SPECJALISTA Z GIEŁDY

Różnili się charakterami, ale dzięki temu wspaniale się uzupełniali. Krzysztof był głową rodziny, w dosłownym tego słowa znaczeniu. – Taki mały dyktator, ale w pozytywnym tego słowa znaczeniu – powiedziało potem kilku znajomych rodziny. To on podejmował większość decyzji: tych dużych i małych, na jego głowie było zarabianie pieniędzy i utrzymanie rodziny. Był trochę apodyktyczny, ale za żonę i dzieci oddałby życie, bo to były dla niego najważniejsze osoby w życiu. Bożena była trochę jego przeciwieństwem. Cicha, skromna, nie lubiła wielkich głośnych imprez, które przedkładała na kameralne spotkania w gronie kilku zaprzyjaźnionych par. Doskonale sprawdzała się w roli kapłanki domowego ogniska. Jest sporo prawdy w powiedzeniu, że mężczyzna buduje dom, ale tworzą go kobiety. Tak było właśnie w tym przypadku.

To za sprawą Bożeny ich dom pachniał domowym jedzeniem. To ona piekła ciasta, jesienią smażyła konfitury. Dbała o porządek w domu i ogrodzie, a przede wszystkim opiekowała się dziećmi.
W 1998 roku przeprowadzili się do Starowej Góry, do własnego domu. To było spełnienie ich marzeń. Duży dom, w którym każdy ma własny pokój, salon z jadalnią, wreszcie niewielki ogródek, który był oczkiem w głowie pani domu. Ciężko pracowali, wymagało to wielu wyrzeczeń, ale wreszcie mieli swoje miejsce na ziemi. Bogdański niemal wszystko robił tutaj sam. Przez kilka lat niemal każdą chwilę spędzał na budowie. Jedynie do prac murarskich wynajął ekipę fachowców, bo pewnych rzeczy nawet najzdolniejszy facet nie jest w stanie sam zrobić.

Miał głowę do interesów i to dzięki temu Bogdańscy mogli pozwolić sobie na w miarę bogate życie. Okazały dom, fabrycznie nowe volvo stojące w garażu, niepracująca żona, dzieci chodzące do prywatnych szkół. To wszystko pochłaniało spore pieniądze, a oni wiedli życie na wysokim poziomie. Bogdański zarabiał je prowadząc Przedsiębiorstwo Produkcyjno-Wdrożeniowo-Handlowe Bestseller. Tak brzmiała pełna nazwa jednoosobowej działalności gospodarczej. W branży informatyczno-elektronicznej lata 90. ubiegłego stulecia były okresem, kiedy stosunkowo szybko można było zarobić duże pieniądze. Jeśli ktoś był obrotny i działał na dużą skalę to mógł się dorobić nie tylko samochodu, ale i domu. Ludzie kupowali magnetowidy, komputery, kasety wideo i gry komputerowe. Wszystkim wydawało się, że wzrosty będą trwać w nieskończoność, że coraz nowsze wersje oprogramowania oraz powiększająca się grupa konsumentów będą go wiecznie napędzać. Wszystko się działo w mgnieniu oka, kto był obrotny i miał sztywny kark, odnosił sukces. Na giełdach komputerowych kwitło piractwo, którego początkowo nikt nie tępił.

Wolny od podatków pieniądz krążył z rąk do rąk. Małe i duże fortuny powstawały bez takich pojęć jak licencje, prawa autorskie czy prawa konsumenta… Bogdański miał nie tylko smykałkę do interesów, ale był również specjalistą w branży elektronicznej. Umiejętnie połączył jedno i drugie, co przekładało się na wymierne sukcesy finansowe. Często pojawiał się na giełdach komputerowych, głównie w Łodzi, czasem w Warszawie. Miał tam stałych kontrahentów, którym dostarczał zamówiony towar.

BESSA

Eldorado nie trwało jednak wiecznie. Pod koniec ubiegłego stulecia nie tylko Polskę, ale całą Europę, zaczęła zalewać tania elektronika z Azji. Produkty były gorsze jakościowo, ale dużo tańsze niż te oferowane przez dotychczasowych europejskich i amerykańskich potentatów. Takie małe firmy, jak ta prowadzona przez Krzysztofa Bogdańskiego, powoli traciły rację bytu, a w oczy zaczęły
zaglądać wilcze prawa drapieżnego kapitalizmu. Konkurencja w branży była bardzo silna i niestety nie było już mowy o dużych zyskach. Duży może więcej – głosi slogan reklamowy i łódzki skromny biznesmen coraz bardziej odczuwał to na własnej skórze. Kiedy w domowym budżecie zaczęło brakować pieniędzy, chyba nie potrafili pogodzić się z tą sytuacją. Szczególnie ostatnie miesiące przed zaginięciem naznaczone były coraz gorszą sytuacją finansową.

– Bożena kilkanaście dni przed zaginięciem szukała pieniędzy – opowiadała łódzkim śledczym siostra zaginionej. – Sytuacja wyglądała na dramatyczną. Dopiero po jakimś czasie od ich zaginięcia dowiedziałam się, że dzwoniła po znajomych, a kiedy to nie przyniosło efektu, zwróciła się wreszcie do mnie. Chyba wstydziła się tego upadku ekonomicznego. Niestety nie mogłam jej pomóc. Teść pana Krzysztofa po raz ostatni widział Bogdańskiego na początku kwietnia 2003 roku. Przyjechał do Starowej Góry w odwiedziny do córki, w domu był tylko jej mąż.

– W jego zachowaniu nie zauważyłem niczego podejrzanego – zeznał potem do policyjnego protokołu. – Jak zawsze był miły, spokojny. Akurat zajęty był malowaniem ściany w salonie, gdyż kończył rozpoczęty niedawno remont. Kilka dni wcześniej Krzysztof chciał mnie nauczyć obsługi pieca gazowego ogrzewającego dom. Próbowałem się od tego wymigać, tłumaczyłem że jest to na pewno zbyt trudne i pewnie nigdy mi się ta wiedza nie przyda, ale on był bardzo uparty i konsekwentny. Wtedy jeszcze nie domyślałem się z czego to wynika. W widocznym miejscu położył dwie małe karteczki. Na jednej z nich napisał, że zimą trzeba włączyć piec, żeby nie popękały rury w mieszkaniu, na drugiej zostawił numer telefonu do osoby zajmującej się konserwacją centralnego ogrzewania. Chyba więc szykował się do jakiejś dłuższej nieobecności, ale wtedy cała ta rozmowa nie wzbudziła we mnie ani cienia podejrzenia.

Ostatnią osobą, która widziała żywego członka rodziny Bogdańskich, była siostra Bożeny – Danuta. Przyjechała do Starowej Góry kilka dni przed Wielkanocą. Chciała porozmawiać o nadchodzących świętach, umówić się na spotkanie przy świątecznym stole. To był wtorek, może środa Wielkiego Tygodnia. Zaparkowała samochód przez bramą, wysiadła z samochodu. Furtka i brama były zamknięte, ale ktoś musiał być wewnątrz. Zapadał zmrok, w mieszkaniu paliły się światła. Wcisnęła dzwonek przy furtce. Raz. Drugi. Nikt nie wychodził na spotkanie. Wróciła do samochodu, kilka razy nacisnęła klakson. Dopiero po dłuższym oczekiwaniu wyszedł do niej Krzysztof. Wzajemne relacje między nimi nigdy nie należały do serdecznych, jednak tym razem przyjął ją wyjątkowo chłodno.