W październiku 1915 roku – zaniepokojony brakiem korespondencji od żony – prof. Kamiński przerywa organizowanie Wydziału Architektury Politechniki Warszawskiej i podejmuje starania o przepustkę do podlubelskich Lesiec. Tutaj, kompletnie osłupiały, dowiaduje się, że miesiąc wcześniej żona malarka zaciągnęła się do II Brygady Legionów Polskich. Początkowo zamierzała wstąpić do kawalerii I Brygady, bowiem „podobała się jej – jak wyznaje siostra – wysoka czapka ułańska”, ale porucznik Boczarski z Komendy Legionów drogą służbową skierował podanie bezpośrednio na front. Lubelski krawiec wojskowy uszył mundur, siostry zakupiły kawaleryjskie buty, czapkę ułańską, bieliznę. Pod nożyczkami zginęły loki ochotniczki, a ostrzyżenie głowy maszynką, przy samej skórze, radykalnie załatwiło sprawę. Kilka dni później w dokumentach podróży pojawia się „Zygmunt Tarło”; to będzie imię i nazwisko Zofii z Trzcińskich Kamińskiej w Legionach... Analizując pomysł żony, profesor Kamiński przypomina sobie „jej ogromną wrażliwość, krańcowość w sądach i postępowaniu, temperament, łatwo poddający się nastrojom, oraz nieustępliwość w powziętych postanowieniach”. Z aluzji szwagierki wynika jednak, że Zofia zgłosiła się w zastępstwie męża – profesora, który kiedyś napomknął, że pójdzie do legionów, a następnie o tym zapomniał...

SANITARIUSZ-KA

 


W tym czasie, kiedy profesor Kamiński martwi się o żonę, z Wołynia jedzie do Łodzi list Marii Błaszczyk. Zniknęła z domu kilka miesięcy wcześniej. Wściekli na nią rodzice nie odpowiadają na kolejne listy. „Nie wiem wprawdzie, dlaczego jestem opuszczona, że nawet o kilka słów nie mogę się doprosić, bo najbardziej było mi przykro, gdy nasz półbatalion miał wychodzić na linię – wszyscy otrzymali listy albo karty z ostatniej poczty. A mnie szczęście nie spotkało – pisze córka. – W ostatniej chwili przed odjazdem z Królestwa stałam oparta o karabin, myślałam o Was, ale mnie jako żołnierzowi nie wolno się rozczulać. Co słychać w domu żeście tak o mnie zapomnieli. Żem wyszła z domu bez opowiedzenia się, to trudno, bo zdarzają się takie chwile, że trzeba iść za głosem własnego sumienia. Więc proszę Rodziców nie mieć do mnie żadnej urazy, bo i ja czuję się jako Polka względem ojczyzny naszej. A teraz donoszę Wam, że jestem ranna w nogę lekko; piszę obecnie list z izby chorych [...] Dowiedziałam się od Żanetty, że Mama posądza panią Kapustową, że ona mnie namówiła do tego [służby w wojsku – dop. SMJ], ale to jest zupełnie wykluczone, bo ja bez żadnej namowy to uczyniłam...”.

Wkrótce po napisaniu tych zdań do kolejnego natarcia pod Biełgowem na Wołyniu ruszają kompanie drugiego pułku piechoty. Masakruje legionistów ogień z dział. Straty sięgają 50 proc. stanu kompanii szturmowych. Nie wszystkich poległych można nawet zawieźć na cmentarz w Wołczecku. „W rowie, przy okopie – zapamięta dr Antoni Stefanowski – koledzy chowają Jana Tadeusza Zaleskiego, stawiając na jego grobie skromny krzyżyk, wiązany telefonicznym drutem. Zawieszają sznur koralików”.

Wspominając dziewczynę, oficer kancelaryjny Bertold Merwin z naciskiem podkreśla, że była nie sanitariuszką, ale sanitariuszem. „Nikt w Janie Tadeuszu Zaleskim z 9. kompanii, noszącym na plecach tornister i ciężkie tłumoki żołnierza sanitarnego, przybranym w szary mundurek polowy, z bagnetem u boku – nie byłby poznał młodziutkiej, pięknej panny Błaszczykównej z Łodzi, która w lecie zaciągnęła się do Legionów i wytrwale ciężko pracowała w swym przedziale służbowym. Tylko kilku wtajemniczonych wiedziało, że Zaleski to wcale nie Zaleski, jeno młoda dziewczyna. A kto nie wiedział, ten po zachowaniu się Zaleskiego nie mógł tego poznać”.

W żadnym ze znanych mi zbiorów fotograficznych nie natrafiłem na zdjęcie Marii Błaszczyk. W Centralnym Archiwum Wojskowym przetrwało natomiast do dzisiaj kilka dokumentów, m.in. wniosek o odznaczenie Krzyżem Niepodległości. „Pomimo młodego wieku i płci wstępuje do Legionów polskich w 1915 r. i wraz z uzupełnieniem z miasta Łodzi wychodzi na bukowiński teren walk II brygady” – można przeczytać w „szczegółowym uzasadnieniu” tego wniosku dla „śp. Marii Błaszczyk, córki Tomasza, urodzonej 20 maja 1898 roku, a w Legionach – pod pseudonimem Stanisław Zaleski – służącej od 16 lipca 1915 r.”. Słowa „Stanisław Zaleski” dopisano piórem obok nazwiska, ale nie ma wątpliwości, że to wniosek o pośmiertne odznaczenie uczennicy z Łodzi, w innych źródłach nazywanej „Janem Tadeuszem Zaleskim”. „Ranna pod Rarańczą, po wyjściu ze szpitala trafiła do 9. kompanii 2. pułku piechoty – i zginęła 3 listopada 1915 r. »w wyniku ciężkiego postrzału, w chwili, gdy niosła pomoc rannym kolegom. Pochowana w Lisowie pod pseudonimem Zaleskiego Stanisława«”.

Nie znamy odpowiedzi na pytanie, jak długo rozpatrywano by wniosek o Krzyż Niepodległości dla śp. Marii Błaszczykówny, gdyby nie przewidziane na 19 kwietnia 1931 r. wręczenie sztandaru łódzkiemu oddziałowi Związku Legionistów Polskich. Zaniepokojeni milczeniem władz wojskowych kombatanci ZLP naciskają na b. legionowego zwierzchnika sanitariuszki, w czasie walk na Wołyniu lekarza II Brygady, a obecnie ordynatora stołecznego szpitala Dzięciątka Jezus Antoniego Stefanowskiego.

W marcu do Warszawy trafia ponaglenie z informacją, że matką chrzestną sztandaru ma być matka poległej sanitariuszki. Łódzcy kombatanci – nie bez dumy, ale z odpowiednim naciskiem – dodają zdanie o zaplanowanym w czasie wręczania udziale „szeregu osób ze świata wojskowego i ze sfer rządowych”. A także o zaproszeniu, przyjętym przez panią Marszałkową Piłsudską...

Informacja o śmierci legionistki z Łodzi trafia do pisanego z dnia na dzień pamiętnika Marii Wołoszynowskiej, przedstawiającej się – dopóki nie została rozpoznana – jako „Alfred Wołoszynowski”. Sanitariuszka chodzi od sierpnia w mundurze strzeleckim, z przydziałem do III batalionu 2. pułku piechoty Legionów. Służbę zaczęła od czerwonki, ale zaraz po wyzdrowieniu jedzie na front. I tam, mozolnie, dzień po dniu zapisuje w pamiętniku niemal każde z ważniejszych – jej zdaniem – wydarzeń.

„Dowiedziałam się o śmierci sanitariusza Zalewskiego t.j. Marji Błaszczykówny, która zginęła na stanowisku, opatrując rannego na przedpolu podczas bitwy” – pisze 3 listopada. Z lektury pamiętnika widać raczej, że jego autorka jest wściekła na kapitana Trojanowskiego, który „zapewne z powodu śmierci Błaszczykówny wydał rozkaz, abym pozostała w taborze. Aby nie siedzieć w taborze bezczynnie – pisze Wołoszynowska – postarałam się o zmianę rozkazu o tyle, że idę do pułkowego punktu opatrunkowego pod rozkazy dr. Stefanowskiego. Pracy mi nie zabraknie wobec bliskości frontu, ciągłego napływu rannych i obecności tylko jednego sanitariusza”.

W kwietniu 1916 r. sanitariuszka Wołoszynowska dostaje szansę spokojniejszej i bardziej bezpiecznej służby w szpitalu we Lwowie. 6 maja ucieka z powrotem na front. I dopiero ranną odłamkami pocisku artyleryjskiego podczas walk w Krzemieniusze udaje się przełożonym wysłać do domu. „Zameldowałam się do szpitala w Krakowie, okazując świadectwo służby, odbytej na froncie. W Krakowie korzystałam z serdecznej gościny p. dr Sikorskiej, gdyż pieniędzy nie posiadałam wcale, przeistoczyłam się w cywila” – kończy pamiętnik 6 czerwca 1916 roku.

NA PIERWSZEJ LINII


W pamiętniku Wołoszynowskiej jest nazwisko, którego nie powinien przeoczyć nikt, zainteresowany losami kobiet w legionowych maciejówkach. 32-letnia nauczycielka Ludwika Daszkiewicz to najstarsza z legionistek. W 1914 r. idzie na front jako jedyna z maturzystek, które wcześniej uczestniczyły w szkoleniu strzeleckim we Lwowie. W Karpatach jest sanitariuszem liniowym 1. Pułku Piechoty Legionów, znają ją jako Stanisława Kepisza.

„Dostaję się do niewoli rosyjskiej – można przeczytać w napisanym przez nią życiorysie – w liczbie około 150 jeńców (z powodu poddania się dobrowolnego 28 p. p. austryjackiej nieprzyjacielowi). Dzięki szlachetnej pomocy dr. kpt. Malczyńskiego i opiece Komitetu Polskiego w Moskwie zaliczono mnie do wojsk austriackich, wyznaczonych do wymiany z Rosjanami i dnia 14 lipca 1916 stanęłam z powrotem w służbie liniowej 10 kompanii 2 p.p. Legionów. Chybiony strzał powoduje szpital i urlop od 19 października do 10 grudnia”.

W grudniu Stanisław Kepisz otrzymuje przydział do służby sanitarnej i w 4. p.p. Legionów kieruje pułkową salą chorych. Awansuje do stopnia sierżanta. Po wcieleniu do c.k. armii prowadzi salę chorych jednostek austriackich. 19 listopada 1918 roku sierżant Daszkiewiczówna (już nie Stanisław Kepisz) melduje się w 4. Pułku Piechoty Wojska Polskiego w Krakowie i pociągiem sanitarnym rusza na front ukraiński. 13 grudnia – wiadomo: feralny – przynosi jej niewolę, tym razem ukraińską. Ale tylko na kilkanaście godzin...

„Nadzwyczaj odważna, bardzo wytrwała, bardzo pracowita, oddawała zawsze olbrzymie usługi oddziałowi – piszą przełożeni w opinii służbowej. – Jako sanitariuszka znajdowała się zawsze w pierwszej linii, dając żołnierzom przykład wielkiej odwagi i poświęcenia, spełniając z wielką sumiennością swe obowiązki [...]. W czasie walk z konną armią Budionnego dowoziła stale do pierwszej linii prowianty. Pozostając zaś z żołnierzami zagrzewała ich do wytrwania [...]. W okresie walk majowych w 1920 roku nad Berezyną, wioząc towar do pierwszej linii, znalazła się nagle [...] w silnym ogniu karabinowym. Przestraszony woźnica pozostawił wóz, konia i uciekł. Nie straciła jednak przytomności i zimnej krwi, a zorientowawszy się w sytuacji, sama kierując końmi, wyprowadziła wóz z ognia, bandażując po drodze dwóch ciężko rannych żołnierzy i zabierając ich ze sobą”. 2 lata później podporucznik Ludwika Daszkiewiczówna kończy służbę w Wojsku Polskim. Z licznymi medalami, Krzyżem Walecznych i Krzyżem Orderu Virtuti Militari.

HAREMU NIE POTRZEBUJEMY


Frontowi koledzy wtrącają do swych wspomnień komentarze o zachowaniu się kobiet, z którymi razem byli w okopach. Tadeusz Len z 4. pułku piechoty kilkakrotnie wraca do Natalii Grudzińskiej i Marii Zdziarskiej. Bo jak zapomnieć dzień, w którym Grudzińska podczas walk o Łosko biegnie do „uziemionych” na swoich pozycjach żołnierzy i „nie zważając na ostrzał, każdemu z leżących przykłada w plecy czy tyłek swoim sękatym kijem, a krzykiem zmusza do natarcia”? Jak nie pochwalić Marii Zdziarskiej, która leżącemu we wnęce oficerowi zaczyna coś meldować, a porucznik Tadeusz Len „podniesionym głosem”– to jego słowa – zmusza sanitariuszkę „ażeby przynajmniej przykucnęła za nasypem, jeżeli nie chce się położyć na ziemię, ponieważ nie mam ochoty niepotrzebnie przez nią oberwać. Po krótkim wahaniu przyklękła i dokończyła meldunek. Zauważyłem wówczas pod zawiniętymi rękawami bluzy wojskowej jej zakrwawione ręce i spalone ze zmęczenia usta. Żal mi się jej bardzo zrobiło i jednocześnie szalenie mi zaimponowała bohaterskim zachowaniem i zimną krwią. Doszedłem do przekonania, że odwagą w takiej sytuacji nie mógłbym jej dorównać...”.

Pisząc o „lwowskich orlętach”, Wacław Lipiński – jeden z uczestników walk w obronie Lwowa – umieszcza na kartach wspomnień Helenę Bujwidównę, „tęgą pannicę z seminarium nauczycielskiego, przed którą mores czują towarzysze broni, jako że panna w potrzebie nie gorzej niż z krótkiego manlichera [karabinka – przyp. red.] potrafiła wygarnąć i w pysk”... Niektórzy z zagranicznych dziennikarzy także zauważają kobiety w szeregach Wojska Polskiego. 21 lipca 1920 r. brytyjski „The Times” drukuje artykuł o broniącym Wilna Batalionie Kobiecym, dowodzonym przez 25-letnią oficer Goesz [jak przekręcono nazwisko porucznik Wandy Gertz – przyp. SMJ], która ma za sobą „romantyczną karierę wojskową. W latach 1914– –1915, przebrana za chłopca, spędziła 8 miesięcy w oddziale artylerii na froncie Galicyjskim pod komendą Piłsudskiego. Ubrana była w obowiązujący mundur Batalionu Kobiecego czyli żakiet koloru khaki, niebieską spódnicę, ciasno przylegającą czapkę i buty z cholewami. Niektóre z jej podwładnych były bose”.

Nie ma w tej informacji ani słowa przesady. Maria Zdziarska z 4 p. p. Legionów wspomina, że wiele kilometrów przemaszerowała boso, bowiem po zniszczeniu butów wszystkie jej przydzielane były o kilka numerów za duże i obcierały nogi do krwi. I kto wie, jak długo chodziłaby boso, gdyby butów nie przysłano jej z domu. Bardziej od swoich obtartych stóp zmartwi ją rozmowa z kapitanem – szefem służby sanitarnej w grupie płk. Rybaka.

– Haremu w wojsku nie potrzebujemy – powiedział pewnego dnia kpt. Goździejewski, odmawiając ochotniczce przydziału do kompanii frontowej. „Oburzyło mię to do żywego tem bardziej – nie ukrywa rozgoryczenia doktor Maria Zdziarska – że szef sanitarny grupy widział moją pracę w Kijowie, za którą dwukrotnie dostałam pochwałę i awans na kaprala...”.

W SZPONACH BIERUTA

 


Różnie potoczyło się życie „legunek”, czyli żołnierek z Legionów w II Rzeczypospolitej. „Ola” – Aleksandra Szczerbińska zrobiła – jeśli tak można powiedzieć – największą karierę; poślubiła bowiem Józefa Piłsudskiego i urodziła mu dwie córki. Zofia z Trzcińskich Kamińska, czyli ułan „Tarło”, projektowała monety i... pomniki, zdobywała medale na zagranicznych wystawach. Powstania Warszawskiego nie przeżyła kpt. Stefania Kudelska, w okresie międzywojennym senator i poseł na Sejm. Zofia Genowefa Jaxa-Bykowska (razem z córką i mężem) i Helena Gnoińska, obie z AK-owskiej konspiracji, zostały przez Niemców rozstrzelane w zbiorowych egzekucjach.

Wanda Gertz i Zofia Franiówna w AK organizowały oddziały żeńskiej dywersji, wysadzały tory, a następnie walczyły w Powstaniu Warszawskim. Major Gertz została na emigracji i po wojnie pracowała m.in. w kuchni jednej z londyńskich restauracji. Major Franiównę, ps. „Doktor”, w PRL za działalność niepodległościową skazano na 12 lat więzienia. Awansowana do stopnia ppor. Ludwika Kepisz-Daszkiewicz (kawaler wielu odznaczeń, m.in. orderu Virtuti Militari) wyszła za mąż za rolnika i do końca życia nie mogła wybrnąć z biedy. Olga Stawecka, jedna z najbardziej znanych komendantek Ochotniczej Legii Kobiet, zdecydowała się w 1924 r. wstąpić do serafitek. Maria Wittek, oficer AK, jako pierwsza w historii Wojska Polskiego kobieta w maju 1991 r. została mianowana generałem brygady. Jej pomnik odsłonięto w Warszawie w kwietniu 2007 r.