Na próbach zrozumienia fenomenu pachinko połamał już sobie zęby niejeden socjolog. Cudzoziemcy, którzy zaglądają do salonów pachinko, wychodzą z nich po kilku minutach oszołomieni i ogłuszeni. Japończycy spędzają w nich całe wieczory, najbardziej zapamiętali potrafią wytrwać do świtu. 40 mln mieszkańców najbardziej nowoczesnego kraju świata nałogowo wpatruje się w maszyny losujące kulki. I robi to z taką pasją, że zapomina o stanowiącej podstawę japońskiego stylu życia uprzejmości.

„Zasady są proste” – wyjaśniała Midori, pracownica jednego z salonów pachinko w Tokio. „Gracz kupuje pojemnik z metalowymi kulkami, które po wrzuceniu do automatu przesuwają się między rzędami bolców. Większość po pokonaniu labiryntu przepada, ale niektóre trafiają do specjalnego otworu. I wówczas na ekranie pokazują się różne symbole. Jeśli pojawią się trzy identyczne – grający wygrywa. Następne kulki”.

Gra wydaje się bezmyślnym zabijaniem czasu. To nawet nie automatyczny bilard, w którym gracz kontroluje ruch spadających bil. W pachinko wszystkim steruje komputer, a człowiek może co najwyżej regulować pokrętłem prędkość przesuwania się i dorzucania kulek.

Uważniejsza obserwacja pozwala jednak dostrzec, że ruch połyskujących metalicznie kul, hałas, jaki wywołują, wpadając na rozmaite przeszkody, i obrazy migocące na ekranie działają hipnotyzująco. A to może uzależniać. Pachinko to także hazard, a ci, którym dopisze szczęście, pomnażają wielokrotnie liczbę kupionych kulek. Ponieważ japońskie prawo zakazuje gier na pieniądze, nie mogą ich wymienić na gotówkę. Otrzymują nagrody rzeczowe, zazwyczaj drobiazgi: długopisy, zapalniczki, książki, maskotki; kiedy jednak fortuna naprawdę się uśmiechnie, także odtwarzacze mp4, rowery, notebooki. W sąsiedztwie salonów gier znajdują się punkty skupu tych gadżetów. Należą do innych właścicieli niż automaty, więc handel odbywa się zgodnie z prawem.

Szansa na zarobienie paru jenów zwiększa siłę pachinko. Wielu graczy wraca do salonów co wieczór z nadzieją na powetowanie strat lub pomnożenie zysków. Co prawda matematycy przekonują, że nie można opracować systemu zwiększającego szanse w grach losowych, jednak nie wszyscy w to wierzą. I, podobnie jak u nas fanatycy Lotto, starają się go znaleźć. Wychodzą z założenia, że skoro ruchem kulek steruje komputer, wystarczy rozszyfrować program jego działania. Szans na to nie ma, gdyż odpowiednie kody nieustannie się zmieniają, ale wiara jest silniejsza niż logika. Co pewien czas pojawiają się pogłoski, że któryś z automatów został rozpracowany, i przed „dobrą” maszyną ustawiają się kolejki.

W Japonii działała ponad 15 tys. salonów i pałaców pachinko. Hioroko Tashiro z magazynu „Business Week” szacuje ich roczne obroty na 250–300 mld dolarów! To najbardziej dochodowa gałąź przemysłu rozrywkowego. Hazardowe emocje rozładowują stres, hałas zagłusza myśli o pracy i problemach, nadzieja na wygraną uzależnia, a przy automatach zanikają podziały społeczne. Przez kilka godzin można marzyć, kląć, palić papierosy, nie troszczyć się o opinię innych. W społeczeństwie rygorystycznie przestrzegającym surowych zasad hierarchii i etykiety to prawdziwy luksus. Dlatego pachinko, które nas jedynie oszałamia, Japończyków uspokaja.