Dorodny lew wychylił się zza drzewa. Potrząsnął grzywą, zaryczał i biegiem rzucił się w stronę stojącego na sawannie człowieka. Ćwierćtonowe cielsko potrzebowało zaledwie ułamków sekundy, by go dopaść. Przystojny 30-latek nie widział drapieżnika. Zajęty był w tym czasie walką z mniejszą lwicą, która przednimi łapami obejmowała już go za łydki i próbowała podgryzać. Kiedy samiec do niego dobiegł, skoczył i próbował powalić mężczyznę, chwytając go za ramiona. „Już po nim” – pomyślałem. Ten jednak zwinnie się uchylił, chwycił w locie upadającego lwa za grzywę, objął go i razem z nim wylądował na ziemi. Przez chwilę się tarzali...

A potem mężczyzna spokojnie wstał, otrzepał się, lwa poklepał po szyi, przytulił, a na koniec wytarmosił za grzywę i podrapał pod gardłem jak domowego kociaka. Zarówno „król zwierząt”, jak i jego partnerka, która chwilę wcześniej polowała na łydki mężczyzny, zaczęli się do niego łasić jak psy. On zaś, wydając dźwięki podobne do chrząkania i porykiwania, ale także rzucając zwyczajne komendy po angielsku, prowadził ze zwierzakami konwersację, niczym jakiś afrykański doktor Dolittle. Naprawdę nazywa się Kevin Richardson, choć sam lubi o sobie mówić „zaklinacz lwów”.

Jedzenie z lwiej miski 

To jeden z kilku przyrodników-gwiazdorów, którzy o swoim życiu ze zwierzętami opowiadają w programach telewizyjnych. Richardson od 10 lat opiekuje się zwierzętami w prywatnym afrykańskim parku przyrody (aktualnie przenosi go w nowe miejsce, gdzie zacznie działać od września 2012 roku). Nie robi tego jednak w sposób typowy. Łącząc cechy zoologa, magika i showmana, balansuje na granicy nauki, szarlatanerii, pasji i ogromnego doświadczenia. Rozmawia z lwami, zaczepia je, a one się łaszą. Pozwalają mu ze sobą spędzać całe dnie na sawannie, spać w swoim towarzystwie, a bywa, że nawet przymkną oko, kiedy podjada im z miski! Jego więź ze zwierzętami jest tak głęboka, że rewanżują mu się one, robiąc dla niego rzeczy niezwykłe i wręcz przeczące logice. Naukowców śledzących ekranowe sukcesy zaklinacza zamurowało, gdy zobaczyli, jak jedna z lwic weszła za Richardsonem do jeziora i pływała niczym mały piesek. A przecież lwy – jak wszystkie niemal koty – nie cierpią kąpieli!

Zaklinacz od dziecka kochał zwierzęta – przez jego pokój przeszły pokolenia żab, chomików i chrząszczy. Gdy dorósł, poszedł na studia zoologiczne, ale szybko się zniechęcił. „Uczyli mnie banałów, kazali wkuwać kompletnie nieinteresujące szczegóły, oczekiwali, że zajmę się rekinami i zostanę gwiazdą oceanologii, podczas gdy mnie interesowały wyłącznie duże ssaki” – opowiada. Po dwóch latach zrezygnował i został fizjoterapeutą. Szybko jednak dostał propozycję opieki nad dwoma lwimi oseskami osieroconymi przez matkę w jednym z prywatnych parków nieopodal rodzinnego Johannesburga. „Latami spędzałem z nimi cały wolny czas. Karmiłem, dbałem, prowadzałem na spacery” – opowiada. To właśnie dzięki tej żmudnej pracy dwa 15-letnie lwy – Tau i Napoleon – traktują go dzisiaj jak członka rodziny. 

Tego typu zachowania nie są dla zoologów niczym nowym. Przykładowo, kaczki wychowywane przez człowieka nie tylko traktują go jak przyjaciela, ale nawet potrafią się do niego zalecać w okresie godowym! Jednak lew to nie kaczor (choćby nie wiem jak zalotny). Mówimy przecież o jednym z największych i najbardziej niebezpiecznych dla człowieka drapieżników na Ziemi. Owszem, można nad nimi zapanować, ale to, co robi się w cyrkach, to zwykła, nierzadko brutalna tresura, zmuszająca zwierzę do nienaturalnego zachowania. 

Pieszczoty, pazury i krew

Dla Richardsona dwa pierwsze lwy były przewodnikami – pozwoliły mu wniknąć w świat wielkich kotów. Dzięki ich protekcji zdobywał latami doświadczenie: żyjąc z Tau, Napoleonem i kolejnymi dołączającymi do stada kotami, śpiąc obok nich, wałęsając się z nimi po sawannach, niańcząc ich młode, a nawet walcząc z innymi samcami o miejsce w grupowej hierarchii. Traktował je jak swoją rodzinę i one tak samo traktowały jego. Co ciekawe, zwierzęta te pozostały częściowo dzikie i żadnemu innemu człowiekowi nie pozwalają się do siebie zbliżyć. Ale dlaczego? Tego Richardson nie zdradza. I tu powinna się zapalać lampka alarmowa! Zaklinacz twierdzi bowiem, że używa podpatrzonych zachowań, podsłuchanych odgłosów i wyuczonych sposobów poruszania się na sawannie. Tymczasem koty, którymi się zajmuje, nie są zwierzętami wychowanymi w ich naturalnym środowisku. Albo urodziły się w niewoli, albo zostały oddane pod opiekę ludzkich opiekunów po stracie rodziców. A zatem – z definicji – takie do końca „dzikie” nie są. Richardson nie chce jednak mówić o szczegółach. Pytania zbywa ogólnikami – że opiera się bardziej na intuicji i wyczuciu (sam nazywa to szóstym zmysłem) niż na wiedzy naukowej. 

 

Uczy się na błędach – bywa, że bolesnych. „Kiedyś w czasie zabawy z dwiema lwicami dołączyła do nas osierocona hiena. Zaczęła się przytulać do mnie, ale lwice były zazdrosne” – opowiada. Wielkie kocice zaczęły ryczeć na hienę, wysunęły pazury i ruszyły do ataku, młócąc łapami na oślep. Parę razy zahaczyły nimi Richardsona. Innym razem dorodny samiec złapał go, powalił na ziemię, przytrzymał i z całej siły walił łapą po twarzy. Zdarzyło się też, że dwa lwy sprowadziły go do parteru, a lwica zwaliła się na niego swym ponadstukilogramowym cielskiem, o mało nie miażdżąc klatki piersiowej. Wielokrotnie wychodził z lwiego terenu zakrwawiony. Wielkie koty drapią się nawzajem bardzo często, jednak mają grubą skórę i wielka krzywda im się nie dzieje. Co innego człowiek – po zwykłej lwiej sprzeczce może się wykrwawić na śmierć. Nic dziwnego, że naukowcy zajmujący się wielkimi kotami uważają go za szaleńca.

Do serca przytul hienę

Lwy, gepardy i lamparty – choć groźne – są jednak powszechnie lubiane. Nie da się tego powiedzieć o najnowszych podopiecznych Richardsona, czyli hienach. „Otacza je wiele przesądów i uprzedzeń. Ludzie ich nie lubią, boją się ich, nie szanują. Moim celem jest zmienić społeczny odbiór hien” – opowiada zaklinacz, karmiąc je z ręki i przytulając. Te wielkie, dzikie psy zazwyczaj żywią się padliną i nie gardzą odpadkami ze śmietnisk, ale potrafią też polować na mniejszą zdobycz – w tym na zwierzęta hodowlane, a nawet małe dzieci. Richardsona to nie zraża. Zbiera z sawanny i miast poszkodowane hieny, stwarza im dobre warunki, a osierocone maluchy karmi samodzielne sporządzonym pokarmem (mleko hienich matek ma unikatowy skład, który trudno podrobić). Jeśli trzeba, pomaga nawet młodym w zrobieniu kupy. Także i te zwierzęta pozwalają mu uczestniczyć w życiu swej watahy. 

Choć jednak są to dzikie hieny, to nie żyją przecież na wolności i choćby dlatego musiały oswoić się z człowiekiem. Ale okazuje się, że i dzikusy są podatne na urok zaklinacza. Przynajmniej takiego jak Salamo Fantar, który mieszka w niewielkim etiopskim mieście Harar. „Hieny wałęsają się nocami po naszych ulicach i buszują w śmietnikach. Zdarzały się śmiertelne ataki na dzieci i na bydło” – opowiada, karmiąc je przy świetle latarek. Skrawki mięsa nadziewa na kij, który trzyma w zębach. Hieny podchodzą w grupie i delikatnie je zdejmują swoimi zębami. Kiedy zaczynają jeść, Salamo do nich mówi i śpiewa głębokim, gardłowym głosem przypominającym tonacją pomruki zwierząt. Hieny zatrzymują się, słuchają i odpowiadają mu. 

„Nauczyłem się tego od moich  przodków. Dla nas hieny są nie tylko sąsiadami, ale i przewodnikami duchowymi. Musimy z nimi dobrze żyć” – mówi. Zdaniem Etiopczyków obłaskawienie hien przez zaklinacza znacznie zmniejsza liczbę ataków. Youssef Mume Saleh, również „zaklinający” hieny w Harar, twierdzi, że przez 25 lat conocnego karmienia tych drapieżników poznał ich język. „Ostrzegają mnie, kiedy hieny z innych stad zbliżają się do Harar. Mówią, kiedy idą z nimi walczyć” – twierdzi. Oczywiście u naukowców takie opowieści budzą co najwyżej uśmiech politowania.

Przez pot do serca

Na naukowe podstawy powołuje się inny zaklinacz groźnych zwierząt – przystojniak Dave Salmoni. Jego najbardziej znana misja to obłaskawienie stada lwów dziko żyjących na skalistych sawannach Namibii. I to nie byle jakiego stada – wielokrotnie atakowało ono okolicznych farmerów, aż postanowiono je zlikwidować. Zaklinacz był ostatnią szansą lwów na przeżycie.

Salmoni odebrał solidne wykształcenie. Za namową rodziców wylądował na wydziale zoologii kanadyjskiego Laurentian University. Na studiach najbardziej interesowała go kwestia panowania nad zwierzętami, a swą pracę licencjacką poświęcił okresowi hibernacji, czyli snu zimowego u kanadyjskich czarnych niedźwiedzi. „Zawsze mnie intrygowały te momenty w życiu dużych zwierząt, kiedy mogłem być z nimi blisko – nawet gdy spały” – mówi. Wkrótce postanowił spróbować sił z zupełnie przytomnymi lwami i parę razy mało nie przypłacił tego życiem. „Zaatakował mnie 250-kilogramowy samiec imieniem Bongo i strasznie poturbował. Przeżyłem cudem” – wspomina.

Do agresywnego stada z Namibii zabrał się dość obcesowo. Podjeżdżał do lwów quadem, wysyłał im „na pożarcie” model samochodu wyścigowego sterowany radiem, na którym posadził sztucznego futrzaka. Rzucał piłkę na sznurku. Grał na gitarze. Zaczepiał. A w końcu próbował zbliżać się pieszo, uzbrojony jedynie w długą pasterską laskę (w razie prawdziwego ataku mógłby nią co najwyżej nastraszyć broniącą stada samicę). Zgodnie z przewidywaniami wielkie koty niemal natychmiast ruszały do ataku, a Salmoni wycofywał się, klnąc pod nosem. Nie dał jednak za wygraną. Zamieszkał w namiocie na sawannie i przez sześć miesięcy stopniowo zaprzyjaźniał się z kolejnymi osobnikami. Stawał przy ich legowiskach i do nich przemawiał, zakradał się w pobliże leżącej zdobyczy i dawał do zrozumienia, że jej nie zabierze, pokazywał się w pobliżu młodych, by matki wiedziały, że nie zamierza ich skrzywdzić. Ale lwy wciąż go atakowały. 

Przełom nastąpił, gdy jednemu z młodych rzucił swoją mocno już znoszoną bluzę. Lwiątko obwąchało ją, trochę poszarpało, ale oswoiło się z zapachem człowieka. Salmoni stopniowo zaczął zdobywać niebezpieczne terytorium. I choć po pół roku nie był w stanie „zaczarować” lwów tak, jak Richardson zrobił to w w przypadku swych wychowanków, to drapieżniki zaakceptowały obecność turystów z aparatami fotograficznymi i uniknęły egzekucji.

Być jak Jane Goodall

Naukowcy prowadzący regularne badania wielkich kotów są jednak tym wszystkim mocno zniesmaczeni. Zaklinaczy lwów uważają za wariatów lub showmanów, którzy ryzykują życie dla chwili sławy przed kamerą. Dr Luke Hunter, szef projektu „Pantera” mającego chronić dzikie koty i ich środowiska, nazywa metody Salmoniego telewizyjnym nonsensem. „Dzikie lwy jak ognia unikają człowieka. Tolerują wyłącznie ludzi w samochodach, ponieważ wraz z wejściem do auta tracą oni charakterystyczne ludzkie sylwetki. To wstyd, że taki program przysłania wysiłki prawdziwych obrońców przyrody, którzy – w przeciwieństwie do Salmoniego – naprawdę chronią te wielkie koty” – zżyma się.

 

Jeszcze bardziej oberwało się Salmoniemu za projekt „Tiger Canyons”, w którym brał udział wraz z fotografem dzikiej przyrody Johnem Varty. Pod okiem kamer czwórka tygrysów miała wrócić na wolność. Salmoni uczył urodzone w niewoli zwierzęta śledzenia zdobyczy, polowania samodzielnego i w grupie. Chciał, by odzyskały instynkt drapieżnika. Jednak zarówno przyrodnicy, jak i sponsorzy projektu oskarżali ekipę o to, że zamiast pomagać zwierzętom, skupia się wyłącznie na wykreowaniu jak najbardziej dramatycznych ujęć. Salmoni rewanżuje się, twierdząc, że naukowcy mają ograniczone horyzonty intelektualne.

Faktem jest, że zaklinacze zwierząt często nadają im imiona, co jest uznawane za przejaw braku profesjonalizmu. Ale to samo robiły badaczki wielkich afrykańskich małp człekokształtnych. Diane Fossey broniła rwandyjskich goryli, co przypłaciła życiem; Jane Goodall, goszcząca rok temu w Polsce na zaproszenie m.in. „Focusa”, zajmowała się szympansami w Tanzanii. Obie nadawały obserwowanym zwierzętom imiona, odczuwały z nimi emocjonalną więź – i musiały tłumaczyć się z tego przed innymi uczonymi. Jednak w ich przypadku chodziło przede wszystkim o dobrze udokumentowaną pracę naukową, która zmieniła nasze postrzeganie małp. Natomiast to, co na ekranie wyprawiają zaklinacze lwów czy tygrysów, to przede wszystkim show – nawet jeśli nieszkodliwy dla zwierząt, to niepozwalający nam ich lepiej zrozumieć. 

Zaklinanie w domu i zagrodzie

Nie tylko dzikie zwierzęta są podatne na urok zaklinaczy. Sprawdzają się oni przede wszystkim w pracy z naszymi domowymi ulubieńcami. 

"Psy wcale nie sprawiają aż tak wielu  kłopotów, jak się na pierwszy rzut oka wydaje. Większość to tak naprawdę problemy z ich właścicielami” – mówi Cesar Millan, pochodzący z Meksyku amerykański gwiazdor programu „Zaklinacz psów”. Karierę w USA zaczynał jako nielegalny emigrant i pracownik psiego salonu piękności. Dzisiaj „zaczarowuje” psy hollywoodzkich gwiazd – Ridleya Scotta, Oprah Winfrey, Willa Smitha, Nicolasa Cage’a i Vina Diesela. Praca „zaklinacza” polega przede wszystkim na zrozumieniu naturalnych potrzeb psa i odpowiedzeniu na nie. „Psy potrzebują trzech rzeczy do szczęścia i równowagi: ćwiczeń, dyscypliny i czułości. Dokładnie w takiej kolejności” – wyjaśnia Cesar.

Zaklinacze kotów również bywają mało odkrywczy. Ich klasyczne rady to: szanuj swego pupila, traktuj go jak dzikie zwierzę, a nie pluszaka, karm go dobrze i nie wchodź mu w drogę. Główny punkt zapalny to wielka niezależność kotów. „Te udomowione w starożytnym Egipcie zwierzęta poddały się minimalnie ewolucji kulturowej – tylko na tyle, by mieszkać z nami w domach, ale nie zrezygnowały z całego repertuaru swoich dzikich zachowań” – mówi Jackson Galaxy, gospodarz programu „Kot z piekła rodem”. Dlatego i on wychowuje głównie właścicieli futrzaków, przypominając im, że kot potrzebuje czuć się pewnie na swoim terytorium, mieć własną kryjówkę, spokój przy załatwianiu się itd. 

Profesor Craig Packer z University of Minnesota, autor ponad setki publikacji naukowych o dziko żyjących lwach

Marcin Jamkowski: Czy Kevin Richardson jest naprawdę zaklinaczem?

prof. Craig Packer: Wątpię, by telewizyjni showmani mieli prawdziwą kontrolę nad zachowaniami lwów. To wielkie, dzikie i jednak bardzo niepokorne zwierzęta. Jak wszystkie koty, lubią chadzać własnymi ścieżkami. Tyle że w odróżnieniu od kota domowego chadzają na łapach sporo większych i groźniejszych.

M.J.: Ale jednak na ekranie widać przyjaźń – z dzikimi lwami.

C.P.: To nie są dzikie lwy. Wychowywane od oseska w niewoli, przyzwyczajane przez lata do kontaktu z człowiekiem – dawno już zostały oswojone. Choć nie przybiegają na gwizdek jak pieski, to jednak zatraciły instynkty dzikich stworzeń. Z  takimi zaprzyjaźnić się można. Z naprawdę dzikimi nie udałoby to się nigdy.

M.J.: A gdyby tak podejść do dzikiego lwa i spróbować go przytulić?

C.P.: Ucieknie. Dzikie zwierzęta nie lubią ludzi i uciekają. W większości przypadków.

M.J.: W większości?

C.P.: Tak, z wyjątkiem lwów z tych miejsc, w których do kontaktu z człowiekiem dochodzi nazbyt często. Tam zachowanie zwierząt dramatycznie zmienia się na gorsze. Lwy, które czują się nazbyt komfortowo w towarzystwie ludzi, statystycznie częściej zaczynają na nich polować. Częściej też rzucają się na zwierzęta hodowlane.

M.J.: Co się dzieje z takimi lwami?

C.P.: Trzeba je złapać i odstawić do jakiegoś zamkniętego ośrodka albo odstrzelić. Na ogół miejscowi wybierają to drugie rozwiązanie. Jest prostsze i daje również poczucie zrealizowanej zemsty. Dlatego w moim odczuciu przyzwyczajanie lwów do ludzi jest niemoralne, jest oddawaniem im niedźwiedziej przysługi.

Kevin Richardson, „zaklinacz lwów” z południowo-afrykańskiego parku Kingdom of the White Lion

Marcin Jamkowski: Jak to się stało, że do tej pory lwy cię nie zjadły?

Kevin Richardson: Zainwestowałem bardzo dużo czasu w zbudowanie z nimi odpowiedniej relacji. Traktuję je z szacunkiem i łagodnością. Nie popisuję się przed nimi. Mam wiele pokory dla ich siły i zwierzęcej natury. No i chyba najważniejsze – z czasem nauczyłem się odpowiednio interpretować sygnały, jakie lwy i hieny wysyłają do mnie.

M.J.: Krytycy twojej pracy mówią, że masz grupę oswojonych lwów i dlatego możesz z nimi zrobić, co chcesz.

K.R.: To są dzikie zwierzęta i zawsze takimi pozostaną. Mogę z nimi zrobić tak wiele, ponieważ poświęciłem im mnóstwo czasu. To tak jak z przyjaźnią między ludźmi. Obcemu facetowi na ulicy nie powiesz, że się ubrał jak pajac, bo oberwiesz w ucho. Ale przyjacielowi możesz to powiedzieć bez obawy, a może nawet ci podziękuje.

M.J.: Czy czujesz się naukowcem badającym zachowania zwierząt?

K.R.: Naukowcem – nie. Badaczem zachowań zwierząt – tak. Uczeni uważają, że moja praca jest zbyt niebezpieczna.

M.J.: A czy bliskość człowieka nie szkodzi lwom?

K.R.: Moim nie. Zachęcam je do utrzymania typowych dla dzikich zwierząt zachowań. Podtrzymuję w nich nawet lęk przed ludźmi. Jeśli ktoś o tym zapomina i uczy lwy, by nie bały się ludzi, to prosta droga do dramatu.

M.J.: Jak sobie radzisz ze strachem?

 

K.R.:  Nie boję się moich lwów, bo je znam. Pewnie bałbym się nieznanego, ale po 15 latach pracy z  dzikimi zwierzętami po prostu wiem, czego się po nich spodziewać.

M.J.: A co doradzałbyś ludziom, którzy nagle znaleźli się w stadzie drapieżników? Uciekać?

K.R.:  Nigdy! Dzikie zwierzęta mają instynkt łowiecki i zawsze rzucą się w pogoń. Jeśli się da, należy je omijać szerokim łukiem. Utrzymać kontakt wzrokowy, ale nie gapić się na nie i dyskretnie się wycofać, tak by lwy, tygrysy czy hieny same nie poczuły się zagrożone. Zawsze pomaga też kij lub parasol – taki przedmiot skutecznie odciąga uwagę zwierząt.