Jeśli zawsze marzyliście o karierze śledczej, a nie mieliście odwagi wstąpić w szeregi policji – mamy coś dla was! Oto czwarta odsłona konkursu  „Śledczego”.


Reguły gry są następujące: przedstawiamy sylwetkę znanego przestępcy (złodzieja, aferzysty, mordercy), ale z odmienioną tożsamością  – inne są personalia naszego bohatera, a także rzeczywistość historyczno-geograficzna. Zgadza się jednak modus operandi jego zbrodniczej działalności. To, co opisujemy, jest oparte na twardych faktach. Nie zdziwcie się więc, jeśli Jan Kowalski, pseudonim „Złowieszczy Brunon” mordujący kobiety na przedmieściach Katowic w latach 70. XX wieku, okaże się… Kubą Rozpruwaczem. Wy macie odgadnąć, o kogo chodzi.


Następnie wyślijcie SMS o treści FS.WS.  (po kropce wpiszcie swój typ z krótkim uzasadnieniem wyboru, maks. do 160 znaków) pod numer 71001. Koszt wysłania SMS-a to 1 zł netto (1,23 zł brutto). Na SMS-y z odpowiedzią dotyczącą „Zimna krew gorącej Dolores” czekamy do 31.03.2012. Regulamin konkursu znajduje się na www.focus.pl.


Na autora najlepszego uzasadnienia czeka nawigacja samochodowa TOMTOM Start (mapa regionalna), a na pozostałych pięciu wybranych przez nas śledczych – kryminały wydane przez G+J.


Historia: Zimna krew gorącej Dolores


Dolores Delgado szła powoli, patrząc przed siebie obojętnym wzrokiem. Zupełnie jakby nie zwracała uwagi na dziesiątki fotoreporterów, którzy pragnęli wydobyć od niej choćby jedno zdanie, słowo czy złowrogie spojrzenie. Zupełnie jakby nie oślepiały jej flesze, błyskające niczym pioruny.


Ale ubrana na czarno 30-letnia Meksykanka, eskortowana przez agentów FBI, zmierzała prosto do czarnego chevroleta P-Chassis, którym miała się udać z powrotem do stanowego aresztu.

– Dzieciobójczyni, na krzesło elektryczne z nią! – syczał tłum, otaczający siedzibę Hall of Justice w San Francisco.


Mieszkańcy miasta nie mogli uwierzyć, że kobieta, której udowodniono zamordowanie siedemnastoletniej Lucy, została skazana nie na karę śmierci, ale jedynie na osiem lat więzienia. Wprawdzie w pierwszej instancji Delgado usłyszała ponure słowa: „sentenced for death”, ale po kasacji zmieniono wyrok na o wiele łagodniejszy.


O co chodziło w sprawie, którą żyła Ameryka początku lat 50.? Kim była tajemnicza meksykańska piękność i dlaczego porwała się na życie córki swego chlebodawcy? No i przede wszystkim: czy słusznie zarzucono jej potworny czyn? Ona sama nigdy nie przyznała się do winy...


W San Francisco Dolores Delgado pojawiła się siedem lat wcześniej. Bez grosza przy duszy, tuż po tym, jak jej mąż wyjechał, rzekomo za chlebem, do Nowego Jorku. Nie chciał, aby małżonka mu towarzyszyła. Mieszkali na wschodnim wybrzeżu, w Bostonie, i przez długi czas nic nie wskazywało na małżeński kryzys. Ba, dochowali się nawet syna.


W gazetach – oczywiście już po procesie – pojawiły się spekulacje, że mąż opuścił Dolores pod presją rodziny, która uważała Delgado za rozpustnicę, oferującą swe ciało każdemu, kto dysponuje odpowiednio pękatym portfelem. Czy tak

było w istocie, nigdy nie ustalono.


Tak czy inaczej piękna kobieta postanowiła szukać szczęścia w San Francisco. Za tym wyborem przemawiał choćby klimat, który bardziej niż w chłodnym Bostonie przypominał jej rodzinny kraj. W 1944 roku zatrudniła się u znanego lekarza Thomasa Rowleya jako opiekunka do dzieci – wspomnianej Lucy oraz o rok młodszego Stanleya.


Doktor miał wprawdzie żonę, ale żona o tym nie wiedziała – znajdowała się w ostrym stadium choroby psychicznej i od lat przebywała w szpitalu. Nie było z nią żadnego kontaktu, a czterdziestoletni przystojny mężczyzna tak bardzo potrzebował kobiety! Pojawienie się Dolores potraktował niczym zesłanie anioła – piękność naznaczona osobistym dramatem rozstania z mężem (dzięki czemu rozumiała, na czym polega samotność w związku) była dokładnie tą, na którą czekał. Bliskość dusz szybko przerodziła się w bliskość ciał i cztery lata później opiekunka do dzieci powiła swemu pracodawcy kolejnego potomka – córeczkę Nancy.


Nie podobało się to dzieciom lekarza z pierwszego związku, a szczególnie Lucy. Dorastająca dziewczynka coraz głośniej wyrażała swe niezadowolenie z romansu ojca i nieustannie przypominała mu, że jego prawowita żona wciąż jest na tym świecie. I to jej ślubował miłość (oraz wierność!), a nie jakiejś meksykańskiej lafiryndzie. Dolores cierpliwie znosiła wszelkie upokorzenia ze strony nastolatki, aż wreszcie...


Aż wreszcie, nocą 30 grudnia 1951 roku Lucy Rowley została zamordowana we własnym łóżku. Podczas snu. Życia pozbawił ją zabójca, który zadał jej kilka ciosów w głowę młotkiem do rozbijania lodu.


Policja, a tym bardziej prasa i opinia publiczna, nie miały wątpliwości – sprawczynią mogła być tylko Dolores Delgado. Tylko ona miała motyw. No bo kto chciałby zabijać niewinne dziecko?


Razem z Meksykanką do aresztu trafił Rowley – prokuratorzy przez pewien czas sądzili, że słynny lekarz był współudziałowcem zbrodni. Miłość do kochanki przeważyła nad uczuciem do własnej córki – twierdzili, ale po kilku tygodniach odstąpili od tej teorii, wypuszczając Rowleya na wolność. Podejrzewano też pomocnika ogrodnika, który miał się rzekomo podkochiwać w Lucy, i zdawszy sobie sprawę, że jego afekt nigdy nie zostanie odwzajemniony,

sięgnął po młotek.


Śledczy założyli, że wersję z ogrodnikiem albo innym mężczyzną, który odczuwał niezdrową namiętność do Lucy, Delgado przewidziała jeszcze przed popełnieniem morderstwa. Dlatego po zadaniu śmiertelnych ciosów dokonała palcem penetracji pochwy dziewczyny, aby upozorować gwałt. Otworzyła też okno w jej sypialni, żeby uprawdopodobnić teorię o niespodziewanej wizycie zwyrodnialca u Lucy.


Rzecz w tym, że jedyne ślady na śniegu wokół domu należały do Meksykanki – musiała przejść od domu do basenu przeciwpożarowego, by utopić w nim młotek. Krew o grupie A (a taką miała ofiara) znaleziono na chusteczce do nosa Dolores oraz na jej futrze.


W gruncie rzeczy sprawa była oczywista – to, że Delgado nie przyznawała się do winy, działało wyłącznie na jej niekorzyść. Dlatego tak trudno zrozumieć, że jeszcze dziś wielu amerykańskich publicystów i pisarzy utrzymuje, jakoby piękna Dolores była niewinna.


Ona sama wyszła z więzienia po kilku latach na mocy amnestii i... rozpłynęła się jak kamfora. Zdaniem jednych prowadziła trafikę w Seattle, według innych – wróciła do Meksyku. A jak tam ktoś się ukryje, to nie ma siły, żeby go odnaleźć.