Kilka lat temu Lecha Grobelnego odwiedził w jego biurze reporter Michał Wójcik. Tragiczny finał słynnego aferzysty już wtedy wisiał w powietrzu...

Kartka z napisem „mocno walić”. Więc walę, kilkakrotnie. Po drugiej stronie metalowych drzwi słychać dudnienie, potem kroki i za chwilę jestem w siedzibie spółki z o.o. Odzysk. Szafy z segregatorami, biurko z komputerem, paprotka i wielki amstaff, który śpi na podłodze. Klepki nie ma, na betonie leżą rozłożone kartony. Przez szyby nic nie widać, bo zasłania je folia. Pies we śnie przebiera nogami, za kimś goni. Pomrukuje, podnosi głowę i za chwilę znowu zapada w drzemkę.

– To jedyny pracownik biura – tłumaczy Grobelny – znalazłem przepis, że nic nie stoi na przeszkodzie, aby zatrudnić psa. Zresztą ja nie mogę, jako prezes, zatrudnić się w firmie. Pies własną łapą złożył podpis i mnie reprezentuje w ZUS-ie. Kojarzy pan, co to ZUS?


Wnioskuję, że Grobelny po prostu nie płaci podatków. Potem dowiaduję się, że firma działa na granicy dwóch światów. Świata prawa i świata dobrosąsiedzkich kontaktów. Oznacza to, że czasami Odzysk płaci podatki, a czasami nie, bo część wykonywanych czynności nie jest działalnością gospodarczą.


PREZES Z ODZYSKU


Firma Odzysk powstała w 1997 r. Kilka miesięcy po tym, jak Grobelny wyszedł z więzienia. Szybko odzyskał jedną ze swoich 16 nieruchomości. W zasadzie był to wypalony barak. Wcześniej mieściło się tu archiwum Dorchemu – firmy, która powołała do życia Bezpieczną Kasę Oszczędności. Barak zajęty przez komornika ktoś podpalił. W wypalonej ruderze Grobelny postawił stoliki, a kelnerzy w smokingach nalewali dziennikarzom wódki. Tak wyglądał początek nowego etapu w życiu największego aferzysty III Rzeczypospolitej – jak prasa okrzyknęła Grobelnego po jego wyjeździe do Niemiec. Grobelny tego dnia – jak sam przyznaje – był nieźle wstawiony. Krzyczał na kelnerów, chodził na bosaka, miał stopy czarne od popiołu.

– Gorzała, gdzie jest, kurwa, gorzała? – pytał sam siebie. Konferencja prasowa wyglądała zatem nietypowo. Ubrany w spodnie od dresu, w znoszonej podkoszulce, z butelką wódki w ręku Grobelny omawiał szerokie plany firmy.

– Na mojej działce koło pawilonu, jak siedziałem w puszce, ktoś zasiał 450 metrów kwadratowych marihuany. Zielsko się porządnie rozrosło. Jak to zobaczyłem, postanowiłem skosić, bo rosło przy szkole podstawowej. Dzieciaki z okolicy mnie pomogli, skosiliśmy, wyszła tego chyba tona. Później to wszystko spaliłem. Policja, jak się pojawiła, to w zasadzie interesowała się tylko dowodami, że trawę zniszczyłem. A dobra była, skubana. Dziennikarze, którzy wychodzili z konferencji, zabierali zielsko ze sobą.


Dziennikarze pamiętają również, jak pijany Grobelny przechwalał się, że wykupił prawo do winiety „Życia Warszawy” i proponował pracę za „kilka tysięcy papieru miesięcznie”. Potem krzyczał, że skarb państwa jest mu winny 3 biliony złotych, i że wszystko odzyska.


Na koniec – jak zapewniał – podarował pieniądze Polsce, bo ta jest w potrzebie. Bo powódź i głodujący emeryci. Przedstawił dziennikarzom żonę i częstował ją wódką, aby była „łatwiejsza”. Był to ostatni publiczny występ byłego szefa BKO. Jeszcze jakieś pół roku wcześniej pojawił się z córką na przedpremierowym pokazie filmu Marka Piwowskiego. Filmu opartego zresztą na przygodach Grobelnego.

– Źle mi się oglądało. Miałem wielką ranę ciętą na całej twarzy. Dzień wcześniej stoczyłem pojedynek tu pod pawilonem. Jakiś koleś zbierał haracze chyba, robił awanturę na dole. Wyskoczyłem, przejechał mi butelką dwa razy po łbie. Ale usiadłem na nim i tak siedziałem pół godziny, aż przyjechała policja. Pretensje mieli do mnie. Że pobiłem faceta. A to zwykły kapuś był, kojarzy pan, co to kapuś?


Później słuch o Grobelnym zaginął.


WNIOSEK DO STRASBURGA


Mam dużo szczęścia, że go zastaję. Dwa dni temu policja zabrała go w piżamie do aresztu. Notorycznie nie stawiał się na przesłuchaniach. A o co była sprawa? – A, nie pamiętam. Ciągle mnie zatrzymują. Ostatnio na 1 maja. Grzecznie z dzieckiem i kobietą maszerowałem w pochodzie. A ci mnie zwinęli jak jakiegoś łobuza.


Siedzimy w jego biurze. Oglądam „gabinet” w stanie surowym – dziury w ścianach, okna dopiero co wstawione – i pytam o najszczęśliwsze lata. Zdaniem Grobelnego właśnie teraz jest szczęśliwy. Patrzę na jego zniszczoną twarz i przypominam sobie nagłówki z prasy siedem lat temu: „Od pucybuta do milionera i... z powrotem”. Dzwoni telefon. – Firma Odzysk, tak, słucham? Grobelny przyciska słuchawkę i szuka długopisu. Na pomoc biegnie mu konkubina, matka obserwującej nas zza wielkiej szyby w przedpokoju dziewczynki. – Kiedy był termin realizacji? Chwileczkę, chwileczkę, najpierw ja mówię... muszę się przecież czegoś dowiedzieć.


Okazuje się, że dzwoni pani Cecylia z zakładu, który od roku nie płaci pracownikom. Wszyscy pracują, bo boją się stracić posady. – Komplet papierów i zapraszam na wizytę. 500 zł od razu, po tygodniu umawiamy się na odbiór wniosku do Strasburga... wtedy drugie 500. Nie do Hagi, moja droga pani, do Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu. Ma pani szansę na zwrot od 20 do 50 tysięcy złotych. Rozumie pani koncepcję czy nie bardzo? – pyta Grobelny rozmówczynię.


Pani Cecylia chyba wszystko pojęła w lot, będzie w biurze następnego dnia rano. – Dużo ma pan klientów? – pytam.

– Napisałem jakieś sto wniosków. Strasburg też długo zwleka z werdyktami. Trzy, cztery lata. Ale w 2005 roku posypią się wyroki. Daję głowę, że będą po mojej myśli. Sprawiedliwość, kojarzy pan, co to takiego?

Na razie wspomina swoją karierę. Jest październik 1989 r. Inflacja galopuje. BKO proponuje klientom niewiarygodne oprocentowanie. W BKO przy okienku wisi kartka, na której jest napisane jak wół: „250 procent rocznie, 300 na dwa lata”. – BKO była absolutnie legalna. Przyjmowaliśmy lokaty. Gdybym udzielał kredytów, to już byłoby nielegalne. A ja gwarantowałem wypłaty swoim majątkiem – przekonuje.


Grobelny staje się autorytetem od makroekonomii. W telewizyjnym studio na tablicy rysuje wzory wyjścia z kryzysu. Ludzie pamiętają rękę eksperta. Brakowało w niej palca.

– Byłem u Leszka Balcerowicza. To mały szary człowieczek z PZPR. Mówię mu, że jest tu nas mała grupka ludzi z dużymi pieniędzmi. I że chcemy pomóc państwu. Zaproponowałem Leszkowi, że mu ustalimy kurs dolara i że przechytrzymy inflację.


Plan Grobelnego był prosty. Nabrać od ludzi pieniędzy, ile wlezie i czekać na dalsze osłabienie złotego. Szef BKO liczył na 25 tysięcy zł za dolara. I przeliczył się. W czerwcu już było wiadomo, że antyinflacyjny program Balcerowicza powiódł się: cena dolara stanęła na 9,5 tys. zł. W czerwcu 1990 roku Grobelny wyjechał na dwutygodniowe wakacje. Zdaniem prokuratora zabrał ponad 11,5 mld zł. Gdy na początku lipca wciąż nie wracał do kraju, w Dorchemie wybucha panika.


Tymczasem w USA pojawia się grecki milioner Evangelos Papaspyrou. – Mówi się, nie udawaj Greka. A dlaczego ja miałem nie udawać? – śmieje się Grobelny i dodaje: – Potem szukało mnie FBI, CIA... 17 kwietnia 1992 r. na autostradzie koło Hamburga Grobelnego zatrzymała niemiecka policja – nie działało tylne światło. Ceregiele z ekstradycją trwały pół roku. Zaraz po przyjeździe do Polski i ulokowaniu go w areszcie na Rakowieckiej w polskiej prasie pojawia się anons, że Grobelny zamierza założyć w celi firmę. Zwrócił się do władz więziennych z prośbą o regały, półki, krzesła, komputer, faks, telefon, a także.... dużą dmuchaną lalę. Dostał lampkę nocną. Taka jest oficjalna wersja wydarzeń, która przedostała się do mediów. W rzeczywistości Grobelny wypowiedział zakładowi karnemu wojnę. Był siedemnaście razy karany, w związku z czym słał skargi, gdzie się tylko dało. W końcu za osiemnastym razem odwiedził go wzburzony szef aresztu. „Pana działania uniemożliwiają pracę resocjalizacyjną zakładu” – powiedział. W grudniu 1992 roku pełnomocnik Grobelnego Dorota Szelińska zarejestrowała firmę LeGro. W maju 1993 r. „odsprzedała” mu udziały w niej. Wprawdzie nadal przebywał za kratami, ale prawo było po jego stronie. Władze więzienia musiały mu umożliwić pracę – w jego celi pojawiło się biurko, obrotowy fotel, komputer.

– To nie był zmarnowany czas. Na koszt podatnika miałem 5-letnie wakacje, panienkę dwa razy w tygodniu. Sprawy

służbowe załatwialiśmy w intymnej celi. Regularnie.


Proces Grobelnego rozpoczął się w maju 1993 r. Trzy lata później zapadł wyrok: 12 lat więzienia i grzywna 500 zł. Jednak Grobelny wyszedł na wolność – Sąd Apelacyjny uchylił wyrok i skierował sprawę z powrotem do prokuratury. Przesiedział 5 lat i dwa miesiące. W 1998 r. Grobelny połączył LeGro z Odzyskiem. Na początku roku zgłosiła się do Grobelnego Magdalena Datczuk. Jej mąż właśnie wyrzucił ją z dzieckiem z mieszkania i płaci grosze w ramach umownych alimentów. Kobieta jest w kropce, bo sama pracuje tylko dorywczo i nie ma na kogo liczyć. Po kilku miesiącach kłótni mąż wystąpił z wnioskiem o rozwód z jej winy. Zdesperowana kobieta przeczytała w prasie lakoniczne ogłoszenie: „szybki odzysk długów” i numer telefonu. Zadzwoniła. Grobelny od ręki napisał wniosek o odroczenie rozprawy i ustanowienie adwokata. Nie przyznał się jednak do autorstwa wniosku. – W razie gdyby pytali, miała się przyznać, że pomaga jej Grobelny. Ale nie mieli prawa, bo nie ma to nic wspólnego ze sprawą.


Magdalena Datczuk: „Do tej pory wiedziałam, że przegrywam. Mąż robił w sądzie, co chciał. Jak tylko złożyłam to pismo, od razu ławnicy zaczęli mi kiwać głową, że są po mojej stronie. Dawali do zrozumienia, że to ja mam rację”.


FEUDALNE  PRZYWIĄZANIE DO BIURA


Jeszcze na tej samej rozprawie zapadł werdykt. Całkowicie po myśli kobiety. – To była drobna sprawa, za drobne pieniądze. Wiele bym jednak dał, aby być na sali i patrzeć na rozwój wypadków. Najzabawniejsze są momenty, jak ci biedacy, moi klienci, wyciągają zza pazuchy profesjonalnie przygotowane wnioski. Na sali następuje konsternacja. Ostatnio jakaś pani adwokat aż zaniemówiła. Gdy się odezwała, zapomniała wstać i mówiła do Wysokiego Sądu na siedząco. Ja za takie zachowanie byłem z sali wyprowadzany – wspomina Grobelny.


Rzucam okiem na owo magiczne pismo. Kompletnie nic nie rozumiem: „...okoliczności sprawy wymagają znajomości i rozumienia orzecznictwa SN a w szczególności uchwały SN  z 09.06.1976 r. III CZP 46/75 OSNC 1976/9/1484 »zalecenia kierunkowe w sprawie wzmożenia ochrony rodziny« oraz uchwały SN z 13.01.1978 r. III CZP 30/77 OSNC 1978/3/39...”.


W sierpniu 2001 r. do Grobelnego zgłosił się dyrektor firmy montującej windy. Od pół roku starał się o odzyskanie 142 tys. zł za montaż dźwigu. Bezskutecznie. Dyrektor sanatorium w Horyńcu Zdroju stwierdził, że za usługę nie zapłaci, bo po prostu nie ma pieniędzy. Zdesperowany szef firmy już chciał zdemontować windę, ale wpadła mu do ręki gazeta. Grobelny postanowił, że podejmie się tej sprawy, bo zwierzchnik dyrektora sanatorium to szef jakiegoś związku zawodowego i poseł SLD. A właśnie za kilka dni miały być wybory do sejmu. I rzeczywiście – 12 września, na 9 dni przed wyborami, Grobelny podpisał umowę o odzyskanie długu. Na dokumencie paragraf 6 umowy pokreślony jest bardzo wyraźnie – dotyczy bowiem wynagrodzenia Grobelnego.


Strony najpierw umówiły się na 15 proc. z odzyskanej sumy, potem 10, w końcu stanęło na 5. Jeszcze tego samego dnia doszło do spotkania stron.

– Zrobił na mnie koszmarne wrażenie. Taki niechlujny – wspominał z zażenowaniem b. poseł Zdzisław T. – Omamił tego dźwigowego, a mi przy stole sugerował, że odzysk długów to nie przelewki. Myśli pan, że zakasował nas paragrafami? W żadnym wypadku. Po prostu sprawa była ewidentna i obyłoby się bez pana Grobelnego.

– No i dyszka kapnęła... – kwituje sprawę szef Odzysku.


Wychodząc z biura Grobelnego, potykam się na nierównych schodach. Próbuję łapać równowagę. Łapię tylko jakiś wystający drut ze ściany. Dobrze, że nie jest pod napięciem. Nie mogę nie zadać Grobelnemu tego pytania. Dlaczego żyje i pracuje w takich warunkach?

– A co? Mam dać zarobić komornikowi? – odpowiada.


Syndyk masy upadłościowej Bezpiecznej Kasy Oszczędności ściągnął dopiero 15 proc. majątku powierzonego Grobelnemu. Prezes Odzysku winien jest jeszcze wierzycielom kilka miliardów zł. Nie może wyjeżdżać za granicę.

– Jestem jak chłop feudalny przywiązany do ziemi. Kojarzy pan, co to feudalizm?