"Polskie obozy śmierci” – takiego niefortunnego sformułowania użył prezydent Barack Obama podczas uroczystości pośmiertnie honorującej Jana Karskiego Medalem Wolności. „Czyja to wina?”, „Skąd ta pomyłka?” – pytały polskie i zagraniczne media. Były szef polskiego MSZ Adam Rotfeld skomentował, że słowa Obamy nie są dowodem jego złej woli, ale przykładem niskiego poziomu profesjonalizmu pracowników Białego Domu. Monika Olejnik w komentarzu dla „Gazety Wyborczej” nazwała zaś amerykańskiego prezydenta „Mister Prompter”, bo „nie mówi z głowy, tylko czyta”. Z kolei Richard Greene, strateg komunikacyjny i autor książki „Words That Shook The World”, nazwał kiedyś Obamę „trzecim największym mówcą USA od 1933 roku” (zaraz po Johnie F. Kennedym i Franklinie D. Roosevelcie). Nie jest tajemnicą, że amerykański prezydent nie pisze swoich przemówień, tylko korzysta z pomocy pisarzy zwanych ghostwriters (pisarzy – widmo) lub speechwriters (twórców przemówień). Ale czy prawdziwemu oratorowi wypada czytać przemówienia z rzutnika? 

Przemawiać śpiewająco

Brytyjski premier Winston Churchill potrafił uwieść słuchaczy, mimo że się jąkał. Jego przepis na dobre wystąpienie? „Musi wyczerpać temat, ale nie słuchaczy. Powinno mieć udany początek i intrygujący koniec, najlepiej zanadto nieoddalone od siebie” – mawiał żartobliwie. „Największą siłą Churchilla był naturalny talent oratorski i niesamowita językowa kreatywność. Był swoim własnym spin-doktorem” – wspomina dr Stephen Bungay, brytyjski historyk. 

Każdemu politykowi marzy się przemówienie, które na zawsze zapisze się na kartach historii. Takie jak to z 28 sierpnia 1963 roku, które na schodach Lincoln Memorial wygłosił czarnoskóry pastor i aktywista ruchu na rzecz równouprawnienia Afroamerykanów Martin Luther King. „Martin, opowiedz im o swoim marzeniu” – wykrzyknęła podczas przemówienia stojąca w tłumie śpiewaczka Mahalia Jackson. Wtedy King zaczął recytować słynną frazę: „Mam marzenie”, a jego mowa nabrała melodyjnego charakteru. Siła każdego przemówienia drzemie bowiem właśnie w  jego muzykalności. „Dobry orator jest jak świetny muzyk”– mawiał John Peter Altgeld, dawny gubernator stanu Illinois. „Wystąpienia Baracka Obamy są takie porywające, bo można z nich wyjąć prawie każdą krótką frazę i ją zaśpiewać”– potwierdza słowa gubernatora Mark Liberman, profesor lingwistyki z University of Pennsylvania, zwracając też uwagę na typową dla piosenek i  wykorzystywaną w przemówieniach powtarzalność niektórych wersów. Przemawiając, Obama dodatkowo odwraca się najpierw na prawo, podnosi głowę, a  potem odwraca się na lewo i głowę opuszcza. Taki płynny, ale zmienny ruch przyciąga uwagę słuchaczy i buduje zaangażowanie. Tak samo jak spokojna, równa intonacja i przyjemny ton głosu budzą zaufanie.

Z monitora albo z kartki 

Część oratorskich zasług współczesnych polityków z pewnością można przypisać teleprompterom. Te urządzenia wynalezione ponad 70 lat temu przez amerykańskiego inżyniera Huberta Schlafly’ego, z początku wykorzystywano głównie podczas nagrań seriali i czytania wiadomości. Pierwszym politykiem, który skorzystał z telepromptera, był prezydent Herbert Hoover. Dziś urządzenie to jest w powszechnym użyciu, ale nikt nie korzysta z jego pomocy tak często (i jak mówią niektórzy, tak skutecznie) jak Barack Obama. Historia zna też przypadki polityków, którzy teleprompterów wręcz nie cierpieli. Jak chociażby prezydent Harry S. Truman, który twierdził, że czytając w ten sposób, wypada nieuczciwie. Jak ognia bał się go mistrz gaf George W. Bush Jr., który wolał korzystać z  dużych papierowych kart z zapisem przemówienia. Być może zdawał sobie sprawę, że awarie techniczne teleprompterów szybko przechodzą do historii. W 1993 r. prezydent Bill Clinton przedstawiał w Kongresie obronę planu zdrowotnego demokratów, a na monitorze wyświetliło mu się zupełnie inne przemówienie. Nie miał wyjścia – improwizował przez pełne siedem minut, podczas których sztab techników usuwał usterkę. 

Akcent na „tykę”

W polskim życiu politycznym telepromptery wykorzystuje się najczęściej podczas oficjalnego orędzia prezydenta lub premiera. Przemówienia najważniejszych polityków są zaś pisane przez w większości anonimowych dziennikarzy i pisarzy. Jednym z nich był Kazimierz Dziewanowski, znakomity dziennikarz i pierwszy ambasador RP w Stanach Zjednoczonych po 1989 roku, który napisał słynną Kongresową mowę Lecha Wałęsy. 

Zaczynała się ona od słów preambuły Konstytucji Stanów Zjednoczonych „My, naród”, na której dźwięk słuchacze wstali i zaczęli bić brawo. Z pisarskiej pomocy regularnie korzysta też szef MSZ Radosław Sikorski. Jego słynne berlińskie przemówienie napisał Charles Crawford, były ambasador Wielkiej Brytanii w Polsce, dziś zawodowy ghostwriter. 

Czy wśród polskich polityków i znanych osobistości jest ktoś, kto zasługuje na miano mistrza retoryki? Grażyna Białopiotrowicz, psycholożka, trenerka biznesu i specjalistka od marketingu politycznego, twierdzi, że zdecydowanie więcej jest tych, którzy uważają się za wielkich mówców.

„Orator to ktoś, kto ad hoc potrafi wygłosić poruszającą mowę, która zostanie w pamięci słuchaczy, poruszy ich emocje i pobudzi do działania” – tłumaczy ekspertka i dodaje, że jednym z największych błędów popełnianych podczas publicznych wystąpień w Polsce jest... dykcja. „Można dostać gęsiej skórki, kiedy słyszy się, jak politycy mówią »słychać było szczały« zamiast »strzały«. Wiele do życzenia pozostawia też wypowiadanie słowa »polityka«, w którym akcent powinien paść na drugą sylabę, zaś większość osób akcentuje »tykę«” – dodaje.