza wranghamowskie „w odpowiednich okolicznościach”. Potrzebna nam jest znacznie bardziej przejrzysta wizja psychologicznych i biologicznych czynników kształtujących naturę ludzką, za których sprawą wojna jest możliwa. Kiedy już je wskażemy, będzie można wreszcie poważnie zastanowić się nad tym, co zrobić, by stłumić w ludziach te wojownicze skłonności, od tak dawna niszczące nasze życie. To ważne, bowiem jeśli pozwolimy im trwać, mogą doprowadzić nasz gatunek nawet do samozagłady.

tłumaczenie: Piotr Szwajcer

Prezentowany fragment pochodzi z książki „Najgroźniejsze zwierzę. Natura ludzka i pochodzenie wojen” autorstwa Davida Livingstone'a Smitha, która wkrótce ukaże się w Polsce nakładem wydawnictwa CiS i pod patronatem „Focusa”. Więcej informacji: www.cis.pl