W kompleksie Fake Hills przewidziano 4000 mieszkań i apartamentów. Będzie to więc kilkutysięczne miasteczko mieszczące się w jednym zespole budynków. Charakterystyczną falującą sylwetkę wielkiej ściany przecinają wielopiętrowe otwory. Wyglądają jak olbrzymie dziury po budynkach kokonach, które jak kule przebiły się przez główny budynek, by usadowić się bliżej zatoki. W zamierzeniu projektantów megaotwory mają kadrować widoki z miasta poprzez budynek na otwarte morze. Zabieg ten, łącznie z dużą ilością zieleni na dachach i tarasach, ma w opinii architektów podkreślać przyjazność i ekologiczność zespołu Fake Hills. Choć tak naprawdę gigantyczna skala całej struktury każe traktować te założenia tylko jako marketingowe frazesy. Budynek z racji swej wielkości nie może być przyjazny człowiekowi: ale na pewno stanie się znakiem rozpoznawczym miasta Beihai.

Sztuczne Wzgórza zaprojektowała pekińska pracownia MAD Architects. To właśnie dzięki takim firmom „chińskość” nie kojarzy się już tylko z tanimi trampkami, podkoszulkami czy znanymi z „Dnia Świra” skarpetkami uciskowymi. Trójka młodych, wykształconych na Zachodzie Chińczyków z powodzeniem realizuje swoje niezwykłe projekty na całym świecie.

BASEN DLA PROLETARIATU


W zapale nowatorstwa projektanci z MAD chętnie przyznają się, że bliska jest im estetyka i idee modernizmu, XX-wiecznego nurtu architektury, z którego wywodzi się również wielki blok wielorodzinny. Historia olbrzymich zespołów mieszkalnych, tworzących budynki o skali małego miasta, sięga lat 20. XX wieku. Wtedy to radzieccy konstruktywiści, awangardowi artyści i inżynierowie, marząc o ukształtowania nowego komunistycznego człowieka, snuli wizje nowej rewolucyjnej architektury. Idea domu-komuny, podjęta przez Le Corbusiera, szwajcarsko-francuskiego architekta, została urzeczywistniona w 1952 r. w budynku tzw. Jednostki Marsylskiej. Masywny betonowy dom miał być jak transatlantyk płynący poprzez zielone ogrody i parki, zapewniając swoim proletariackim mieszkańcom wszelkie wygody. Jednostka Marsylska jest usadowiona na słupach i nie styka się z gruntem. W połowie wysokości znajduje się pasaż handlowo-usługowy, na dachu jest plac zabaw, klub społeczny i basen. Architekt przewidział w swoim projekcie wszystko... no może poza potrzebą wyjścia z domu i spaceru ulicami miasta.

Marsylska Unité d’Habitation to też zapowiedź swoich upiornych następców – bloków z wielkiej płyty. Corbusierowski termin określający dom jako „maszynę do mieszkania” miał odnosić się do optymizmu nowych czasów. Z czasem zaczął kojarzyć się z dehumanizacją nowoczesnej architektury. Dzielnice wypełnione szarymi blokami, w których nie było mowy o basenach, klubach ani podstawowych usługach, sprzyjały alienacji mieszkańców i rodziły patologie.

Jak to trafnie ujął filozof Zygmunt Bauman, Le Corbusier w pełni wierzył pomiarom i statystyce w odniesieniu do potrzeb człowieka – tymczasem policzyć można tylko to, co... policzalne. Stąd częściowa porażka modernizmu, czyniącego z człowieka „mieszkającą maszynę”.

ŚLEPA KUCHNIA I WIDOK

 
Spośród tysięcy bloków, które otoczyły również polskie miasta, a nawet niektóre miasteczka i wsie, kilka wyróżnia się oryginalnością i skalą. Zbudowana w centrum Katowic w latach 60. Superjednostka nawet po 40 latach zaskakuje ogromem jednolitej, długiej na kilometr urbanistycznej ściany. 700 mieszkań, 3000 osób. Pewną ciekawostką i świadectwem pojętej po peerelowsku oszczędności są ślepe kuchnie oraz windy... zatrzymujące się na co trzeciej kondygnacji. Windą można dojechać na piętra: 2, 5, 8, 11, 14. Zaletą skromnych mieszkań są niesamowite widoki.

Innym przykładem krajowych budynków realizowanych w megaskali jest seria gdańskich falowców. Najsłynniejszy, zbudowany na początku lat 70. w dzielnicy Przymorze ma 860 m długości. Zamieszkuje go około 6 tysięcy osób. Charakterystyczne dla falowca są tzw. galerie, czyli długie balkony komunikacyjne zamiast wewnętrznych korytarzy. Taki układ, popularny w peerelowskim budownictwie – bo był też bardzo ekonomiczny – jest rozwiązaniem dziwacznym i niewygodnym w polskim klimacie. Falowiec dzięki płynnemu i miękkiemu przebiegowi kolejnych sekcji nie stwarza tak totalnego wrażenia, jak równie olbrzymia bryła katowickiej Superjednostki.

W Warszawie najbardziej oddany idei megadomu był architekt fińskiego pochodzenia Oskar Hansen. To właśnie jego autorstwa jest najdłuższy warszawski dom: Przyczółek Grochowski (budowany w latach 1963–1969). To w zasadzie całe osiedle, na które składa się jeden wielokrotnie zagięty dwukilometrowy budynek. Ale podporządkowane graficznej idei założenie Przyczółka widoczne jest w zasadzie tylko z lotu ptaka: mieszkańcom trudno jest je dostrzec. Ci widzą tylko betonowe ponure galerie, które dobrze wpisały się w klimat kręconego tutaj filmu „Cześć Tereska”.

KWESTIA SKALI