Nigdy wcześniej nie pracowała tak intensywnie: w ostatnich czterech latach zagrała w dwunastu filmach. Były wśród nich komedie romantyczne („To skomplikowane”), musicale („Mamma Mia!”), biografie („Julie and Julia”) i dramaty („Wątpliwość”), a nawet animacje, w których użyczała głosu zwierzętom („Fantastyczny pan Lis”). W 2008 roku, tuż przed swoimi sześćdziesiątymi urodzinami, Meryl Streep wcieliła się w postać zwariowanej hippiski Donny Sheridan: przed kamerą robiła szpagat, śpiewała przeboje Abby i romansowała z Pierce’em Brosnanem, a rok później pojawiła się w scenach łóżkowych z Alekiem Baldwinem. „To niesamowite, mam 60 lat i gram główne role w komediach romantycznych!” – oznajmiła niedawno w wywiadzie dla magazynu „Vanity Fair”. Jak ona to robi, że dostaje tyle atrakcyjnych propozycji zawodowych w wieku, w którym inne aktorki w najlepszym wypadku poświęcają się pracy charytatywnej na rzecz dzieci i zwierząt?

Wajda się na niej nie poznał


Przez wielu uważana jest za najwybitniejszą współcześnie amerykańską aktorkę, spadkobierczynię wielkiej Bette Davis. W ponadtrzydziestoletniej karierze 16 razy była nominowana do Oscara (zdobyła dwie statuetki) i 25 razy do Złotych Globów (siedem razy ją nagrodzono). Co się dzieje na planie filmowym, gdy wchodzi żywa legenda? W wywiadzie udzielonym Pawłowi T. Felisowi Streep z kokieterią opowiadała: „Może pierwszego dnia jest ciężko, bo wszyscy się obwąchujemy. Ale już dzień później zapominam swojej kwestii, źle ustawiam się do kamery i czar pryska. To ma być Meryl Streep? Jak już okaże się, że jestem człowiekiem, zaczyna się praca”. Nie prowadzi życia gwiazdy, gazety plotkują, że słynie z przygotowywania innym członkom ekipy drinków, ale nawet słowem nie wspominają, by miała gwiazdorskie kaprysy. Choć ona sama mówi, że przed kamerą staje się egoistką: po to, by za wszelką cenę obronić swoją rolę, perfekcyjnie wykonać zadanie, którego się podjęła.

Do ról przygotowuje się miesiącami, mozolnie ćwicząc nowe umiejętności. Zanim w 1982 r. zagrała polską emigrantkę Zofię Zawistowską w filmie Alana Pakuli „Wybór Zofii”, przez dwa miesiące uczyła się polskiego w szkole Berlitz, szlifując wymowę szeleszczących spółgłosek („Zawsze boję się, że po latach jakiś Polak powie, że Oscar za ten film w ogóle się tej pani nie należał, bo ona fatalnie mówiła po polsku. Z Hanną, moją nauczycielką, robiłam, co mogłam. Ale te sz, cz, dż są po prostu nie do wymówienia” – skarżyła się Pawłowi Felisowi). Streep słynie zresztą ze zdolności językowych i talentu do imitowania różnych akcentów, co udowodniła, naśladując staroświecką, pochodzącą ze wschodniego wybrzeża USA wymowę słynnej amerykańskiej kucharki Julii Child (nieco podobnie mówiła Katharine Hepburn). Dzieci aktorki żartują, że nawet rozmawiając przez telefon, zaczyna mówić z akcentem tego, kto dzwoni. Jeszcze w liceum zaśpiewała na koncercie bożonarodzeniowym francuską kolędę, choć właściwie nie mówiła wówczas w tym języku. Przed zrealizowanym w 1999 roku „Koncertem na 50 serc”, w którym zagrała nauczycielkę muzyki pracującą z trudną młodzieżą w nowojorskim Harlemie, brała lekcje gry na skrzypcach (tygodniami ćwiczyła po sześć godzin dziennie), a aby pięć lat wcześniej zagrać w thrillerze „Dzika rzeka” specjalistkę od raftingu, zapisała się na zajęcia sportowe. Po co to robi? Niewątpliwie lubi się uczyć, ale nie tylko.

Zawsze muszę wiedzieć więcej, niż napisano w scenariuszu. To jak jedzenie dla aktora – potrzebujesz materiału, substancji, żeby ulepić coś nowego i wejść z marszu w konkretną scenę” – tłumaczyła krytykowi filmowemu „Gazety Wyborczej”. Solidne podstawy aktorskiego rzemiosła Streep wyniosła z School of Drama na Yale (studiowała m.in. z Sigourney Weaver). Spotkał ją wówczas Andrzej Wajda, który w uniwersyteckim Yale Repertory Theatre przygotowywał inscenizację „Biesów” (Streep grała zakochaną w Stawroginie Lizę). Reżyser wyznał później: „Nie przypuszczałem wtedy, że zrobi hollywoodzką karierę, bo nie miała siły przebicia ani łatwości nawiązywania kontaktu. Nie znałem widać Ameryki. Okazało się, że w Hollywood to nie było jej potrzebne. Był tam jej potrzebny talent”.

Uzgodniony z producentem kontrakt Meryl Streep traktuje niemal jak cyrograf podpisany z diabłem – jest perfekcyjna jak Miranda Priestly, wzorowana na naczelnej amerykańskiego „Vogue’a” Annie Wintour bohaterka komedii „Diabeł ubiera się u Prady”. W przeciwieństwie do niej Streep nie brakuje jednak dystansu do siebie i pracy. Zaraz po tym, jak zdobyła swojego pierwszego Oscara za rolę w „Sprawie Kramerów”, przez roztargnienie zostawiła pozłacaną statuetkę w toalecie.

Kochanica architekta