Wczesnym rankiem 25 czerwca 1580 roku w porcie Dover ze statku zszedł szczupły mężczyzna. Pan Edmundson przybył z francuskiego Calais w interesach. Celnikom powiedział, że zmierza do Londynu handlować klejnotami. Wzbudziło to ich podejrzenia, jednak po kilkugodzinnym przesłuchaniu puścili go wolno.

Zostawmy pana Edmundsona, który jedzie sobie do Londynu przez malownicze, zwłaszcza wczesnym latem, hrabstwo Kent i przyjrzyjmy się Anglii A.D. 1580. Od 22 lat panuje córka Henryka VIII Elżbieta. Królowa wspiera uczonych, inspiruje artystów, a ludziom przedsiębiorczym pozwala się bogacić. Sponsorowani przez nią piraci, którzy sami wolą nazywać się dżentelmenami-ryzykantami, opanowują morza i oceany. W Europie rodzi się nowa potęga. Ale elżbietański złoty wiek ma też swoją ciemną stronę. Kiedy rozum nie śpi, upiory szaleją w najlepsze.

KŁOPOTY Z KATOLIKAMI


Mogą pojawić się o każdej porze. Oznajmiają swoje przybycie waleniem do drzwi. Często towarzyszą im miejscowy sędzia i wojsko. Łowcy łupów mają bowiem prawo domagać się od lokalnych władz współpracy. Kiedy wejdą do domu, wywracają wszystko do góry nogami byle znaleźć dowody „katolickiego zabobonu”: różaniec, naczynia liturgiczne, katolicką Biblię, krzyżyk albo – o zgrozo! – bicz do umartwiania się. Jeszcze lepiej, jeżeli nakryją jedną z tajnych drukarni. Ale największym trofeum jest ksiądz, najczęściej pod przybranym nazwiskiem udający służącego, krewnego albo gościa. Kościół katolicki ma charakter organizacji podziemnej. Aby być katolikiem, trzeba wiele odwagi.

I pomyśleć, że kiedy w 1558 roku Elżbieta wstępowała na tron, świat był o wiele spokojniejszy. Otoczenie królowej składało się wprawdzie w większości ze zwolenników reformacji, ona jednak w sprawach wiary nie miała głębokich przekonań. Tak jak większość swoich poddanych była niechętna Rzymowi i jednocześnie przywiązana do starej katolickiej obrzędowości. Nie podobały się jej radykalne pomysły reformatorów, takie jak śluby księży, rezygnacja z szat liturgicznych czy zniesienie biskupstw. Wierzyła, że wszelkie napięcia usunie kierowany przez nią kościół narodowy. W pierwszych aktach prawnych nałożyła na poddanych obowiązek uczestnictwa w anglikańskich nabożeństwach. Wcale nie przeszkadzało jej to, że ludzie będą robić to koniunkturalnie, dla świętego spokoju. Jednocześnie jednak zakazała katolickiej mszy, domagała się, by przysięgano jej posłuszeństwo jako rządcy kościoła i zabroniła wyświęcania kapłanów. Nie chciała katolickich męczenników. Chodziło jej o to, by wspólnoty stopniowo odcinać od księży i sakramentów. Elżbieta liczyła na to, że z czasem, kiedy starzy biskupi i księża odejdą z tego świata, ludzie dołączą do jej kościoła. Zmiany religii wydawały się jej czymś normalnym. Za jej życia większość Anglików zmieniało – albo udawało, że zmienia – religię już kilka razy. Za Henryka VIII z katolików stali się patriotycznie anglikanami, za Edwarda posłusznie dryfowali w stronę radykalnego protestantyzmu, wreszcie za Marii, wobec przekonującego widoku stosów, na których płonęli niedawni reformatorzy, wrócili do katolicyzmu.

Optymizmu Elżbiety nie zmniejszały raporty o silnym przywiązaniu ludzi do starego kościoła. Wystarczyły jednak cztery lata, by przestała przymykać oczy na katolików, a zaczęła przyglądać im się ze strachem i nienawiścią. W 1568 roku katolicki wygnaniec William Allen założył w Douai, na terenie dzisiejszej Francji, seminarium, które miało wyświęcać księży na potrzeby angielskiego kościoła. W tym samym roku katolicka królowa szkocka, kuzynka Elżbiety Maria Stuart po przegranej wojnie domowej, uciekła do Anglii. Wobec bezdzietności Elżbiety, wielu katolików widziało w niej przyszłą królową. Z miejsca wokół Marii zaczęły zawiązywać się spiski. Na domiar złego w 1569 roku pod hasłami powrotu do rzymskiej religii, broń przeciw Elżbiecie podnieśli potężni feudałowie z północy Anglii. Powstanie szybko stłumiono, ale już w 1570 roku pojawił się nowy problem. Papież Pius V ekskomunikował Elżbietę, zezwalając jej poddanym na wypowiedzenie posłuszeństwa. Tak oto poddano setki tysięcy ludzi okrutnej próbie lojalności, a angielski establishment nauczył się wiązać katolicyzm ze zdradą. W 1571 roku wprowadzono karę śmierci za rozpowszechnianie papieskiej bulli i namawianie do odstępstwa od oficjalnej religii. Za zdradę uznawano już samo powątpiewanie w prawo Elżbiety do tronu. W tym samym roku władze zyskały mocny dowód dla swojej antykatolickiej polityki. Odkryto wtedy spisek na życie królowej, jaki zorganizował wenecki bankier Ridolfi. W kolejnych latach rozbuchane już antykatolickie nastroje podsycały informacje o wypadkach zagranicznych – o rzezi hugenotów w Paryżu, hiszpańskim terrorze w Niderlandach czy wreszcie o perspektywie hiszpańskiej inwazji. „Oto znaki poprzedzające koniec świata – pisał pewien duchowny anglikański. – Szatan ryczy jak lew, świat oszalał, antychryst ucieka się do każdej ostateczności, by z wilczym okrucieństwem pożreć owce chrystusowe”. A pan Edmundson? Jest już w Londynie. Gdy wyjeżdżał z Anglii prawie 10 lat wcześniej, najbliższy doradca królowej Robert Cecil lord Burghley pisał, że kraj stracił klejnot. Teraz – o ironio losu – powraca jako handlarz klejnotami. Naprawdę nazywa się Edmund Campion i jest jezuitą. Wiadomość o jego przybyciu roznosi się po Anglii lotem błyskawicy. „Owce chrystusowe”, mają powody do niepokoju.

MISSION IMPOSSIBLE

 


Królowa jest oczarowana. Edmund Campion, młody profesor filozofii z Oksfordu, skończył właśnie popis retoryczny. W błyskotliwy sposób omówił kwestię wpływu księżyca na przypływy i odpływy. Takich wybitnych młodych ludzi potrzebuje władza dla nowego kościoła. Młodzieniec z miejsca staje się pupilem Leicestera, drugiego obok Burghleya najważniejszego człowieka z otoczenia królowej.

Ale to było dawno. Wtedy, w 1566 roku, Campion miał przed sobą świetlaną przyszłość w anglikańskim kościele. Od tego czasu zmieniło się wszystko. Zaczęło się od tego, że zgłębiając pisma teologiczne młody profesor zaczął skłaniać się ku katolicyzmowi. W roku papieskiej ekskomuniki [chyba rok przed 1569!], kiedy sprawa jego dryfującego sumienia stała się w Oksfordzie głośna, wyjechał do Irlandii. Fakt, że nie udał się do seminarium Allena oraz jego literacka twórczość świadczą o tym, że przełom religijny jeszcze się nie dokonał. Campion napisał historię Zielonej Wyspy, którą opatrzył wiernopoddańczą dedykacją dla Leicestera. W 1571 r. dojrzał do ostatecznej zmiany. Przeprawił się do Douai i ukończył teologię. Nie zagrzał tam jednak miejsca. Być może bał się wtedy, że z Douai będzie musiał wracać do Anglii jako misjonarz. Udał się do Rzymu i wstąpił do zakonu jezuitów. Jako zakonnik został wysłany do Austrii i do Czech. Przez kilka lat wiódł spokojne życie, skupiony na problemach katolików z Brna i Pragi, aż upomniała się o niego ojczyzna, a konkretnie William Allen. Teraz już kardynał Allen. Przekonał on papieża, by jezuitów, uchodzących za misyjną elitę elit, wykorzystać w Anglii.

Misję, której członkiem był Campion, przygotowano propagandowo. Kardynał Allen w swoich pismach argumentował, że odrzucenie zwierzchnictwa królowej w sprawach wiary nie oznacza politycznej zdrady. Dla spokoju sumienia misjonarzy, a zwłaszcza Campiona, który czuł się lojalnym poddanym Elżbiety, zawieszono bullę Piusa V. Opracowano instrukcję, która zabraniała im rozmów o polityce, słuchania tych, którzy krytykują królową, czy pisania do Rzymu w sprawach politycznych.

Tak naprawdę jednak plany papiestwa nie ograniczały się jedynie do troski o dusze angielskich katolików. Idea inwazji, mającej przywrócić rzymską wiarę w Anglii, krąży w głowach sterników polityki papiestwa i królestwa Hiszpanii. Złowrogo brzmią słowa Allena, który donosi papieżowi: „mamy prawie 300 księży w szlacheckich i zamożnych domach i co dzień wysyłamy nowych, którzy będą kierowali sumieniami i czynami katolików, kiedy nadejdzie czas”. W tym samym 1580 roku, w którym misjonarze przybyli do Anglii, w Irlandii wylądowali papiescy najemnicy, by wspomóc antyangielskie powstanie. Nie powinno dziwić, że przybycie księży uruchomiło kolejną falę oskarżeń o zdradę i represji. Kara za nieuczestniczenie w nabożeństwie anglikańskim została wkrótce podniesiona z szylinga do astronomicznej sumy 20 funtów. Przekładając te sumy na dzisiejsze realia, mandat w wysokości 10 podniesiono do 4000 funtów. Jeszcze wyższe kary groziły za udział w katolickiej mszy. Tych zaś, którzy próbowaliby odciągać poddanych królowej od posłuszeństwa albo od oficjalnej religii, czekała śmierć. Wprowadzono nadzwyczajne środki bezpieczeństwa i urządzono prawdziwe polowanie na księży. „Każda droga, rozstaje dróg, każdy port są obserwowane przez dzień i noc, tak że nikt się nie przeciśnie bez dokładnego przeszukania” – pisze jeden ze świadków epoki. Misjonarze krążyli przede wszystkim po prowincji, odwiedzając domy bogatej katolickiej szlachty. Złośliwi znawcy tematu ironizują, że misje niosły magnatom nie tylko nadzieję na zbawienie, ale dostarczały kolejnego wyznacznika luksusu. Tylko bogacze mogli uniknąć represji, a gdy już się zdarzą, ponosić ich koszty. Ale z drugiej strony, tylko w domach bogaczy misjonarze mogli bezpiecznie pracować i dzięki pańskim sieciom powiązań docierać do większej liczby wiernych. Tam gdzie nie docierali misjonarze, docierały ich teksty. Campion podczas swego pobytu w Anglii napisał dwa, które stały się bestsellerami. W pierwszym – skleconym pospiesznie „Wyzwaniu” – wyjaśniał, że cele misji są wyłącznie religijne oraz wyzywa na debatę anglikańskich teologów. W drugim – doskonale przygotowanej rozprawie „Dziesięć dowodów” dowodził wyższości Kościoła katolickiego nad anglikańskim. Ten drugi tekst miał spektakularną promocję. 27 czerwca 1581 roku świeżo wydrukowane egzemplarze rozłożono w kościele w Oksfordzie na inauguracji roku akademickiego.

Działalność misyjno-pisarska Campiona irytowała władze szczególnie. Urządzono więc na niego swoiste polowanie. Miał więcej szczęścia od większości swoich towarzyszy, którzy dosyć szybko wpadli w ręce władz. W lipcu 1581 roku znów prawie wymknął się swoim prześladowcom. Sześćdziesięciu ludzi przez niemal dobę przeszukiwało posiadłość Lyford Grange, gdzie się ukrył. Gdyby nie to, że postanowił w pewnym momencie zmienić kryjówkę, nie zostałby pewnie znaleziony. Po aresztowaniu trafia do osławionej Little Ease, maleńkiej celi w londyńskim Tower, gdzie nie można się ani wyprostować, ani wyciągnąć. Po czterech dniach zostaje wywieziony z więzienia. Ku swojemu zdziwieniu trafia przed oblicze królowej. Od popisu w Oksfordzie minęło 15 lat. Pewnie wspomnienie tamtych chwil sprawia, że spod warstwy makijażu na twarz królowej przebija się uśmiech. Elżbieta proponuje, że jeśli publicznie przystąpi do Kościoła anglikańskiego, jego winy zostaną wymazane i czeka go nagroda. Jezuita odmawia i wraca do mrocznej celi. Pięć dni później łamany jest kołem.

RUNDA 1


Jest ósma rano, 31 sierpnia 1581 r. W londyńskim Tower w jednej z kaplic gromadzi się tłum. Przy stole zastawionym książkami siedzi dwóch mężczyzn: Alexander Novell i William Day, wybitni teologowie i polemiści anglikańscy. Strażnicy wprowadzają na salę człowieka. To Edmund Campion. Choć ledwo stoi na nogach i wygląda na nieprzytomnego, musi sobie zadawać pytanie, dlaczego władze zorganizowały debatę, której się domagał w swoim „Wyzwaniu”? Wcześniej jednak należy zastanowić się, na co liczył Campion wzywając anglikanów do debaty? Z jednej strony była to niby epoka publicznych dysput, które przyciągały tłumy. Ale minęły już czasy, kiedy Eck i Luter mogli przez tydzień swobodnie dyskutować o władzy papieża. Wraz z ugruntowaniem zasady cuius regio eius religio, debaty prowadzono już tylko pod specjalnym nadzorem.

W Anglii w początkach panowania Elżbiety dyskusja między biskupami anglikańskimi i katolickimi zakończyła się uwięzieniem tych ostatnich. Jeśli ktoś miał jeszcze złudzenia po tym wydarzeniu, powinien się ich pozbyć w kolejnych latach. Anglikański biskup Jewell wyzwał do debaty katolików, po czym dzieła jego polemistów zostały zakazane. Dowodzi to, że choć w praktyce władza terroryzowała albo w najlepszym wypadku cenzurowała, debata wciąż była hasłem obozu rządzącego.

Anglikanie domagali się debat za panowania prześladującej ich Marii Tudor, teraz więc niezręcznie było odmawiać tego prawa innym. Poza tym, nie sposób było udawać, że nie ma sprawy Campiona. Jego „Wyzwanie” krążyło w setkach nielegalnych odpisów albo kopii nieprzerwanie drukowanych przez podziemne drukarnie. Na domiar złego cenzura nie zauważyła, że jeden z polemistów przytoczył tekst w całości, w oficjalnie wydanym pamflecie. Przypuszczalnie o debacie zadecydowano zaraz po tym, jak Campion odrzucił ofertę złożoną przez królową. Otoczenie Elżbiety wiedziało, jak niebezpiecznym szermierzem jest Campion. Swoje nadzwyczajne retoryczne umiejętności pokazał przecież w 1566 roku w Oksfordzie, a od tego czasu musiał się jeszcze rozwinąć. Dlatego władza przygotowała się do debaty solidnie, przez miesiąc. Niewykluczone, że dwukrotnie łamano go kołem, nie tylko po to, by wyciągać wiadomości o katolickiej konspiracji, ale także, by skruszyć jego wolę przed debatą. Wyłoniono przeciwników, wspomnianych wyżej Alexandra Novella i Williama Daya. Kiedy Campion leżał w ciemnej celi i poddawany był upokorzeniom, ci dwaj gruntownie zapoznawali się z „Dziesięcioma powodami”, testowali argumentację i przygotowywali strategię. Sprawa wydawała się prosta – Campion, co przyznają zgodnie historycy doktryn, nie był oryginalnym teologiem i nie przedstawił w swoich tekstach nowatorskich argumentów. Anglikanie byli pewni swego. Do debaty dopuścili też publiczność, licząc z pewnością na to, że wieści o pokonaniu papisty rozniosą się łatwiej po Londynie. Jednak rankiem 31 sierpnia Campion odzyskuje wigor. Zanim rozpocznie się właściwa dyskusja, skarży się na tortury. Naczelnik więzienia ironizuje, że to raczej drapanie niż tortury. Campion odpowiada, że on sam jako ofiara lepiej potrafi osądzić, czego doświadczył. Zaznacza, że debata nie jest prowadzona na równych zasadach, że jego przeciwnicy mieli czas się do niej przygotować, że mają do dyspozycji książki. Potem już jest tylko teologia. Przez cały dzień, z przerwą na obiad, dyskutuje się o tym, które księgi Pisma Świętego są kanoniczne oraz czy ważniejsze są wiara czy uczynki. Protestanci ogłaszają zwycięstwo Novella i Daya, katolicy Campiona. Nie sposób na podstawie samych zapisów przyznać racji jednym albo drugim. Najlepszym dowodem przemawiającym za zwycięstwem Campiona jest to, że ponad 2 tygodnie później odbywa się kolejna debata.

RUNDY: 2, 3, 4.

 


Najwyraźniej władza postanowiła całkowicie zmienić strategię. 18 września Campion stanął przed nowymi dyskutantami. Nie byli to już ludzie subtelni jak Novell. Uznano widocznie, że w czysto intelektualnym sporze Campion jest poza zasięgiem. Wybrano agresywnych wojowników: Williama Fulke’a i Rogera Goode’a. Fulke zasługuje na chwilę uwagi. Śmiało może uchodzić za bulteriera reformacji. Kiedy kilka lat wcześniej katolik Storey wył z bólu podczas kaźni, Fulke ironizował, że świadczyło to o tym, „jakoby pozbawiony był cierpliwości”. Co więcej, jak chce tradycja, zmierzył się już z Campionem w debacie jako dziecko i – co nie dziwi – dostał baty. Był więc idealnym kandydatem: nienawidził katolików i miał z Campionem osobiste porachunki. Druga debata przypomina już bardziej przesłuchanie niż akademicki spór. Fulke i Goode ubliżają Campionowi, traktując go jak uczniaka. Szydzą, że czegoś nie zrozumiał albo że to, co mówi, nie ma sensu. Strategia Fulke’a i Goode’a polega na tym, by nie pozwolić rozpędzić się retorycznej machinie Campiona, by nie dać mu szansy na przejęcie inicjatywy. O temperaturze sporu niech świadczy fakt, że w pewnym momencie znany nam już naczelnik więzienia upomina dyskutantów, że odbiegli od tematu. Z początku Campion zdaje się panować nad sytuacją. Z pamięci podpowiada Goode’owi fragmenty Biblii, a kiedy ten ma kłopot z odpowiedzią na jeden z argumentów, mówi: „panie Fulke, proszę pomóc koledze, jeśli pan potrafi”. Pod koniec debaty traci jednak inicjatywę. Wpierw zawodzi go greka, a potem Fulke zarzuca mu nieznajomość pism św. Augustyna. Kiedy jezuita swoim zwyczajem wzywa go do debaty o Augustynie, Fulke najwyraźniej czuje się zwycięzcą starcia, mówi bowiem: „dziwię się, że chcesz stawić czoła komuś, kto pokonał w debatach uczonych królestwa”. Władza nie podziela jednak optymizmu Fulke’a, bowiem 23 września organizuje dogrywkę.

Fulke na wstępie poucza Campiona, że za bardzo się rozgadywał w poprzedniej debacie i uprzedza, że będzie skracać jego wypowiedzi. To wyraźny sygnał, że przeciwnicy Campiona zauważyli, iż poddawanie go agresywnej presji przynosi efekty. Trzecia debata toczy się w zawrotnym tempie. Poza standardowymi obelgami Fulke i Goode próbują przygwoździć go rozmaitymi wersjami argumentu, że skoro Jezus jest w niebie, nie może być w eucharystii, a więc ta nie jest sakramentem. Campion obala przesłanki, umiejętnie przywołuje i interpretuje fragmenty Biblii, by wykazać, że fizyczna obecność w niebie nie wyklucza cudownej obecności w sakramencie. Przyznajmy, że obie strony są w formie, jednak lepsze wrażenie znowu robi Campion. Najwyraźniej oswoił się z agresywnym stylem, bo nie sprawia wrażenia, jakby znalazł się w opałach. Kiedy Fulke gubi się w swoim piętrowym sylogizmie, Campion ironizuje: „dziwię się takim rozumowaniom u doktora z Cambridge”.

Cztery dni później dochodzi do czwartej debaty, z trzecią już parą dyskutantów – Johnem Walkerem i Williamem Charke’em. To polemiści bez większych zasług, ale są jeszcze bardziej agresywni niż Fulke. Co ciekawe, powracają tematy z pierwszej debaty, co świadczy wyraźnie o tym, że władza uznała się w niej za stronę przegraną. Z czwartą debatą wiąże się interesujące pytanie – dlaczego wystawiono do walki z Campionem ludzi bez prestiżu? Być może sprawa Campiona była elementem jakiejś rozgrywki wewnątrz rozmaitych odłamów angielskiej reformacji? Charke miał poglądy ultra purytańskie. Kilka lat wcześniej napisał dziełko o tym, że biskupów wymyślił szatan. Z punktu widzenia anglikańskiego kompromisu jego purytański anarchizm był równie niebezpieczny jak katolicka zależność od Rzymu. Być może frakcja „umiarkowanych” chciała z pomocą niepokonanego Campiona ośmieszyć radykalnych reformatorów takich jak Charke? Warto tu dodać, że radykalni protestanci prezbiterianie budzili niechęć Elżbiety, ale ponieważ nie stała za nimi żadna obca potęga, nigdy nie byli prześladowani tak jak katolicy. Charke radzi sobie nieźle. Pod koniec debaty jednak Campion bawi się już z nim jak z uczniakiem: „i to ma być argument, na który nie ma odpowiedzi?” – pyta rozbawiony. „Kpisz sobie? Wkrótce trafisz tam, gdzie nauczą cię lepszych manier” – grozi Charke. „Jesteś groźnym adwersarzem. Ale co to wnosi do twojej argumentacji?” – odpowiada Campion. Czwarta debata była ostatnią. Nie dlatego, że Campion przegrał. Otoczenie Elżbiety było najwyraźniej podirytowane i zniecierpliwione przebiegiem debat. Poza tym przedyskutowano najważniejsze punkty sporne, które zawarł w swoich „Dziesięciu powodach”. Campion bez przygotowania poradził sobie z szóstką wybitnych dyskutantów. 31 października 1581 roku jezuita znowu jest łamany kołem. W listopadzie trafia przed sąd.

POWIESZONY I ODCIĘTY ŻYWY


Starsza pani i chłopiec bawią się w ogrodzie. Dziwne to zabawy. Nie mają w sobie nic z niewinności, przypominają raczej flirt. Dziecko to książę Alençon, syn Katarzyny Medycejskiej, brat króla Francji. Ma 24 lata, około 130 cm wzrostu, a do tego zeszpeconą ospą twarz. Ale Elżbieta i tak jest w nim zakochana. Królowa dziewica, która przeżywa właśnie ostatnią miłość swojego życia. Establishment jest przerażony. Wcale nie perspektywą króla młokosa-karzełka, tylko plotkami o tym, że Elżbieta skłania się ku katolicyzmowi. Kiedy sprawa wybucha w 1579 roku, popędliwy purytański fanatyk, niejaki Stubbs pisze dzieło: „Odkrycie ziejącej przepaści, w którą wtrąci Anglię kolejne francuskie małżeństwo, jeśli pan temu nie przeszkodzi, wyjaśniając królowej, że jest ono grzechem i zasługuje na karę”. Stubbs trafia do więzienia, wcześniej kat obcina mu rękę. Być może nie ma żadnego związku między perspektywą ślubu królowej z Alençonem i procesem Campiona. Tak się jednak składa, że w listopadzie, kiedy odbywa się sąd nad misjonarzem, francuski książę i angielska królowa przeżywają w Londynie ostatnie miłosne uniesienia. Być może jednak wysłanie jezuity na szubienicę jest formą uspokojenia nastrojów społecznych i pokazania, że Elżbieta religii nie zmieni?

Tak naprawdę jednak los Campiona był już przesądzony w chwili, gdy nie skorzystał z oferty królowej. Zostaje oskarżony o udział w spisku na życie monarchini. Władza czyni go członkiem kilkunastoosobowej grupy spiskowców. W skandalicznym procesie pokazowym okaleczony kolejnymi torturami Campion po raz ostatni daje dowody swojej elokwencji. Udowadnia, że skoro proponowano mu za cenę spokoju przystąpienie do Kościoła anglikańskiego, zatem sądzony jest o religię, a nie o zdradę. Udowadnia, że proces opiera się na przypuszczeniach – nie dowodach, a wielu z rzekomych spiskowców poznało się dopiero na sali sądowej. Wszystko na nic. Zapada wyrok. Campion dowiaduje się, w jaki sposób umrze. „Zostaniesz powieszony i odcięty żywy, zostaną wyrwane twoje wnętrzności i rzucone w ogień na twoich oczach. Potem obetną ci głowę i podzielą ciało na 4 części, które będą rozdysponowane wedle życzenia JKM. Niech Bóg ma w opiece twoją duszę”.

1 grudnia leje jak z cebra. Dwaj Holendrzy, karzeł i olbrzym, najpopularniejsi uliczni artyści Londynu 1581 roku nie mają tego dnia widzów. I wcale nie przez pogodę, tylko przez inną atrakcję. Ulicami Londynu prowadzony jest bowiem na egzekucję Campion. Na trasie pochodu gromadzi się tłum. Pojawia się nawet Charke, który jeszcze chce omawiać jakieś kwestie teologiczne. Na szafocie Campion powtarza, że jest wiernym poddanym królowej i że życzy jej powodzenia. Potem następuje kaźń. Kiedy kat wyrywa wnętrzności, krew Campiona tryska na stojącego wśród gapiów młodego poetę Henry’ego Wolpole’a. Doświadczenie zmieni jego życie. Wkrótce wyjedzie on do Douai, zostanie księdzem, i trzynaście lat później umrze męczeńską śmiercią.

Można powiedzieć, że śmierć Campiona przynosi skutek odwrotny do zamierzonego przez władze. Jego przykład sprawia, że choć zaostrzają się prześladowania, do Anglii przybywa coraz więcej misjonarzy. Rośnie też liczba rekuzantów – czyli tych, którzy odmówili złożenia przysięgi posłuszeństwa Elżbiecie. Pamięć o wizycie niezwykłego jezuity jest żywa wśród zakonspirowanych wspólnot na północy Anglii jeszcze sto lat później. Gdyby nie Campion – choć oczywiście nie tylko on – katolicyzm udałoby się z Anglii wyrugować.

Być może z perspektywy swoich czasów Campion wydaje się człowiekiem naiwnym. Nie ma ambicji politycznych, szczerze wierzy, że jego misja ma czysto religijny charakter. Być może jednak, po prostu wyrasta ponad swoją epokę. Gdyby przyszło mu żyć później, byłby klasykiem ekumenizmu. Swoje „Wyzwanie” kończy w tym właśnie duchu: „Powierzam swoją i Waszą sprawę Bogu Najwyższemu, który zsyła nam łaskę, i godzi nas przed dniem sądu, byśmy w końcu zostali przyjaciółmi w niebie, gdzie wszystkie krzywdy zostaną zapomniane”.