Historia wynalazków zna wiele przypadków, gdy odrębne zespoły konstruktorów dochodziły do zadziwiająco podobnych rezultatów zupełnie odmiennymi drogami. Zwykle potem rozpoczynały krwawą walkę o monopol. Ten schemat powtarza się do dziś.

STARCIE PRĄDÓW


Pierwszy konflikt zapoczątkował Thomas Edison w 1882 roku, kiedy uruchomił elektryczną stację oświetleniową w Nowym Jorku. Pionierski system miejskich latarni był rewolucją, ale miał jedną istotną wadę – marnował strasznie dużo energii podczas jej przesyłania, ponieważ opierał się na prądzie stałym. W rezultacie lampy na obrzeżach dzielnicy świeciły słabiej niż w centrum. Pod tym względem znacznie lepszym rozwiązaniem byłoby zastosowanie prądu zmiennego, który można poddawać „obróbce” w transformatorach. Przy przesyłaniu na duże odległości można stosować wysokie napięcie sięgające nawet 400 tysięcy woltów, by potem, blisko odbiorców, obniżyć je do bezpieczniejszych 230 woltów. Do oświetlenia całego Nowego Jorku systemem Edisona trzeba by postawić setki elektrowni prądu stałego. Zmiennoprądowych – kilka i to poza miastem.

Jednak gdy George Westinghouse zaprezentował taki system, Edison wpadł w szał. Robił wszystko, żeby zniszczyć konkurenta. Rozpętał kampanię w prasie i radiu, głosząc, że prąd zmienny jest zabójczy. Organizował pokazy torturowania bezpańskich zwierząt za pomocą elektryczności, a potem zlecił opracowanie słynnego krzesła elektrycznego, które nazwał „krzesłem Westinghouse’a”. Mimo to przegrał z kretesem i to z własnej winy. Westinghouse’owi w dopracowaniu sieci prądu zmiennego pomógł Nikola Tesla – były wspólnik Eidsona wielokrotnie przez niego oszukany. Pierwsza w historii wojna standardów technologicznych zakończyła się w 1895 roku, kiedy rząd USA, budując elektrownię wodną na wodospadzie Niagara, wybrał technologię Westinghouse’a.

RZUT NA TAŚMĘ


Walka o prąd była pierwszym z konfliktów, do których rozwiązania nie wystarczał zdrowy rozsądek. Wcześniej to się nie zdarzało: proch czarny został błyskawicznie wyparty przez bezdymny, czcionka odlewana z metalu zastąpiła drewnianą. W 1895 r. rozpoczęła się era, w której konsument dokonujący złego wyboru musi zapłacić podwójnie.

W 1975 r. pojawił się magnetowid, który po raz pierwszy pozwolił widzom na nagrywanie programów telewizyjnych na taśmie i odtwarzanie ich w dowolnej chwili. Pionierem była firma Sony, która wprowadziła urządzenia Betamax. Ogromna kaseta i gabaryty urządzenia nie odstraszały klientów. Ale już rok później pojawił się konkurent: JVC opracowało własny standard nagrywania zwany VHS. Kaseta była mniejsza, urządzenie tańsze. I choć przez pierwsze dwa lata Sony spijało śmietankę z rynku, tańsza technologia w końcu wyparła droższą. Przynajmniej w zastosowaniach domowych. Większość produkcji telewizyjnych wykorzystywała bowiem sprzęt Betamax, przemianowany na Betacam. Podczas gdy VHS przetrwał praktycznie bez zmian, system Beta był stale ulepszany. Wprowadzono nawet zapis cyfrowy, co znacznie poprawiło jakość obrazu i dźwięku.

ZŁAPANI W SIEĆ


Nadejście ery komputerów osobistych podniosło temperaturę technologicznych wojen. Najsłynniejszy konflikt ery Internetu to wojna przeglądarek. Pierwszym programem tego typu był Netscape Navigator. Jego twórcy przez kilka lat byli monopolistami, udostępniając jedyną dobrą przeglądarkę stron WWW. I pewnie byłoby tak po dziś dzień, gdyby do gry nie wszedł Microsoft ze swoim Internet Explorerem.

Pierwsze trzy wersje programu były pełne błędów, ale czwarta – dodawana za darmo do systemu operacyjnego Windows 95 – okazała się przełomem. Microsoft, stosując swój słynny, kontrowersyjny marketing, szybko podbił rynek przeglądarek, a Netscape po wielu próbach odzyskania pozycji musiał wycofać się z gry. Nie do końca jednak – na podstawie starego Navigatora opracowano kilka nowoczesnych przeglądarek – w tym szybkiego, darmowego Firefoxa, który dziś zdobywa coraz większą popularność i zagarnął już 10 proc. rynku. Najwyraźniej wojna wciąż trwa.

PILNUJ SWYCH PIENIĘDZY


Jednak darmowe przeglądarki nie stawiają użytkowników przed problemem: czy kupując nie stracę? A taka właśnie sytuacja panuje na rynku wideo, gdzie właśnie trwa walka pomiędzy dwoma formatami filmów o wysokiej rozdzielczości. Świat elektroniki użytkowej podzielił się na dwa obozy. Konsorcjum wspierające system Blu-ray założyły Sony z Philipsem, z kolei Toshiba i Hitachi opowiadają się za HD DVD. Pierwszy standard ma znacznie więcej zwolenników po stronie dużych firm sprzedających elektronikę (m.in. Dell, Apple, HP, Samsung, LG, Pioneer, Sharp). To jednak nie powinno o niczym przesądzać, bo wsparcie producentów filmów rozkłada się mniej więcej po równo, z lekkim wskazaniem na Blu-ray.

Oba standardy korzystają z niebieskiego lasera o tej samej długości fali, zapisują filmy w tym samym standardzie MPEG, mieszczą podobną ilość danych na płycie. Różnią się głównie systemem ochrony przed pirackim kopiowaniem, czyli tym, co utrudnia życie konsumentowi. I to właśnie może być kluczem do zwycięstwa – ostatecznie to klienci zadecydowali, że wolą standard MP3 niż inne, bardziej kłopotliwe systemy zapisu cyfrowej muzyki. Jest jednak szansa na kompromis – na rynek zaczynają trafiać odtwarzacze obsługujące zarówno Blu-Ray, jak i HD DVD. Pojawiły się też dyski hybrydowe, które mają zapisany na jednej stronie film w HD DVD, a na drugiej w Blu-ray. Oczywiście rynek wkrótce sam rozstrzygnie najnowszy konflikt, jednak tysiące klientów pozostanie z niemiłym wrażeniem, że ktoś ich znów oszukał.

KULTURALNE WYGŁUPY

 


Jaja wielkanocne nie zostały jednak wymyślone w erze komputerów, ale znacznie wcześniej. Podobne niespodzianki czekają na fanów filmów, muzyki i książek. Zespół rockowy Danzig na jednej ze swoich płyt umieścił ukrytą ścieżkę. Kiedy zasłuchany meloman sądzi, że płyta się już skończyła, nagle rozbrzmiewa 99. ścieżka, na której jest bonusowy utwór. Na tylnej okładce powieści Dana Browna „Cyfrowa forteca” umieszczono zaszyfrowaną wiadomość: JESTEŚ OBSERWOWANY. W pierwszych odcinkach serialu animowanego dla dorosłych „South Park” wszędzie byli poukrywani kosmici zwani „odwiedzającymi”. Malarz Salvadore Dali w każdym ze swoich obrazów umieszczał nie tylko odręczny podpis. Gdy przyjrzeć im się dokładnie – czasem do góry nogami, a czasem pod innym kątem – widać autoportrety artysty. Na wszystkich obrazach El Greco pojawia się przynajmniej jedna osoba ze skrzyżowanymi palcami – znak, że nie mówi prawdy. Czasem to postać malarza, innym razem kogoś z tłumu.

Prawdziwym mistrzem „jajecznej” sztuki był Michał Anioł. Gdy Włoch malował fresk w Kaplicy Sykstyńskiej, podszedł do niego jeden z kardynałów i wyraził dezaprobatę dla jego twórczości. W akcie zemsty malarz obdarzył twarzą duchownego postać demona, prowadzącego dusze do piekła. Na szczęście ówczesny papież wykazał się poczuciem humoru.

Poszukiwacze ukrytych symboli mogą też zaspokoić swój głód dzięki słodyczom. W logo na opakowaniu trójkątnej czekolady Toblerone umieszczono stojącego niedźwiedzia. Każda butelka wódki Finlandia ma odciśniętą w szkle swastykę. W tym przypadku to nie emblemat Trzeciej Rzeszy, lecz symbol szczęścia i powodzenia, używany przez szwedzkiego hrabiego Eryka von Rosen, który takim znakiem opatrzył pierwszy samolot przekazany przez niego fińskiemu wojsku w marcu 1918 roku.

Nie ma chyba filmu, w którym fani nie doszukali się ukrytych przekazów. Część z nich umieszczono w systemie menu na płycie DVD. Widz ma wtedy do wyboru nie tylko standardowe funkcje, które widać na ekranie. Wciskając przyciski na pilocie w określony sposób, uruchamia zawartość przeznaczoną właśnie dla dociekliwych kinomanów. Na przykład w „Shreku” umieszczono specjalne menu z faktami dotyczącymi głównych postaci. Fani serialu „Przyjaciele” w podobny sposób uzyskują dostęp do jeszcze jednego odcinka, składającego się głównie z przypadkowych osób śpiewających słynny przebój Phoebe – „Smelly Cat”. W jednym ze swoich filmów Jim Carrey ukrył bajkę dla dzieci, którą sam opowiada.

Prawdziwą kopalnią Easter Eggs są płyty DVD z teledyskami – czasem można na nich znaleźć nigdy niepublikowane materiały. Wielkanocne jaja występują też w reklamach, komiksach i wydaje się, że na dobre z przestrzeni wirtualnej wkroczyły do kultury masowej. Dzięki Internetowi ludzie z całego świata mogą wymieniać się informacjami o tym, co, gdzie i w jaki sposób można odkryć, a twórcy prześcigają się w pomysłach na coraz bardziej wyszukane Easter Eggs. I robią to nawet wtedy, gdy grozi im za to niezbyt przyjemna utrata pracy, tak jak w przypadku programisty gry „Halo 2”. Potrzeba powiedzenia i pokazania światu czegoś więcej jest po prostu silniejsza.

Michał Nazarewicz