Wysyłając płytę w kosmos, ludzie dodali do niej zegar i to w formie, która nie potrzebuje tłumacza

Gdyby kiedyś ktoś przechwycił w kosmosie złotą płytę z Voyagerów, najtrudniejsze pytanie nie brzmiałoby wcale: co tu nagrano. Najpierw trzeba by ustalić: kiedy to powstało. Bez wspólnego kalendarza i bez pewności, czy rok oznacza cokolwiek dla innej cywilizacji, data na okładce byłaby tylko ludzkim kaprysem.
...

I właśnie dlatego na tej międzygwiezdnej pamiątce ukryto coś, co działa jak znacznik czasu. Nie w stylu ludzkiej metryki, tylko w języku fizyki: takim, który ma szansę brzmieć znajomo gdziekolwiek w Drodze Mlecznej.

Ukryta data, która nie potrzebuje naszego kalendarza

Na osłonie płyty znalazła się warstwa informacji, którą łatwo przeoczyć, jeśli patrzy się na nią jak na artystyczny grawer. To w rzeczywistości zestaw instrukcji: jak odtworzyć nośnik, jak zrekonstruować zapisane obrazy, jak zlokalizować nasze miejsce w przestrzeni… i jak określić, ile czasu minęło od startu.

Najbardziej sprytny element jest skrajnie nieludzki w swojej prostocie: na okładce umieszczono maleńki, ultraczysty fragment uranu-238. Jego rozpad promieniotwórczy działa jak zegar, bo z biegiem czasu rośnie udział izotopów potomnych. Wystarczy porównać proporcje, żeby oszacować, jak dawno taki znacznik został umieszczony na płycie, bez potrzeby znajomości ziemskich lat czy miesięcy.

Co ciekawe, ten radioaktywny stempel nie jest jedyną podpowiedzią. Został przemyślany jako weryfikacja czegoś jeszcze: epoki zapisanej pośrednio na mapie pulsarów. Innymi słowy: nawet jeśli ktoś podejdzie do sprawy jak do zadania z kryminalistyki kosmicznej, dostaje dwa niezależne tropy, które powinny prowadzić do tej samej odpowiedzi.

Pulsary jako zegary, wodór jako klucz do skali

Druga sztuczka jest jeszcze bardziej elegancka, bo opiera się na zjawiskach, które w astronomii uchodzą za jedne z najbardziej regularnych w naturze. Na okładce widać mapę wskazującą położenie Układu Słonecznego względem kilkunastu pulsarów wraz z ich okresami zapisanymi w kodzie binarnym. Te okresy nie są wpisane w sekundach, tylko w jednostce opartej o fundamentalne przejście w atomie wodoru.

To ważne, bo wodór jest najpowszechniejszym pierwiastkiem we Wszechświecie, a jego charakterystyczne przejście, związane z linią 21 cm, można potraktować jak uniwersalny wzorzec czasu. Dzięki temu nawet ktoś, kto nie ma pojęcia o ziemskich jednostkach, dostaje instrukcję: tak definiujcie sekundę, a potem przeliczcie resztę. Na tej samej zasadzie podano np. czas jednego obrotu płyty (3,6 s) w wodorowych jednostkach, żeby dało się ją w ogóle odtworzyć.

A gdzie w tym data? W tym, że pulsary z wiekiem generalnie zwalniają – ich okres rotacji rośnie, bo tracą energię na promieniowanie i procesy w magnetosferze. Jeśli więc ktoś zmierzy dziś okresy tych samych obiektów i porówna je z wartościami zapisanymi na plakietce, różnica może zdradzić, ile czasu upłynęło od momentu, gdy dane były aktualne. To kosmiczna wersja wpisu typu: stan licznika na dzień wyjazdu.

Po co w ogóle komuś przyszło to do głowy

W tle jest prosta obserwacja: wcześniej w kosmos poleciały tabliczki z podstawowymi informacjami o pochodzeniu sond, ale tutaj postawiono poprzeczkę wyżej. Złota płyta miała być kapsułą czasu, opowieścią o Ziemi, zakodowaną w dźwiękach i obrazach na 12-calowym, pozłacanym krążku z miedzi.

Dlatego na nośniku znalazły się zarówno obrazy i odgłosy natury, jak i muzyka z różnych kultur oraz powitania w dziesiątkach języków. W samym pomyśle było coś z muzeum i coś z butelki wrzuconej do oceanu: nie wiemy, kto znajdzie, nie wiemy kiedy, ale chcemy zostawić ślad możliwie czytelny dla obcych oczu i uszu.

Jest też detal, który lubię najbardziej, bo pokazuje ludzką stronę wielkiej inżynierii: produkcja odbywała się w bardzo konkretnym czasie i miejscu, a mimo to projektanci próbowali myśleć kategoriami miliardów lat. Złocenie gotowych egzemplarzy wykonano pod koniec sierpnia 1977 roku, a do tego dołożono uran-238 o okresie półtrwania rzędu 4,5 miliarda lat. Skala ambicji jest tu niemal komiczna: my wysyłamy wiadomość, a data ważności liczy się jak dla geologii.

I nagle okazuje się, że to nie płyta jest najciekawsza, tylko metadane

Najbardziej przewrotne w tej historii jest to, że sekret nie dotyczy żadnej sensacyjnej treści. Chodzi o metadane: instrukcję, jak odczytać czas. Czyli coś, co w ludzkiej technologii jest oczywistością, każdy plik ma datę utworzenia, a w kosmosie staje się problemem filozoficznym i fizycznym jednocześnie.

To też piękny przykład myślenia projektowego sprzed epoki internetu: przewidywanie błędów, dodanie redundancji, budowanie uniwersalnych odniesień. Nie zakładamy, że ktoś zna nasze słowa, alfabet czy jednostki, zakładamy tylko, że rozumie atomy, promieniowanie i rytm gwiazd, bo inaczej nie byłby w stanie znaleźć sondy międzygwiezdnej.

A jeśli kiedyś rzeczywiście ktoś tę płytę odczyta, to pierwsze „cześć” od Ziemi zacznie się nie od muzyki czy zdjęć, tylko od żmudnego, genialnego kroku wstecz: ustalenia, jak dawno temu człowiek w ogóle wpadł na pomysł, by wysłać do obcych… instrukcję obsługi wraz z zegarem.