Cóż bardziej oczywistego niż wyszukiwanie informacji? Ile razy w tygodniu sprawdzamy, czy jest już w sklepach książka, na którą czekamy, kiedy odchodzi pociąg z Gdańska do Olsztyna lub kim jest Andrzej Wójcicki, nowy kolega z sąsiedniego działu? Dziś to banalne zadanie, a najbardziej oczywistym sposobem na jego wykonanie jest uruchomienie przeglądarki internetowej i wpisanie magicznej frazy: www.google.pl. Czy mogłoby być inaczej? To właśnie cecha genialnych wynalazków – bardzo szybko zapominamy, jak wyglądało życie bez nich.

A przecież jeszcze 10 lat temu, na początku 1997 roku, większość z nas ledwie słyszała o Internecie. Ci, którzy już wtedy z niego korzystali , pamiętają, że poruszanie się po Sieci polegało na znajomości ciekawych i przydatnych adresów. Jeśli napotykało się taką stronę lub otrzymywało się jej adres od znajomych, czym prędzej należało ją dodać do zakładek, żeby łatwiej ją było potem odnaleźć. Internet przypominał wtedy rozrastającą się bibliotekę, w której nie tylko brakowało solidnego katalogu czy choćby znającego się na rzeczy bibliotekarza, ale też w której było kompletnie ciemno, a czytelnicy korzystali z własnych latareczek. W tym czasie pojawiły się pierwsze próby uruchomienia serwisów, bez których nie sposób wyobrazić sobie dzisiejszego Internetu – sieciowych wyszukiwarek.

Problem okazał się poważny – by przejrzeć i skatalogować działające wówczas 150 mln stron WWW, potrzeba było niezwykle zaawansowanych technologii i ogromnej mocy obliczeniowej. Maszyny musiały zajrzeć na każdą ze stron i zapamiętać każde występujące na niej słowo po to, by po wpisaniu zapytania „pizza los angeles” użytkownik otrzymał informacje o pizzeriach w tym mieście. Pierwszą firmą, która podjęła się tego zadania, była dziś niemal już zapomniana Alta Vista. Wybuchła rewolucja – nagle w internetowej bibliotece ktoś zapalił światło. Co prawda słabiutkie, bo Alta Vista skatalogowała niewielką część Sieci, ale i tak po raz pierwszy Internet wydał się otwartym źródłem informacji.

ZAUFALI LUDZIOM

W tym czasie dwóch studentów Stanford University, Larry Page i Sergey Brin, rozpoczęło swój projekt badawczy, którego efektem stała się pierwsza, robocza wersja zupełnie nowej wyszukiwarki. Alta Vista wyświetlała wyniki wyszukiwania, umieszczając na pierwszym miejscu strony, na których najwięcej razy występowały poszukiwane słowa. Miało to istotną wadę – jeśli poszukiwało się na przykład strony producentów klocków Lego, najpierw trafiało się na serwisy fanów, którzy po prostu wielokrotnie wymieniali tę nazwę. U Page’a i Brina miało być inaczej – postanowili zaufać użytkownikom Internetu. Algorytm wyszukiwania opierał się nie na częstości pojawiania się stron, ale na tym, jak wiele odnośników do danej strony znajdowało się już w Sieci. Pomysł był prosty – w końcu tylko do wartościowych stron ludzie chętnie „linkują”. Komercyjna wersja projektu studentów, Google, ujrzała światło dzienne we wrześniu 1998 roku. Na początku obsługiwała ok. 10 tys. zapytań dziennie, jednak rok później było ich już 3 miliony, a w 2000 roku Google stał się synonimem internetowej wyszukiwarki. Dziś liczba codziennych zapytań sięga 200 mln. Wreszcie w internetowej bibliotece pojawiło się solidne oświetlenie, dobry katalog i przytomny bibliotekarz. Sukces serwisu polegał na połączeniu nowatorskiego algorytmu wyszukiwania z niezwykłą prostotą obsługi. Google nigdy nie skalał strony głównej reklamą – czyste pole wyszukiwania i charakterystyczne logo sprawiają, że użytkownik czuje się bezpieczny i doceniony. Wiadomo – tu liczy się on, a nie pieniądze.

WIEDZA, NIE FAKTY


Jednak Google to znacznie więcej niż tylko dobrze zrobiona wyszukiwarka, która przyniosła swoim twórcom majątek. Okazało się, że jej prostota i skuteczność zmieniły podejście do gromadzenia i przetwarzania wszelkich informacji. W epoce „przedgooglowej” odnajdywanie informacji stanowiło nie lada problem. Wyobraźmy sobie proste dziś zadanie – wyszukanie tytułu filmu, w którym grali razem Kim Basinger i Jack Nicholson. Jeśli nie jesteśmy znawcami kina lub nie znamy osobiście żadnego specjalisty, pozostaje wertowanie pism bądź książek, zawierających filmografie obojga aktorów, i żmudne porównywanie tytułów. Już sama myśl o przeprowadzaniu takich poszukiwań odbiera chęć do działania.

Dziś sprawa jest banalna – wpisanie nazwisk obu osób do okienka Google natychmiast wyrzuca ten jeden jedyny film. Sami sprawdźcie, jaki. Czy jednak taki detal może faktycznie zmienić życie? Dzięki skutecznemu systemowi wyszukiwania zmienił się popyt na wiedzę. Dziś nie może uchodzić za guru w danej dziedzinie ktoś, kto doskonale opanował pojedyncze fakty. Wiedzę o tym, kto był reżyserem „Casablanki” albo jak się nazywała postać Christophera Walkena z „Pulp fiction”, można zdobyć, dzięki Google, w 30 sekund. Podobnie ma się sprawa z datą bitwy pod Hastings czy przepisem na naleśniki. Zamiast suchych faktów liczy się umiejętność ich kojarzenia, zdolność oceniania czy dokonywania właściwego wyboru. Szkoda tylko, że szkolne programy nauczania wciąż nie zauważyły tej zmiany, a uczniowie wkuwają setki niepotrzebnych informacji.

DYSKRETNA REKLAMA