Latem biegamy za piłką i uprawiamy lekkoatletykę, zimą jeździmy na nartach i snowboardzie. Taki jest podział klasyczny, ale czego nie robi się dla zabicia nudy? Wystarczy zmienić podejście i poszczególne dyscypliny przestać wiązać z porami roku. Sportowa rywalizacja, która – przynajmniej na pierwszy rzut oka – nie pasuje do aury, stanie się jeszcze ciekawsza. Dyscypliny zimowe coraz częściej zamieniają się miejscami ze sportami uprawianymi latem, co czasem daje naprawdę zaskakujące efekty.

DESKĄ PO PIASKU

Wystarczy spojrzeć za okno, żeby przekonać się o efekcie cieplarnianym. Zimy przychodzą coraz później i coraz rzadziej w Europie pojawia się śnieg. W wystarczającej ilości nie ma go nawet w Alpach, co powoduje oczywistą frustrację u narciarzy. Trudno znaleźć miejsce do jeżdżenia po białym puchu, ale na nartach lub snowboardzie można jeździć także po piasku. Centrum dyscypliny zwanej sandski w Europie to słynna Monte Kaolino, która znajduje się w okolicach niemieckiego miasta Hirschau. Ponad stumetrowej wysokości wydma jest tak oblegana latem, że trzeba było wybudować stację dla sandnarciarzy i uruchomić dla nich wyciąg! Narciarstwo i snowboarding „piaskowy” można także uprawiać w Stella Plage we Francji, ale warto wybrać się nieco dalej. Piasek do zjeżdżania można znaleźć w Algierii, południowej Afryce oraz w Egipcie, zaś w amerykańskim stanie Oregon działa już całoroczne centrum narciarskie. Sand Master Park dysponuje nawet rampami do zjazdów i ewolucji!

W sandski nie trzeba zmieniać sprzętu – można jeździć na zwykłych nartach. W sandboardingu lepiej sprawdzają się deski z ostrym dziobem, który skuteczniej przecina piasek i odrzuca go na boki. Ubiór zależy od temperatury i przyzwyczajeń sportowców. W odróżnieniu od szaleństw na śniegu, obie dyscypliny można uprawiać nawet w samych kąpielówkach. Technika zjazdu jest identyczna jak na zwykłych nartach czy snowboardzie. Trzeba tylko założyć większe zniszczenie sprzętu – mimo zastosowania specjalnych „piaskowych” smarów drobiny kwarcu są tak szorstkie, że niczym papier ścierny niszczą bezpowrotnie ślizgi i krawędzie.

NARTY NA ASFALCIE


O ile sandski i sandboarding można potraktować z przymrużeniem oka, o tyle tzw. nordic walking (spacer nordycki) ma poważną podbudowę naukową. Spacer z użyciem kijów wzorowany na zimowych wyprawach na nartach biegowych i rakietach śnieżnych jest niezwykle efektywny i zdaniem lekarzy o połowę bardziej „energochłonny ” od zwykłego chodzenia. W czasie przechadzki pracuje niemal wszystko – nogi, ramiona, ręce, brzuch, klatka piersiowa i kręgosłup. Razem około 600 mięśni, co przekłada się na uruchomienie blisko 90 proc. całej ludzkiej muskulatury! Twórcy strony www.nordic walking.pl, którzy próbują rozpropagować ten sport w Polsce, podają także inne sensacyjnie brzmiące informacje.

Spacer nordycki przyspiesza spalanie kalorii co najmniej o 20 proc., zaś obciążenie kręgosłupa przy godzinnym treningu udaje się obniżyć aż o 13 ton. Specjalne kije z uchwytami pozwalają odciążyć stawy kolanowe i kręgosłup, więc spacery na długich dystansach mogą uprawiać także ludzie w podeszłym wieku. Tego nie uda się powtórzyć na siłowni! Polacy na razie nie palą się do chodzenia z kijkami. „Lubimy klasykę i nie wierzymy w nowości. Wydajemy dużo pieniędzy na domowe siłownie, ale zapominamy o prostych i tanich rozwiązaniach. Na przykład o nordic walking, do którego pełny ekwipunek kosztuje zaledwie 300–400 zł” – twierdzi Jarek Kazberuk, trener judo, wielokrotny uczestnik terenowego maratonu Camel Trophy i Rajdu Dakar.

Ze Skandynawii wywodzą się również tzw. rollerski, czyli rolki zastępujące narty biegowe. Mają bardzo prostą konstrukcję – przypominają metalowe listwy z dwoma kołami, do których przykręca się wiązania identyczne ze stosowanymi w biegówkach. „Asfaltowe narty” nadają się do jazdy po każdej nawierzchni. Wystarczy zwiększyć średnicę kółek, żeby na rollerski dało się jeździć nawet w terenie. Niestety, z niewiadomych powodów w Polsce letnie narty się nie przebiły. Zainteresowanie rollerski jest znikome, podczas gdy w Skandynawii narciarzy na rolkach latem spotyka się dosłownie wszędzie, nawet na poboczach głównych dróg.

KULE W PUCHU

Golf wywołuje jednoznaczne skojarzenia z ekskluzywnym klubem i wiecznie zieloną, krótko przystrzyżoną murawą. Tymczasem grać można także na śniegu! Specjalizują się w tym Szwajcarzy i Francuzi, którzy okazjonalnie organizują swoje „snowgolf party” w znanych uzdrowiskach alpejskich, oraz Duńczycy i Szwedzi, grający w golfa na odległej i wyludnionej Grenlandii. Gra odbywa się tylko do dziewięciu dołków, bo w białym puchu trafienie do celu jest znacznie trudniejsze niż na trawie. Przeszkadza bardzo słabe tarcie – pomarańczowe piłki (barwione, żeby można je było łatwiej znaleźć) lądują i zatrzymują się całkowicie nieprzewidywalnie. Groźna jest także temperatura. Uczestnicy zimowych eskapad golfowych narzekają na błyskawiczną utratę ciepła i sztywniejące mięśnie.