Jak w raju – wyrwało się jednemu z policjantów na widok koni pasących się nad wodami Wisłoka. Funkcjonariusz spojrzał na skutego więźnia, przywiezionego do Wejnerówki na wizję lokalną. Ten dumnie podniósł głowę… To było jego ranczo.

Piotr M. miał pokazać, gdzie zakopał ciała zamordowanych dwóch młodych mężczyzn. Sensacja przyciągnęła okolicznych mieszkańców. M. rozglądał się po twarzach ciekawskich, jakby kogoś szukał.
– Za Zuzą patrzy, ale jej tu nie ma. Zabrała swoje ule i wróciła do Warszawy – szeptały miejscowe kobiety.
Pięć lat temu też tak niebieściły się góry na horyzoncie, gdy zarośnięta olchami ścieżka wyprowadziła Zuzannę M., studentkę SGGW w Warszawie, na rozległą zieloną dolinę ze stajniami. Z zabudowań wyszedł właściciel stadniny – około 40-letni przystojny mężczyzna, niezbyt skory do rozmowy.
– Szukam kolegi, z którym jestem na obozie naukowym w Studenckiej Chacie na Polanie Surowiczne – odpowiedziała na dzień dobry. – Wyszedł rano i dotąd nie wrócił, może zabłądził. Przyglądali się sobie. – Pięknie tu – westchnęła. Odpowiedział, że nikogo obcego na tym odludziu nie było. Psy by wyczuły.

Pojawiła się następnego dnia. Kolega się znalazł, ale ona ma inną sprawę – chciałaby zatrzymać się do października w górach. Czy nie znalazłaby się dla niej praca na ranczo, mogłaby gotować dla stajennych, sprzątać.
– Czemu nie? Mam pokoik nad stajnią – zgodził się, patrząc na urodziwą studentkę. Była z Warszawy, ale nie przypominała podrasowanych kosmetykami miastowych panien. Duże niebieskie oczy, gęste ciemne włosy, ładny uśmiech. Wszystko było w niej takie naturalne.

Wkrótce zbliżyli się do siebie; usłyszała, że ją kocha. Jesienią musiała wrócić na uczelnię, ale przyjeżdżała we wszystkie wolne dni. Pilnowała gospodarstwa, gdy on wyjeżdżał do Niemiec, gdzie zarabiał podkuwaniem koni. Tęskniła. W Wejnerówce był słaby zasięg telefonii komórkowej, więc pisała do niego długie listy.

„Mam nadzieję, że wkrótce się zobaczymy i powiesz: »Zuza jak ciebie widzę, to mam się dobrze«. Marzenia, marzenia. Zeszyłam ci tę zieloną kurtkę i wyremontowałam czapkę z daszkiem, podobasz mi się w niej”. W innym liście: „Gwiazdy tu spadają, pomyślałam sobie życzenie: żeby Piotrek już wrócił. (…) To moje ostatnie studenckie wakacje. Nie wiem, na jaki adres mam do ciebie pisać, zostawiam list w kuchni”.

 

Między dwoma mężczyznami
Zamieszkaną niegdyś przez Łemków Wejnerówkę Piotr M. odkrył 15 lat wcześniej. Chłopski syn, po zawodówce, zawsze chciał mieć własne duże gospodarstwo. I hodowlę koni. Aby kupić miejsce na stadninę – bezludzie w Beskidzie Niskim bez prądu i drogi – harował na budowach w Niemczech. Robotnikom, których zatrudniał, wydał bezwzględny zakaz picia alkoholu, palenia papierosów. Każde nieposłuszeństwo rozwścieczało „kowboja” – wtedy krzyczał, a nawet brał się do bicia. Złościł się też, gdy trzeba było zapłacić robotnikom. Oszukani odchodzili, przeklinając, ale turystów ranczo olśniewało.
Takie wrażenie zrobiło w roku 1999 na pewnej studentce z Suwałk, która szukała śladów kultury łemkowskiej. W ekspresowym tempie poślubiła „kowboja” z Wejnerówki, urodziła córkę i jeszcze szybciej wyjechała z nią do rodziców. O kontakt z ojcem dziecka nie zabiegała.

Co innego Zuza. Dla pozostania na ranczo gotowa była znieść wiele. Wyrzucał ją, wracała. Przy obcych traktował jak gosposię, nie życzył sobie, aby mówiła we wsi, że są parą, nawet do odległego kościoła nie jechali razem. Po ukończeniu studiów odrzuciła ofertę pracy za granicą. Aby być bliżej Piotra, zatrudniła się w pobliskim Krośnie.

Wiosną 2006 roku „kowboj” dał do gazety ogłoszenie o pracy przy ujeżdżaniu koni. Zgłosił się 26-letni Marcin D. Ustalili, że po roku zapłatą będzie Wodnik – koń rasy małopolskiej, którego D. wychowa od źrebaka.

Wszyscy na ranczo – łącznie z właścicielem – uważali, że „kowbojowi” trafił się świetny robotnik. Marcin kochał konie, a one go słuchały. Chłopak traktował starszego o 20 lat Piotra z respektem, chciał się od niego nauczyć podkuwania koni. M. chwalił Marcina za sumienność. Gdy miał wypadek na rowerze w Niemczech (gdzie nadal dorabiał w sezonie), za ranczo odpowiadał właśnie D.

Potem coś się jednak popsuło w relacjach mistrz–uczeń. Zaważył pewien incydent. W sierpniu 2008 r. doszło do awantury między „kowbojem” a zatrudnionym tam od kilku lat stajennym, który upomniał się o zapłatę. Zdenerwowany M. nie tylko się nie rozliczył, ale tak skopał robotnika, że złamał mu dwa żebra. Oburzony Marcin postanowił pójść na swoje i stanowczo domagał się wydania mu konia z dokumentem rodowodowym. „Kowboj” zwlekał, trudno mu było rozstać się z darmowym stajennym.
Miał jeszcze jeden powód do irytacji: oto goszczący na ranczo jego znajomi z Niemiec donieś-
li, że coś się dzieje między Zuzą a Marcinem. Nie powinien być zazdrosny, bo kilka tygodni wcześniej Zuza zerwała z nim, a jednak, gdy przyznała się do romansu, urządził awanturę. Zatelefonował też do Marcina, aby „paluszki trzymał precz od Zuzki”.

Jednakże ona się spakowała i pojechała do koleżanki w Rzeszowie. Daremnie jednak czekała tam na swego nowego chłopaka. Marcin pomagał Piotrowi przy przewożeniu kamieni z potoku, odrabiając w ten sposób dodatkową zapłatę za Wodnika.

Żegnaj, moje beznadziejne marzenie
Zuzę ciągnęło do Wejnerówki. Zatrzymała się w pobliżu, w tzw. chacie pszczelarza, w nadziei, że któregoś dnia Piotr przyjdzie po miód. I tak się stało. Gdy ją zobaczył, nakłonił, aby wróciła na ranczo, po raz ostatni popilnowała gospodarstwa na czas jego wyjazdu za granicę. Zgodziła się. Nie była już dziewczyną Piotra, ale też nie czuła, że Marcin zamierza o nią walczyć. Którejś nocy położyła koło jego łóżka list z wyznaniem beznadziejnej miłości. Uzupełniła tekstem piosenki w języku angielskim, odzwierciedlającym jej stan ducha.

Nadal zamierzała opuścić Wejnerówkę, ale powstrzymały ją prośby „kowboja”. Z saksów wrócił stęskniony, zaprosił na kolację do restauracji; zwierzał się, że za granicą boleśnie przeżywał jej odejście, nawet próbował targnąć się na życie.

Była niezdecydowana. Ostatecznie jednak, mimo braku deklaracji ze strony Marcina, wyjechała z nim w Bieszczady, gdzie upatrzyli odpowiedni kawałek ziemi. Nadchodzącą zimę Wodnik miał przeczekać w innej stadninie, odległej od Wejnerówki 30 km. Marcin uzgodnił z M., że odbierze swego konia 15 października.
Według prokuratora było tak: dzień wcześniej „kowboj” pożyczył od znajomej dwa duże worki po nawozach.
Nazajutrz rano zapakował do swojego nissana broń, worki, sznury konopne i czarną folię budowlaną. Następnie zadzwonił do Marcina i dowiedział się, że przyjeżdża oplem z Bogdanem R., który pomoże przy lonżowaniu (prowadzeniu po obwodzie koła) konia. Starał  mu się to wyperswadować, ale bezskutecznie. – Spotkamy się po drodze – zauważył na koniec rozmowy.

Tym miejscem była łąka nad Wisłokiem. Nie wiadomo, jak przebiegała ich rozmowa, w każdym razie Marcin pod dyktando „kowboja” napisał w jego samochodzie do Zuzy pożegnalny list. Zachęcał ją, aby związała się z Piotrem. „Fizycznie było nam ze sobą dobrze, ale są ważniejsze rzeczy” – zakończył wyznanie.

Potem M. poprosił obu młodych mężczyzn, aby pomogli mu przy przegonieniu bydła, które przedostało się na drugi brzeg Wisłoka. Gdy weszli do w wody, „kowboj” najpierw uderzył Marcina w głowę, aby go zamroczyć. Bogdanowi zakleił taśmą oczy, co utrudniało ewentualną ucieczkę. Następnie strzelił im w plecy, jak na egzekucji. Płynąca woda wypłukała pierwszą krew i M. zapakował zwłoki do worków, które włożył do opla, zaparkowanego w krzakach.

 

Z samochodu Marcina zabrał list Zuzy, a właściwie tylko kawałek kartki, z napisaną po angielsku piosenką. (Później znajoma przetłumaczy mu słowa na polski : „Żegnaj mój prawie kochanku, żegnaj moje beznadziejne marzenie…”. Zuzanna znajdzie wyrzuconą przez Piotra zmiętą kulkę papieru na podłodze w jego kuchni).

Resztę dnia zajęło „kowbojowi” zapewnienie sobie alibi. W tym celu zatelefonował do pewnej mieszkanki Wejnerówki, że stoi koło skrzyżowania, bo zabrakło mu paliwa. Czy może podwieźć go na ranczo, skąd zabierze kanister z benzyną? Wszystko poszło zgodnie z planem. Gdy na chwilę pojawił się w gospodarstwie, Zuza zdążyła mu się wyżalić, że Marcin nie odpowiada na jej telefony. Ona co chwila biega do źródełka (tylko tam można złapać zasięg), wystukuje numer chłopaka i cisza.

Piotr wrócił nissanem na polanę, gdzie ukrył samochód ze zwłokami ofiar. Przełożył ciała do swego samochodu, a opla zostawił na rozstaju dróg, gdzie zwykle kierowcy zatrzymują się, aby złapać zasięg telefoniczny. Wiedział, że w tym miejscu pojazd przez kilka godzin nie wzbudzi niczyjego zainteresowania.
Przywiózł ciała ofiar na ranczo, gdyż musiał poczekać, aż się ściemni. Postanowił upić Zuzannę, żeby nie kręciła się po obejściu.  – Zapomnisz o zmartwieniu – zachęcał, stawiając na stole bimber.

Gdy dziewczynę zmorzył sen, Piotr zawiózł zwłoki w trudno dostępny, zdziczały teren i zasypał ziemią. Następnie podrzucił samochód Marcina D. na boczną uliczkę w Rzeszowie. Wysłał stamtąd napisany przez tego chłopaka tuż przed śmiercią list do Zuzy. Po południu był już na ranczo, gdzie skacowana, popłakująca Zuza nadal bezskutecznie usiłowała złapać kontakt z komórką Marcina.
Wieczorem odwiózł ją do Rzeszowa, skąd miała autobus do Warszawy.

Wracając do siebie, przełożył kartę sim z telefonu Marcina do swojego. Natychmiast nadszedł alarmujący esemes od Zuzy – co się dzieje? Ona umiera z niepewności. Podszywając się pod Marcina, odpowiedział, że wszystko między nimi skończone, on zmienił plany, wyjeżdża z Bogdanem na robotę do Anglii; szczerze jej radzi, aby została z Piotrem. Wysłał też esemesa do siostry Marcina z informacją, że opuszcza Polskę, pozdrawia wszystkich.

Rodzice Marcina D. byli zaskoczeni treścią esemesa od syna. To nie w jego stylu! Poza tym on robił błędy ortograficzne. Coś tragicznego musiało się zdarzyć, trzeba wynająć detektywa. Tymczasem Zuza w przekonaniu, że Marcin ją porzucił, czekała w Warszawie na Piotra, który chciał, aby mu towarzyszyła w czasie odwiedzin u córki w Suwałkach. Była połowa listopada. Dwa tygodnie później aresztowany M. pokazał miejsce zakopania ciał ofiar.

Wiem, że byłaś blisko, za murem
Co przesłuchanie, to przedstawiał inną wersję przebiegu wydarzeń. Najpierw twierdził, że mężczyźni zostali przypadkowo zastrzeleni, bo w ciemnościach bez uprzedzenia pojawili się na jego posesji, a on był przekonany, że wtargnęły wilki. Musiał się bronić.

Druga wersja: miał to być wyjątkowy zbieg nieszczęśliwych okoliczności w chwili ładowania broni na odstrzał chorego lisa.

Trzecia: ogier zbliżył się do klaczy pilnującej źrebaka, to niebezpieczna sytuacja, chciał więc odstraszyć konia. Przez pomyłkę załadował niewłaściwą broń.

Czwarta: chłopaków zabił na ranczo obcy, który potem zbiegł.

Piąta: Marcin D. i Bogdan R. pierwsi zaatakowali „kowboja”. Czekali na niego z widłami w stajni. Tak się nieszczęśliwie stało, że przypadkowo nadepnięty szpikulec do wzruszania siana uderzył w strzelbę Piotra M., w której były naboje. To one śmiertelnie zraniły chłopaków. A dlaczego ukrył ciała w lesie, skoro nie był mordercą? Bo spanikował.

Jednak prokurator krok po kroku obalał wyjaśnienia przesłuchiwanego. Portret psychologiczny oskarżonego M. nakreślony przez biegłych sądowych pokazał go jako człowieka chwiejnego emocjonalnie. Nasilona potrzeba panowania nad ludźmi z otoczenia, kontrolowania ich, wiązała się z obniżonym poczuciem własnej wartości i była źródłem spontanicznej, czasem wręcz skrajnej agresji. Mimo skończonych 40 lat M. miał problemy zarówno z wyrażaniem pozytywnych uczuć, jak i z nawiązaniem stabilnych związków z kobietami. Traktował je przedmiotowo. Chwalił się, że Zuza miała wcześniej partnera wykształconego, który nosił ją na rękach, a mimo to zakochała się w facecie po zawodówce.

Zdaniem psychologów Piotr M. zabił Marcina D. nie z zazdrości, tylko z powodu urażonej ambicji. Postanowił ukarać podległego mu robotnika (Bogdan R. zginął tylko dlatego, że był świadkiem egzekucji), bo ośmielił się związać z kobietą, którą „kowboj” traktował jak swoją własność. Nie dość, że młodzi zrobili to pod jego dachem, to jeszcze D. przymierzał się do założenia konkurencyjnej stadniny.
Wiele też mówiły o oskarżonym jego listy z aresztu (zatrzymane przez prokuratora).

 

Do opuszczonej żony: „Olga, to był straszny wypadek. Jako motyw przyjęli zazdrość o Zuzę, której z mojej strony nie było. Jak sobie poszła, to poszła. Przed sądem możesz wyjaśnić, że na przesłuchaniu powiedziałaś o tej zazdrości, bo policja ci podpowiedziała. Nie bój się, ich nie będzie na rozprawie, a twoje ostatnie zeznania są decydujące. Powiesz im, że przed tym zajściem prosiłem cię, abyś wróciła, bo chciałem zacząć wszystko od nowa”.

Do Zuzy: „Wiem, że byłaś blisko mnie, za murem. Serce mi drgnęło, to było wielkie przeżycie. Gdyby to się wydarzyło dwa lata temu, często byś tam stała. Teraz tylko raz. Poszedłem pod celę, położyłem się i myślałem o tobie. I o Wejnerówce, która teraz jest twoja. Gdy się ocknąłem, moja koszula była mokra od łez, które już od dłuższego czasu spływały mi po policzku. Wiem, że pisałaś mi, że nie chcesz mieć ze mną nic wspólnego. Byłbym szczęśliwy, gdybyś chociaż trochę zajęła się gospodarstwem, spróbuj zaangażować się, to Twoje (podkreślone), a Bóg ci z pewnością pomoże. (...) Napisałem dla ciebie wiersz: »Pod więzienną celą na twardej pryczy/ młody mężczyzna leży wieczorem myśląc o całym życiu/ a twarz ma zalaną łzami. /Czy słyszy jak o poranku konie tłuką się o ścianę/ i głos dziewczyny z dołu Piotrek wstawaj na śniadanie./To ją właśnie w swym sercu nosił głęboko bez granic. /Ona to szczęście mu dała/ Lecz to się zdało na nic«.”

Zeznanie świadka incognito
Świadek Zuzanna M. wyznała przed sądem: – Raz po raz kazał mi się wynosić, potem przepraszał, obiecywał, że pojedziemy bryczką do ślubu. Teraz myślę, że to, co brałam za miłość, było chorobliwym uzależnieniem. Jest mi wstyd, że byłam tak naiwna i dawałam sobą manipulować. Uwierzyłam Piotrowi, że Marcin chciał się ode mnie odciąć i nie pomagałam w poszukiwaniach zaginionych.

Proces zmierzał do końca, gdy zgłosił się świadek (był to mieszkaniec wsi koło Wejnerówki), który – zapowiadając, że ma istotne informacje – chciał wystąpić incognito. Spełniono jego warunki.

Oto, co zeznał: prawie rok po przyznaniu się M. do zabójstwa, świadka odwiedził brat oskarżonego. Zwierzył mu się, że był na widzeniu u Piotra i ten mu opowiedział w szczegółach, jak doszło do morderstwa. Otóż, gdy dwaj młodzi mężczyźni byli już w pobliżu Wisłoka, „kowboj” przegonił swoje krowy na cudzą łąkę za rzeką. Następnie zawołał do nadjeżdżającego Marcina, aby pomogli zawrócić bydło na jego pastwiska. Chłopcy weszli do wody. Wtedy dosięgły ich strzały.
– Powiedział bratu – zeznał świadek incognito – że zaplanował zabójstwo. Wszystko miał przemyś-
lane. Czas, nawet porę dnia. W Beskidzie trwało wtedy polowanie na jelenie. Na odgłos strzałów nikt specjalnie nie zwracał uwagi.

Tak więc wersja prokuratora zyskała kolejne potwierdzenie. W czerwcu 2012 r. zapadł wyrok w Sądzie Okręgowym w Krośnie. Piotr M. został skazany na dożywocie. W powództwie cywilnym zasądzono po 150 tys. złotych na rzecz rodzin ofiar. Tyle prawdopodobnie uzyska komornik z licytacji rancza. Obrońca skazanego wystąpił o kasację wyroku do Sądu Najwyższego. Została oddalona jako bezzasadna.