Kochała go bardzo. Miłością pełną zaufania i nadziei. Tak jak kochać potrafi siedmioletnie dziecko. Dziecko czasów wojny. Niby wciąż jeszcze małe, ale już rozumiejące nad miarę. „Bez niego byśmy nie przeżyli. Socha był jak ojciec. Dzieci mają instynkt. Wiedziałam, że kiedy on się pojawiał, wszystko będzie dobrze” – opowiada po latach stomatolog Kristin Chiger-Keren, obywatelka USA. W maju 1943 roku Krysia Chiger. Córka Ignacego i Pauliny, siostra młodszego o trzy lata Pawła. Dziś ostatnia żyjąca z ocalonych przez Sochę lwowskich Żydów. Swoje pierwsze spotkanie z nim, to, które dało początek czternastomiesięcznej tułaczce po lwowskich kanałach, pamięta, jakby było zaledwie wczoraj. Z wejścia do kanałów, wykopanego w baraku w getcie, zamiast jej ojca Ignacego Chigera wynurzył się obcy mężczyzna. Ona i braciszek ciasno wtuleni w matkę Paulinę Chiger zdrętwieli ze strachu. A obcy na ich widok szeroko się uśmiechnął. Krysia dostrzegła wielkie ciepłe oczy. „Nie mogłam się go bać” – zapewnia 73-letnia dziś Kristin. Obraz tego rozbrajającego uśmiechu zachowała w pamięci. Kristin, w której bez problemu można rozpoznać małą Krysię ze zdjęć, opowiada, jak widok dwójki maluchów i ich matki poruszył Sochę, miejskiego kanalarza. – „»Kania z pisklętami«, tak nas odtąd nazywał. Przyznał się później, że ten moment był decydujący. Chciał nas uratować” – opowiada. Tak zaczęła się historia, która stanie się kanwą filmowej opowieści Agnieszki Holland.

LWOWSKI WŁAMYWACZ

W życiu Leopolda Sochy nic nie zapowiadało, że stanie się Sprawiedliwym wśród Narodów Świata. Ba, jeżeli w przedwojennym Lwowie krążyły o nim jakieś opowieści, to nie opisy szlachetnych czynów. Był dzieckiem ulicy, złodziejaszkiem. Bardziej szelma niż bandzior, lwowski baciar pełen fantazji, na bakier z prawem.

Kristin pamięta, że kiedyś przyznał się jej ojcu do swojej przeszłości. Nad wyraz bogatej. Już zanim wybuchła wojna, miał na koncie kilka wyroków. Jego brawurowy, bezczelny wręcz napad na bank opisywany był w prasie. Złodziej, który włamał się do banku, dostając się przez kanał, ukrywający łup w jednym z podziemnych odpływów Pełtwi, zyskał sympatię zwykłych ludzi, był ich bohaterem. Podziwiano jego spryt. Ale kradł nie tylko w bankach.

Włamywał się też do sklepów. Z jednego z nich wyniósł srebra i biżuterię. Okazało się, że antykwariat należał do wuja Pauliny Chiger. A teraz ze swoim szczerym uśmiechem brał małego Pawełka, syna Pauliny, na kolana, zapewniał jej córeczkę Krysię, że wszystko będzie dobrze. Ale te pocieszenia miały swoją cenę. Wymierną, ustaloną na samym początku. Socha do sentymentalnych nie należał. Trudno zresztą, aby było inaczej. Wcześniej trzymał się od Żydów z daleka, z pewnością nie miał wśród nich przyjaciół. Wprawdzie jego żona Magdalena sprawiła, że wziął się do uczciwej pracy, ale pochodziła z antysemickiej rodziny. 37-latka mało zajmował więc los zamkniętych w getcie. Chodził do pracy, po niej na wódkę, w niedzielę do kościoła, a później z żoną i córką Stefcią na spacer. Handlował na czarnym rynku kradzionymi Niemcom towarami. Wyrzutów sumienia nie miał. Była okupacja. Żeby przeżyć, trzeba było kombinować i doskonale liczyć. A te dwie rzeczy Socha potrafił jak nikt inny.

500 ZŁOTYCH DZIENNIE

 

To miała być normalna inspekcja kanalizacji. Szli we trzech. Szef ekipy Jerzy Kowalow, Stefan Wróblewski i Socha. Nie spodziewali się jakichś niezwykłych wydarzeń. Tymczasem w okolicach żydowskiej dzielnicy natknęli się na grupkę mężczyzn.

Wiosną 1943 roku wszystko zapowiadało, że dni dzielnicy żydowskiej, przekształconej w swoisty obóz pracy nazywany Julagiem (od słów Judische Lager), są policzone. W całej Europie Endlösung der Judenfrage, czyli ostateczne rozwiązanie kwestii żydowskiej, wchodziło w końcową fazę. Z lwowskiego getta wywieziono już kilkadziesiąt tysięcy Żydów. Ci, którzy zostali, do komór gazowych mieli trafić na początku czerwca. Garstka ocalonych dotychczas (ze 150 tysięcy w 1941 roku, pozostało najwyżej 5 tysięcy) robiła wszystko, by przeżyć. Życie było warte każdej ceny. Socha doskonale zdawał sobie z tego sprawę. Kiedy zorientował się, że napotkani w kanałach mężczyźni to szukający schronienia dla swoich rodzin Żydzi, szybko uciszył kolegów, mówiących coś o natychmiastowym zawiadomieniu gestapo. Ignacy Chiger wspominał, że kiedy Socha zaświecił mu latarką w oczy, zobaczył przez moment zaciekawioną twarz kanalarza. Socha zaczął zadawać pytania. Usłyszał o zejściu do kanałów, wykopanym łyżkami i widelcami z pokoju w baraku w getcie, o przygotowaniach do ukrycia się w kanałach. Spodobało mu się, że są zorganizowani i się nie poddają, odezwała się jego żyłka ryzykanta. Chiger, Weiss i Berestycki poprowadzili kanalarzy do wykopanego wyjścia i wtedy Socha wynurzył się z kanału i zobaczył „kanię z pisklętami”. Żydzi poprosili kanalarzy o pomoc. Zaczęto dobijać targu. Ustalono warunki: 500 zł, czyli 100 dolarów za dzień opieki. Fortuna dla bezrobotnych Żydów i majątek dla kanalarzy, nawet po odjęciu kosztów. To miał być biznes na jasnych zasadach. Kanalarze mieli znaleźć rodzinie Chigera, Berestyckiemu i grupce Weissa miejsce schronienia (nie było lepszego znawcy topografii kanałów niż Kowalow), wyposażyć w buty gumowe, deski, piecyk na benzynę, plany kanałów i inne przybory.

I codziennie dostarczać żywność oraz chronić przed odkryciem ich kryjówki tak długo, jak to możliwe. Socha zaznaczył honorowo, że będą przyjmować opłaty codziennie, po przekazaniu zaopatrzenia. Nie chciał wziąć większej kwoty z góry, uznał, że to byłoby nieuczciwe, mogło się zdarzyć, że któregoś dnia się nie zjawi. Taka postawa nie zaskoczyła Ignacego Chigera. Jak mówi jego córka, wyczuwał ludzi. Nie negocjował stawki, cóż znaczyły tracące wartość pieniądze, za które nic nie można było kupić.

NAWRÓCENIE

Poldziu – tak zwracał się do byłego złodzieja Chiger, absolwent wyższej uczelni, dawniej właściciel świetnie prosperującego sklepu z tekstyliami. „Socha był sierotą, miał trudne dzieciństwo. Okoliczności spowodowały, że został złodziejem. Kiedy spotkał w kanałach mojego ojca, inteligentną osobę, przekonał się o czymś nowym. Ojciec dał mu pieniądze przy pierwszym spotkaniu. Być może był pierwszą osobą w jego życiu, która mu zaufała” – mówi dziś z przekonaniem Kristin.

Z każdym dniem ochrona Żydów przestawała być dla Sochy interesem. W pomocy im zobaczył szansę na odkupienie dawnych win. Niespodziewanie przyjął rolę anioła stróża ukrywających się Żydów. Jeszcze na etapie przygotowań do „zamieszkania” w jednej z niszy kanalizacji podopieczni Sochy o mało nie wpadli w ręce hitlerowców. Na hasło „Halt!” zaczęli uciekać. Szczęśliwie Socha z kumplami byli w pobliżu, wyprowadzili ich. Niemcom zeznali, że była to grupa innych kanalarzy. Nie mieli pewności, że żołnierze uwierzą. Za pomoc Żydom groziła śmierć i właśnie się o nią otarli. Koledzy Sochy chcieli się wycofać. On stwierdził, że z nimi czy bez, będzie kontynuował akcję pomocy. Zostali przy nim. 30 maja 1943 r. Grzimek, komendant getta, zarządził koncert żydowskiej orkiestry dla mieszkańców. Pomysł szaleńca, który 1 czerwca przystąpił do ostatecznej likwidacji getta. W panicznej ucieczce wielu Żydów usiłowało ukryć się w kanałach, zapanował chaos, wszelkie plany wzięły w łeb. „Mówiło się o około 200 ludziach, którzy tam zeszli” – zamyśla się Kristin. Rozpętało się prawdziwe piekło. Kilkadziesiąt osób w ciemnościach kanałów to tłum. Śliskie półki kamienne nad szalejącą podziemną rzeką, labirynt tuneli, szczury, pajęczyny, robactwo, przejmujące zimno. Jedni wpadali do Pełtwi, inni próbowali zawracać, jeszcze inni szli naprzód, by przeżyć. Zapanował niewyobrażalny, niemożliwy do ogarnięcia chaos. Mimo wszystko Socha odnalazł rodzinę Chigerów i grupkę Weissa. Okazało się jednak, że ten obiecał przetrwanie w kanałach około siedemdziesięciu osobom. Socha wpadł we wściekłość. „Nie będę odgrywał Pana Boga wobec tych ludzi, bo nawet Bóg nie podejmuje się z góry przegranych przedsięwzięć” – stwierdził. Uciekinierzy czekali na rozwój wydarzeń w tunelu 6–7 metrów długim, 3–4 metry szerokim. Socha i Wróblewski przynosili chleb, karbid do pozostawionej lampy. Po kilku dniach Socha oznajmił, że nie jest w stanie zapewnić opieki takiej grupie. Rozpoczęła się dramatyczna selekcja. Jak wybrano 21 osób, Kristin nie wie. Rodzina Chigerów, Kuba Leinwand, Jakub Berestycki, Weiss i jego matka, Mundek Margulies, Klara Keler, Halina Wind, bracia Orenbach, Genia i Szmul Weinberg i kilku innych – oni dostali szansę. Zaczęła się rozpacz, krzyki, płacz, błaganie, próby przekupienia. Pewien jubiler spoza wybrańców próbował kanalarzom wcisnąć chustkę pełną brylantów, by móc się przyłączyć. W strasznym zamęcie brylanty wpadły do płynącej pod ziemią Pełtwi. Ci, co mieli fiolki z trucizną, odebrali sobie życie.

IDŹ DO SWOICH ŻYDÓW!

 

Socha i Wróblewski prowadzili grupę półokrągłym śliskim tunelem, gdzie ledwie można było stąpać stopa za stopą po półce nad rzeką i ściekami. Woda momentami sięgała bioder dorosłych. Potem przeciskali się rurą średnicy ok. 70 cm, wspinali się metalowymi schodkami do następnej rury średnicy 40 cm. Tak dotarli do niewielkiej niszy pod kościołem Matki Boskiej Śnieżnej, 10 na 12 metrów, gdzie dorosły nie mógł stanąć wyprostowany. Nad głowami mieli pokrywę wyjścia wprost na ulicę, dziś Kniazia Mścisława Udatnogo, i jedno wyjście tą wąską rurą. Mężczyźni czołgali się nią ok. dwa km w jedną stronę do fontanny Neptuna na rynku, by zebrać nieco ściekającej wody do picia. Naczynia nosili w zębach. „Ojciec czasem wracał z pozdzieranymi łokciami, pokrwawiony, w podartym ubraniu” – wspomina Kristin. Socha i Wróblewski przywykli do pełzania w wąskich rurach. Kowalow stał na straży na górze. Codziennie przynosili w plecaczkach chleb, tłuszcz, czasem kiełbasę, karbid do dwóch lamp, lekarstwa. Wtedy tę grupę Socha zaczął nazywać „swoimi Żydami”. Żona Sochy Magdalena, choć początkowo niechętnie, prała, wygotowywała bieliznę z wszy i innych insektów. Robiła też zakupy. Ta, która w chwilach złości wykrzykiwała swojemu mężowi: „Idź do tych swoich Żydów!”, bo poświęcał im coraz więcej czasu, co dzień kupowała żywność w różnych sklepach w mieście, by nie wzbudzać podejrzeń dużymi zakupami. Kiedy w kłótni Magda zagroziła Leopoldowi, że wyda ich Niemcom, przyłożył jej do głowy pistolet.

Socha był niezawodny. Czołgał się każdego dnia dwa kilometry tam i z powrotem, siedem dni w tygodniu, by przynieść żywność. Kiedyś ukradł ze sklepu eleganckie koszule męskie. Żydzi we lwowskich kanałach ubierali się w tym momencie w najlepszą odzież, jaką Niemcy mogli kupić w okupowanej Polsce, śmiał się. Dostarczał niezbędne sprzęty gospodarstwa domowego i nieocenione – słowa otuchy. I świece na piątkowe szabasy, ziemniaki na święto Paschy, kiedy nie wolno było Żydom jeść chleba. Kiedy Pawełek zachorował, a zakupy w aptece mogły być podejrzane, Paulina poprosiła o jajka na kogel-mogel, domowe remedium znane na wschodzie. Jeszcze tego samego dnia przyczołgał się, niosąc w chusteczce w zębach cztery jajka. Czasem przyniósł papierosy, trochę wódki albo siadał w kanale pod kościołem Matki Boskiej Śnieżnej i zajadał z żydowskimi dziećmi kanapki z szynką, której nigdy wcześniej nie jadły. Tak jakby to był piknik, a nie walka o przetrwanie. Potrafił być jednak bezwzględny. Kiedyś jeden z uciekinierów, Weiss, groził płaczącemu Pawełkowi pistoletem, jeśli nie zamilknie. Socha dowiedział się o tym, sam wyciągnął broń i wysyczał: „Jeśli spadnie im choć włos z głowy, umrzesz” – wspomina ten moment Kristin.

Sytuacje, w których Socha ich zaskakiwał, Kristin Chiger-Keren mogłaby mnożyć. Po odkryciu przez Niemców kryjówki Żydzi Sochy musieli uciekać. I znów, jak anioł stróż w kanałach, zjawił się przed nimi Socha. Przyszedł z Wróblewskim. Słyszeli o wpadce i przewidzieli drogę uciekinierów.

KASA I ODKUPIENIE

Po kilku dniach znaleźli nowe lokum, też pod kościołem, tym razem Bernardynów, między placem Halickim a Bernardyńskim. Z jeszcze większą ilością szczurów, mułu. Za to większe i wyższe, niektórzy dorośli mogli się rozprostować. „To był nasz pałac w kształcie litery L” – tak mała Krysia nazwała to miejsce. Wizyty Sochy wyznaczały pory dnia, zwykle rano, między 9 a 10. Nadawał rytm ich trwaniu w kanałach, każdemu wyznaczał zajęcie, mężczyznom, kobietom. Przynosił gazety, wieści, elementarz dla Krysi, by nie traciła czasu w kanałach. „Rozpoznał nasze charaktery, organizował tę społeczność dla dobra grupy. Powtarzał, że ono jest najważniejsze. Ufaliśmy naszym dobroczyńcom, tak, dobroczyńcom, bo pieniądze przestały być najważniejsze. Oni byli nam oddani” – podkreśla Kristin po latach. Dla Sochy to była forma odkupienia grzechów, czuł się wybrany do tej misji. Nawet kiedy skończyły się pieniądze. Najdłużej płacił Chiger. Za wszystkich. Potem wskazał kanalarzom skrytkę z precjozami w byłym już getcie. Chciał to w całości zostawić w rękach Sochy, ten odmówił, mieli się trzymać starych zasad. Kristin pamięta to dobrze, bo wojna dla 7-latki stała się szybkim kursem dorastania. Socha starał się utrzymać złudzenie stabilności wypłat wobec swoich kolegów. Nie chciał, by z powodów finansowych zostawili go samego. Sam już podjął decyzję, że nie opuści Żydów, zaczął traktować ich jak rodzinę. Ignacy Chiger zdumiał się, kiedy Poldziu pociągnął go do kąta i wcisnął mu jakieś pieniądze. Kazał mu oficjalnie przy wszystkich płacić, potem miał mu wręczać je z powrotem, i tak każdego dnia. „Pokazał swoją prawdziwą naturę. Ze swoich oszczędności płacił kolegom, by się nami opiekowali” – ze wzruszeniem opowiada ocalona Kristin. Bo Socha miał inne rachunki – te z samym sobą.

OSTATNIE DNI

Ale kompani w końcu się zorientowali, że ich Żydzi nie mają już nic, podobnie Magdalena Socha – po wielu wspólnych miesiącach Socha i Wróblewski przyszli się pożegnać. Żydzi byli gotowi na najgorsze. Następnego dnia usłyszeli znajome ciap, ciap buciorów, Poldziu wrócił! Wracali i kumple. Kradli w sklepach, fabrykach, handlowali na czarnym rynku, by zdobyć pieniądze na utrzymanie przyjaciół w kanałach. „Niemcy mają płacić za nasze utrzymanie. Tak jest w porządku” – mówił Socha. Czekała go kolejna próba. Genia Weinberg zeszła do kanałów w ciąży, ukrywanej pod czarnym płaszczem. Kiedy jej mąż się o tym dowiedział, uciekł z kilkoma innymi. Zabito ich zaraz po wyjściu z kanałów. Ignacy Chiger bał się reakcji Sochy, płacz noworodka mógł zdradzić kryjówkę jedenastu osób, bo tylu ich pozostało. Socha był jednak człowiekiem czynu: tak długo szukał miejsca dla noworodka w kościołach, klasztorach, aż znalazł. Genia urodziła chłopca, Ignacy odebrał poród, zardzewiałymi nożycami odciął pępowinę. Napięcie było ogromne – co dalej? W nocy Genia tak tuliła synka, że się udusił. Nie wiedziała o skutecznych poszukiwaniach Sochy. Ciałko trafiło do Pełtwi. Socha pierwszy raz spóźnił się z dobrą wiadomością.

Podziemna gehenna Żydów trwała 14 miesięcy. 23 lipca 1944 roku Paulina Chiger miała urodziny. Do końca swojego 91-letniego życia pamiętała prezent, jaki wówczas dostała. Socha przyniósł wieść o wycofujących się Niemcach. Cztery dni później byli wolni. Ostatnia noc z 27 na 28 lipca była pierwszą spokojną, jaką spędzili od zejścia w te swoiste katakumby. Przeżyło ich dziesięcioro. Ignacy, Paulina, Krysia i Pawełek Chigerowie, Edmund (Mundek) Margulies, Genia Weinbergowa, Halina (Wind) Naszkiewicz, Jakub Berestycki, Chaskiel Orenbach i Klara Keler oślepieni, zawstydzeni swoim wyglądem, stali otoczeni ludźmi, a Leopold Socha z dumą mówił: „To są moi Żydzi, to jest moja praca”.

RACHUNEK OSTATECZNY

12 maja 1945 r. nad ciałem, z którego krew kapała do kanałów, przechodnie żegnali się znakiem krzyża i mówili: „To kara boska za ukrywanie Żydów”. Leopold Socha zginął pod kołami radzieckiej ciężarówki wojskowej. Zdołał uratować jeszcze jedno życie – swojej córeczki, wypchnął ją spod kół rozpędzonego auta. Umierał pogodzony ze światem. Wyrównał swoje rachunki. Leopold i Magdalena zostali Sprawiedliwymi wśród Narodów Świata, mają swoje drzewka w Muzeum Yad Vashem od 1978 roku. Jest tam stała wystawa poświęcona Sosze. Podobna wystawa znajduje się w Londynie w Imperial War Museum oraz w Muzeum Holokaustu w Waszyngtonie.