Na imię miała Helina. Była przyjaciółką mojej 3-letniej wówczas córki” – opowiada Justyna Nowak. „Kasia relacjonowała nam szczegóły ich spotkań i zabaw na huśtawce. Mówiła tak, jakby to się działo naprawdę, choć Helina nigdy nie istniała”. Tacy towarzysze zabaw jak Helina do niedawna byli traktowani jako objaw problemów dziecka. „W przeszłości psycholodzy uznali to – pisze prof. Alison Gopnik w książce »Dziecko filozofem« – za wskaźnik chwiejnego rozumienia rzeczywistości przez dzieci. Freudyści zazwyczaj traktowali wymyślonych przyjaciół jako symbol określonej potrzeby terapeutycznej – oznakę neurotyzmu, który wymaga leczenia”. Dziecko, które wyobrażało sobie towarzysza zabaw, miało być nieśmiałe i wycofane. Uważano, że emocjonalne problemy nie pozwalają mu nawiązywać przyjaźni z realnymi dziećmi. „Nasza córka dobrze radziła sobie społecznie” – nie zgadza się z powyższymi opisami Justyna Nowak. „Była i do dziś jest towarzyska, miała sporo kontaktów z rówieśnikami”. 

Najnowsze badania potwierdzają opinię mamy Kasi. „Wyimaginowani towarzysze nie są tak naprawdę wskaźnikiem ani geniuszu, ani szaleństwa” – pisze prof. Gopnik. „Generalnie rzecz biorąc, dzieci mające wymyślonych przyjaciół nie są znacząco bardziej błyskotliwe, kreatywne, nieśmiałe czy szalone niż ich rówieśnicy”. Mają jednak pewne wspólne cechy, które ostatnio zaintrygowały psychologów.

Ravioli, wróć do mnie! 

Przede wszystkim psycholodzy odkryli, że wymyśleni przyjaciele pojawiają się zdumiewająco często w świecie dzieci. Prof. Marjorie Taylor z University of Oregon opisała towarzyszy zabaw czteroletniej dziewczynki z USA. Byli to bliźniacy, Nutsy i Nutsy, ptaki o jaskrawokolorowych piórach, mające wysokość około 30 cm i skłonności do niepowstrzymanego gadulstwa. Często irytowali swoim zachowaniem, ale też potrafili doprowadzić przyjaciółkę do śmiechu. Rodzice nieraz obserwowali, jak ich córka bawi się z Nutsym i Nutsym, choć oczywiście nigdy ich nie widzieli. Prawie trzyletnia dziewczynka, którą opisuje prof. Paul Harris z Harvard University, zaludniła przestrzeń wokół siebie całą masą przyjaciół. „Rozmawiała z wymyślonymi istotami w kątach pokoju” – pisze prof. Harris w książce „The Work of Imagination”. „Siedziała w czasie kolacji i robiła miny do kąta pod sufitem. Dwóch klownów, których kiedyś zobaczyła, zabrała (w wyobraźni) do domu i długo pozwalała im mieszkać w pokoju gościnnym. 

Powiedziała, że porobili wgniecenia w łóżku, w którym spali. Była zdenerwowana, gdy przyjeżdżali goście i klowni musieli się wyprowadzać”. Harris opisuje też trzylatka, który zapragnął zabrać wymyślonego kucyka na prawdziwe zawody konne. Dzień malucha był jednak zrujnowany, gdy odkrył, że kucyk miał inne plany i nie pojawił się na starcie. Prof. Alison Gopnik przywołuje postać Charliego Ravioli, wymyślonego przyjaciela jej bratanicy Oliwii, który był „wciąż zbyt zajęty, aby móc się z nią bawić”. Oliwia „opisywała ze smutkiem, jak wpadła na Charliego w sklepie z kawą, ale on musiał lecieć, zostawiała więc dla niego wiadomości na wymyślonej maszynie przekazującej informacje, np. Ravioli, tu Oliwia, wróć do mnie”. Prof. Taylor przytacza przykład Dippera – niewidzialnego latającego delfina, który przyjaźnił się z pięciolatką. Dipper mieszkał na gwieździe, nigdy nie sypiał i był „bardzo, bardzo, bardzo, bardzo szybki”. Uczona opisuje także Baintora – niewidzialnego chłopca, który był całkowicie biały i mieszkał w świetle lampy, Krema – niemowlę zamieszkujące dłoń dziecka, a także Nobby’ego – 160-letniego biznesmena, który wpadał do swego przyjaciela między podróżami służbowymi, gdy dziecko chciało „przegadać pewne sprawy”.

Przykłady można by mnożyć – to, jak bardzo, zależy od przyjętej definicji „wymyślonego przyjaciela”. Pionierka tych badań Margaret Svendsen w pracy z 1934 roku za wyimaginowanych towarzyszy dzieci uznawała wyłącznie postacie niewidzialne dla innych, ale traktowane jako realne przez dziecko. Prof. Taylor zaś, która w 1998 roku wydała monografię poświęconą temu tematowi, rozszerzyła to pojęcie na „uosobienia rzeczy”. Uznała, że gdy dziecko rozmawia z lalką, pluszakiem czy kamieniem, to też możemy je uznać za wymyślonych przyjaciół. 

W takim szerokim ujęciu aż 65 proc. dzieci w wieku do siedmiu lat ma przez jakiś czas wyimaginowanego towarzysza. Ale nawet jeśli weźmie się pod uwagę wąską definicję, czyli wyłącznie niewidzialnych przyjaciół, to i tak 37 proc. dzieci w jakimś okresie życia mogło się pochwalić znajomością z nimi. Gdyby więc uznać to za patologię, jak to czynili dawniej psycholodzy, to za zaburzone należałoby uznać przynajmniej co trzecie dziecko. Dzisiejsi naukowcy całkowicie więc odrzucili ten pogląd. Doszli do wniosku, że podejście do wymyślonych przyjaciół, które traktowało to zjawisko jako patologię, wynikało z niewłaściwego doboru dzieci do badań. Na przykład Margaret Svendsen w pracy z 1934 roku opisuje głównie maluchy z klinik oraz centrów pomocy rodzinie. A u takich dzieci z zasady występuje podwyższone ryzyko problemów emocjonalnych. Ponadto Svendsen nie przeprowadziła porównania między dziećmi z wymyślonymi przyjaciółmi a tymi bez nich. Gdy się te braki nadrobi, to obraz dziecka, które wyobraziło sobie towarzysza zabaw, traci objawy patologiczne. 

Spotkania w Głupiolandii

 

Nawet twierdzenie, że takie dzieci mają „chwiejne rozumienie rzeczywistości”, nie wytrzymuje krytyki. Badania prof. Marjorie Taylor wskazują, że bez kłopotu odróżniają one swoich wyimaginowanych przyjaciół od istot realnych. Zapytane na przykład, gdzie mieszka ich towarzysz zabaw, wskazują na swoją głowę, mówiąc „w mojej wyobraźni”. Inne dodają: „Mogę udawać, że on jest kimkolwiek, kim ja chcę, by on był” albo „Znalazłam drogę do Głupiolandii i tak ją spotkałam”, a Głupiolandia to kraina, „gdzie mieszkają wszyscy moi wymyśleni przyjaciele”. Ba, jeśli dorosły dalej dopytuje się o wymyślonego przyjaciela, dzieci zaczynają być zniecierpliwione i zdziwione. Przerywają badanie, by – jak pisze Gopnik – „przypomnieć badającej, z nutą prawdziwej troski o jej zdrowie psychiczne, że te postacie są udawane – no wiesz, nieprawdziwe”.

Podejście dzieci przypomina sposób, w jaki o bohaterach swoich historii opowiadają dorośli pisarze. Literaci często przecież traktują wymyślone przez siebie postaci jako autonomiczne, niezależne od nich byty. Wielu z nich opowiada, że po prostu spisuje przygody, które trafiają się ich bohaterom i że nie zawsze to jest to, co sami by chcieli opowiedzieć. A przecież jednocześnie mają pełną świadomość, że postaci z ich książek są wytworem fantazji. 

Być może te analogie między pisarzami a dziećmi, które mają wymyślonych przyjaciół, zainspirowały do badania ich umiejętności opowiadania historii. Gabriel Trionfi z Clark University i Elaine Reese z University of Otago przepytali 48 dzieci i ich matki. 23 spośród maluchów miało wymyślonych przyjaciół. Wszystkim dzieciom opowiedziano nieznaną im historyjkę, a następnie zadano kilka pytań na jej temat oraz poproszono o zrelacjonowanie jej własnymi słowami. Analiza ich opowieści wykazała, że obie grupy posługiwały się równie bogatym słownictwem i równie dobrze rozumiały historyjkę. Natomiast te dzieci, które miały wymyślonych przyjaciół, tworzyły bogatsze opowieści niż ich rówieśnicy. Między innymi częściej używały dialogów w swoich relacjach oraz sprawniej określały związki przyczynowe, czasowe i przestrzenne o zdarzeniach z przeszłości. Trionfi i Reese przypuszczają, że te umiejętności rozwinęły się u dzieci, gdy opowiadały dorosłym o swoich niewidzialnych przyjaciołach. Rodzice czy nauczyciele zapewne zadawali więcej pytań niż w przypadku historii o realnych znajomych, co zmuszało maluchy do sprawniejszego opisu wymyślonych przygód. W ten sposób uczyły się, jak tworzyć bardziej zrozumiałe i lepiej skonstruowane opowieści.

To odkrycie, ogłoszone w roku  2009, dokłada się do już poznanych korzyści z wymyślonych przyjaciół. Dzieci w  wieku przedszkolnym, które mają wyimaginowanych towarzyszy zabaw, mówią więcej i dłużej niż ich koledzy oraz używają bardziej złożonych struktur gramatycznych. Wykazują większą skłonność do innych form fantazji. Są też – wbrew stereotypom – bardzo towarzyskie, gdyż mają tyle samo lub nawet więcej przyjaciół niż koledzy. Gdy dorastają, charakteryzują się większą otwartością na innych ludzi. Wykazują co prawda wyższy poziom niepokoju, który jednak nie osiąga wartości wymagających interwencji lekarza czy terapeuty. 

Przyjaciół dużo częściej też wymyślają dzieci pierworodne niż młodsze rodzeństwo, a trochę częściej – dziewczynki niż chłopcy. Chłopcy częściej wyobrażają sobie istoty obdarzone nadzwyczajną mocą, a dziewczynki – małe zwierzątka, które wzbudzają litość i potrzebują opieki. Niezależnie zaś od płci te dzieci, które oglądały dużo telewizji lub czytały mnóstwo książek, rzadziej tworzyły sobie fikcyjnego towarzysza.

Mówi za głośno i wylewa jogurt 

Największą zagadką, którą próbują rozwiązać psycholodzy, jest funkcja wymyślonych przyjaciół. Po co dzieci się z nimi bawią? „Rzeczywiście, czasem używają wyimaginowanych towarzyszy, by radzić sobie z  problemami” – przyznaje w  swoim artykule prof. Taylor. Gdy więc, zdaniem psycholog, maluchy muszą przejść obok przerażającego psa, wymyślą sobie niewidzialnego tygrysa, który je chroni. Gdy w rodzinie zdarzy się coś strasznego, mogą porozmawiać z wymyślonym przyjacielem, nie bojąc się, że sekrety zostaną ujawnione niepowołanym uszom. Wyimaginowany towarzysz częściej jednak służy do zabawy niż do wyciągania z emocjonalnego dołka – konkluduje prof. Taylor. Może dlatego zwykle jest bardziej niegrzeczny niż dziecko, które go stworzyło. Wyimaginowani towarzysze często mówią za głośno, nie dzielą się swoimi rzeczami z innymi i nie robią tego, o co się je prosi. Bywają prawdziwym utrapieniem. Jedno z dzieci badanych przez zespół prof. Harrisa poskarżyło się na swoją wymyśloną przyjaciółkę: „Uderzyła mnie w głowę i wylała jogurt na moje włosy!”.

Przede wszystkim jednak dzieci, które miały wyimaginowanych towarzyszy, lepiej rozumiały psychikę innych osób. „Trafniej od pozostałych przewidywały to, co mogą pomyśleć, odczuć czy też zrobić inni ludzie” – pisze prof. Gopnik. W świecie wyobraźni dziecko bowiem sprawdza różne scenariusze rzeczywistych zachowań. Przez taką praktykę uczy się, jak funkcjonuje społeczeństwo, w którym żyje, jak reagują inni ludzie, a nawet jakie możliwości ma ono samo. Jego świat, nawet w swych najbardziej fantastycznych kształtach, jest przecież odbiciem otaczającej je rzeczywistości. Tyle że dzięki swej niepohamowanej wyobraźni dziecko potrafi dostrzec w tym świecie więcej możliwości, niż dorosłym kiedykolwiek przyszłoby do głowy. 

Co nie znaczy, że należy się martwić, gdy dziecko nie wymyśliło sobie żadnego przyjaciela. Trionfi i Reese zastrzegają, że w żadnym razie nie zachęcają, by namawiać potomstwo do wyobrażania sobie towarzyszy. Jeśli jednak dziecko już stworzyło wyimaginowanego przyjaciela – radzą psycholodzy – rodzice i nauczyciele powinni pozwolić tej zabawie rozkwitnąć.