Dlaczego razem z funkcjonariuszami gestapo napadł pan na archiwum wywiadu Delegatury Rządu na Kraj? – zapytałem. 

Wysoki mężczyzna o jasnych, prawie białych włosach patrzył, jakby zobaczył upiora. Nie spodziewał się, że ktoś obcy może tak bezceremonialnie wejść do jego warszawskiego mieszkania. Jego adres był znany niewielu, on sam nigdy nie udzielał się publicznie. Gdy usłyszał pytanie, uniósł się na łokciach, a potem opadł na poduszkę. Mimo że było południe, leżał w pościeli na tapczanie. 

– Kto był wtedy z panem? – pytałem. 

– Nie wiem, nie pamiętam – odpowiedział. 

Wymieniałem nazwiska. 

Przy jednych mówił: – Nie, jego nie było. 

Przy innych: – Może był. 

Zapytany, ilu było gestapowców, odparł, że „ktoś tam chyba był”. Na pytanie, co się stało z ludźmi zabranymi przez gestapo – że nie wie. 

Młodo wyglądająca, ciemnowłosa kobieta usiłowała przerwać: – Panowie, dajcie spokój, on jest chory. 

Do mieszkania przy placu Henkla na Żoliborzu weszliśmy właściwie siłą, nie zważając na protesty. Z kolegą staliśmy obok tapczanu, na którym leżał mężczyzna; ukryty mikrofon nagrywał jego odpowiedzi. Kamerzysta z korytarza, przez uchylone drzwi, filmował wnętrze mieszkania. 

Bogusław Hrynkiewicz, którego tak potraktowaliśmy, miał powody, żeby się bać. Był początek czerwca 1991 r. Napisano o nim: „notoryczny agent NKWD”. Komunizm upadł półtora roku wcześniej. Dlatego chyba Hrynkiewicz nie odważył się od razu wyrzucić nas za drzwi. Jeszcze w 1989 r. próba rozmowy z nim skończyłaby się interwencją bezpieki i aresztowaniem, a kilkadziesiąt lat temu mogłaby kosztować życie. Żaden dziennikarz wcześniej z nim nie rozmawiał. 

Dziś, gdyby cofnąć czas, nie pytałbym o sprawę słynnej napaści na archiwum polskiego podziemia. Zapytałbym go o to, czy wydał gestapo samego generała „Grota”. Wtedy jednak nie wiedziałem, że Hrynkiewicz zidentyfikował Komendanta Głównego AK i zaproponował rezydentowi sowieckiego wywiadu w Warszawie jego „zlikwidowanie”.

Akta mówią

W czerwcu 1991 r. ze Stanisławem Trzaską robiliśmy telewizyjny reportaż o porwaniu 17 lutego 1944 r. archiwum wywiadu politycznego Delegatury Rządu z warszawskiego mieszkania na drugim piętrze domu przy ul. Poznańskiej 37. Kierownikiem archiwum był Wacław Kupecki, ps. Kruk. Dziś akcja ta ma już  bogatą literaturę. 

Przypomnijmy: jacyś uzbrojeni cywile wtargnęli do mieszkania rano, wszystkich wchodzących rewidowali, przywiązywali do krzeseł. Akcja trwała cały dzień. Po godzinie policyjnej w dwóch partiach wyprowadzono siedem osób: trzech mężczyzn i cztery kobiety, wśród nich „Kruka” i jego żonę. Nigdy już ich nie odnaleziono.

Napad na archiwum zorganizował Bogusław Hrynkiewicz, liczący wtedy 35 lat. Był agentem NKWD od 1941 r. Zanim porwał do spółki z Niemcami archiwum, z Marianem Spychalskim (ówczesnym szefem Wydziału Informacyjnego Armii Ludowej) prowadził tzw. akcję dezinformacyjną. Polegała  na tym, że wysyłali do gestapo anonimowe listy z nazwiskami ludzi z AK i Delegatury, oskarżając ich, że są „żydokomuną”. „Delegatura, a zwłaszcza AK, poczuły to uderzenie” – wyznał po wojnie. Ale jego zdaniem centrum akcji antykomunistycznej – czyli po prostu Państwo Podziemne – nie zostało tym zbyt dotkliwie ruszone, więc „trzeba było uderzyć i po Kupeckim”.

Akcja na ul. Poznańskiej to dziś sztandarowy przykład współpracy komunistów z gestapo. Dokumenty z archiwum dotyczące komunistów oraz AK zabrał Hrynkiewicz i ostatecznie trafiły do Moskwy. Materiały związane z antyniemieckimi akcjami AK zabrał gestapowiec. 

Reportaż zatytułowany „Skok na Poznańskiej” został nadany 24 czerwca 1991 r. w programie pierwszym Telewizji Polskiej i wywołał skandal: protestowali różni komunistyczni kombatanci. Kiedy teraz dla programu „Cafe Historia” w TVP Historia próbowano odszukać taśmę, nie było jej w archiwum na ul. Woronicza. Pewnie została skasowana.

Za to w marcu 2012 r. w Archiwum Akt Nowych przejrzałem trzy tomy o sygnaturach AAN 509/2–4 i jeden tom AAN PG, t. 834. Jest to „Kolekcja dokumentów dotyczących ruchu robotniczego i jego działalności zgromadzonych przez Centralną Komisję Kontroli Partyjnej w Warszawie”. To oryginalne akta śledcze Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego przeciwko Bogusławowi Hrynkiewiczowi. Kiedyś były „ściśle tajne”, potem niedostępne, ukryte w Archiwum KC PZPR. Dziś stanowią klucz do rozwiązania ponurej tajemnicy sprzed lat. 

Nie cackać się! 

Hrynkiewicz był jednym z wielu sowieckich agentów działających w Warszawie. W 1942 r. nawiązał z nim kontakt znajomy sprzed wojny – Artur Ritter, kadrowy funkcjonariusz sowieckiego wywiadu NKWD. Ritter otrzymał zadanie, by zostać w okupowanej Warszawie Niemcem (był zresztą niemieckiego pochodzenia). Tak też się stało. Jako Reichsdeutsch mieszkał w niemieckiej dzielnicy, założył przedsiębiorstwo budowlane, należał do SA, chodził w jej mundurze. Śledził głównie środowisko tzw. białych Rosjan, należących do licznej w Warszawie przedwojennej rosyjskiej emigracji. Kiedy Niemcy zaatakowali ZSRR, dawni carscy oficerowie byli wykorzystywani przez Niemców do tworzenia grup dywersyjnych i oddziałów walczących u boku armii hitlerowskiej. Ritter urządzał dla nich biesiady w swoim mieszkaniu przy ul. Rozbrat. 

W tym samym czasie tłumaczył Hrynkiewiczowi, wtedy już jednemu z kierowników prawicowej organizacji podziemnej Miecz i Pług, że błędem komunistów w przeszłości było „wszelkiego rodzaju cackanie się z wrogami politycznymi”. Stary agent sowiecki podawał przykłady: Hiszpania, gdzie komuniści przegrali, czy Belgia, gdzie faszyzujący Leon Degrelle „urósł w siłę, a można go było zlikwidować” (cytat z przesłuchania z 29.08.1949 r.). Ponieważ Hrynkiewicz myślał podobnie – postanowili działać bardziej radykalnie. 

 

Wiosną 1943 r. Hrynkiewicz nawiązał kontakt z Włodzimierzem Bondorowskim, byłym carskim kapitanem, współpracownikiem niemieckiej Abwehry i gestapo. Mimo że armie Rosji Radzieckiej i Niemców toczyły na froncie wschodnim zażarty bój, w Warszawie kwitła współpraca obu wywiadów. Była to skomplikowana, zapętlona operacja. Celem tej kooperatywy było AK, wspólny przecież wróg. Hrynkiewicz przez Bondorowskiego nawiązał kontakt z gestapo. 

Gestapo z NKWD kontra AK

Po wojnie Leszek Kistelski (od 1942 r. w Mieczu i Pługu) zeznał, że pierwsze spotkanie z funkcjonariuszem gestapo o nazwisku Birmann z referatu IV N, zajmującego się prowadzeniem tajnych agentów, odbyło się w gabinecie restauracji „Kakadu” na rogu placu Napoleona i ul. Wareckiej. Kistelski podczas spotkania był tłumaczem. Hrynkiewicz, występujący jako „Aleksander” z Miecza i Pługa, zaoferował współpracę w likwidowaniu komunistów i lewicowych organizacji. 

Jak pisze Piotr Kołakowski w książce „NKWD i GRU na ziemiach polskich 1939–1945”, gestapowiec Birmann był agentem tzw. grupy „Grubczyka”, pracującej dla sowieckiego wywiadu. Tak więc sowiecki agent w najtajniejszej komórce gestapo uzgadniał zasady współpracy z sowieckim agentem działającym w antykomunistycznej organizacji! Żaden z nich nie wiedział, kim naprawdę jest ten drugi. Z drugiej strony mogli tylko udawać, że nie wiedzą.

Na następnym spotkaniu oprócz Birmanna pojawił się jego szef, wysoki oficer gestapo Wolfgang (lub Wilhelm) Birkner, kierujący w warszawskim gestapo referatem IV N. Wtedy ostatecznie uzgodniono zasady współpracy, co zaowocowało m.in. skokiem na archiwum Delegatury na ul. Poznańskiej. Na tę akcję Birkner wydelegował jednego funkcjonariusza, Bondorowski 2–3 ludzi spośród „białych” Rosjan, a Marian Spychalski z Armii Ludowej dwóch gwardzistów. 

Birkner i Hrynkiewicz spotykali się często w restauracjach lub w mieszkaniu Bondorowskiego przy ul. Bartoszewicza 1. Były to przyjęcia bogate w zakąski i alkohole. Finansował je Birkner. Dlatego też Robert Spałek („Z dziejów komunistycznego wywiadu. Casus Bogusława Hrynkiewicza i Mariana Spychalskiego. 1940–1944”, „Pamięć i Sprawiedliwość” nr 1/2008) napad na archiwum nazwał „dramatyczną hucpą”, zorganizowaną przez znajomych od kieliszka: sowieckiego agenta, gestapowca i współpracującego z nimi byłego carskiego oficera. Może tak było, ale finał okazał się dramatyczny.

Opłacalna współpraca

Hrynkiewicz twierdził, że kontakt z gestapo nawiązał „ze swojej własnej inicjatywy”. A tak tłumaczył powody tej współpracy: „Nawiązując kontakt z gestapo, kierowałem się tym, by w miarę swoich możliwości usunąć niebezpieczeństwo akcji antykomunistycznej przygotowywanej przez AK i Delegaturę (…). Celem moim było sparaliżowanie akcji antykomunistycznej poprzez fizyczne unicestwienie AK i Delegatury przez gestapo” (zeznanie z 7 XII 1949 r.). Myśl o współpracy z hitlerowską tajną policją miała zrodzić się u Hrynkiewicza „pod wpływem rozmów ze Spychalskim”, który narzekał, że partia nie może skutecznie walczyć z AK i Delegaturą, gdyż to „grozi polityczną kompromitacją dla PPR”. 

Jak wynika z zeznań samego Hrynkiewicza i współdziałających z nim ludzi, współpraca z gestapo była dla nich także dobrym interesem finansowym. Birkner miał dać na Miecz i Pług w sumie około 2 mln zł. Z tego część Hrynkiewicz „na lewo” przez Rittera przekazywał Czesławowi Skonieckiemu, ps. Ksiądz, kierującemu siatką sowieckiego wywiadu. Kiedy indziej Hrynkiewicz z kumplami dostali z gestapo 1000 litrów wódki! W ten sposób gestapowskie pieniądze utrzymywały sowieckich agentów w Warszawie.

Za niemieckie pieniądze Hrynkiewicz kupił mieszkanie przy ul. Emilii Plater 8. Tam, pod szyldem fałszywej firmy, funkcjonowała jego melina. Tam również stale rezydowała jego pięcioosobowa ochrona. Od Birknera dostał samochód i pozwolenie na broń. Hrynkiewicz miał pistolet, nocną przepustkę oraz specjalny dokument wydany, aby niemieckie władze i instytucje udzielały mu pomocy. 

Szantażyści i bandyci

Oprócz współpracy – nazwijmy to politycznej – istniał jeszcze inny jej wymiar. Leszek Kistelski zeznał z 10 czerwca 1950 r.: „Na przestrzeni pierwszej połowy 1944 r. Hrynkiewicz dokonał szeregu napadów rabunkowych”. Uczestniczyli w nich ludzie z Miecza i Pługa oraz podwładni Bondorowskiego. 

Napadano na ukrywających się bogatych Żydów i szantażowano ich. Tym Żydom wcześniej komuniści organizowali „bezpieczne” mieszkania. Adresy znał Hrynkiewicz. Na Saskiej Kępie podczas napadu jednego zabito. 

Jak zeznał Kistelski, Hrynkiewicz chciał też dokonać „skoku” na mieszkanie przedwojennego ministra Czesława Klarnera. Uważano go za bogatego, w dodatku kierował departamentem budżetowym Delegatury Rządu RP na Kraj. Kistelski zeznał, że Hrynkiewicz chciał Klarnera nie tylko obrabować, ale też „zlikwidować”. Do napadu nie doszło, bo cel zachorował i trafił do szpitala.

Napady rabunkowe, w których uczestniczył Hrynkiewicz, nie były tajemnicą dla towarzyszy z sowieckiego wywiadu, skoro wiedział o nich Czesław Skoniecki. „Nigdy np. nie wyrażałem zgody na branie udziału przez Hrynkiewicza w akcjach szantażowania i rabowania Żydów” – zeznawał (28 lutego 1955 r.). Hrynkiewicz tłumaczył, że napadał, gdyż w ten sposób kamuflował się przed szefami Miecza i Pługa, którzy takie napady zlecali. Sprawa wydaje się jednak bardziej skomplikowana. Niektórzy współpracownicy Hrynkiewicza zarzucali mu antysemityzm. Nie można też wykluczyć, że Hrynkiewicz z Bondorowskim uprawiali najzwyklejszą „bandytkę”.

Dajcie mi Moskwę!

Jak twierdził Skoniecki, na skutek nalegań Hrynkiewicza doprowadził do jego spotkania z ówczesnym sekretarzem PPR towarzyszem Pawłem Finderem. W czasie tego spotkania Hrynkiewicz domagał się, aby oddać go do dyspozycji Mariana Spychalskiego 

 

(kierującego wywiadem AL). Finder odmówił, twierdząc, że Spychalski pełni odpowiedzialną funkcję w partii. Hrynkiewicz wysunął kolejne żądanie: chciał mieć bezpośredni kontakt z „kierownictwem wywiadu radzieckiego”. Proponował, aby wysłannik wywiadu spotkał się z nim w Turcji albo żeby przysłano po niego samolot, który zabrałby go do Moskwy. Były to żądania niesłychane, świadczące albo o megalomanii Hrynkiewicza, albo o posiadaniu wywiadowczych informacji, których nie doceniali Skoniecki i Ritter. Hrynkiewicz cenił się: „Znałem podziemie ze wszystkimi zagrywkami i konszachtami, zarówno całych organizacji, jak i grup organizacji i jednostek” (zeznanie z 27 X 1948 r.). Finder w milczeniu wysłuchał Hrynkiewicza, a potem zalecił Skonieckiemu „specjalną ostrożność w pracy z Hrynkiewiczem”. 

Skoniecki zapewniał, że Hrynkiewicz nie pytał go o zgodę na nawiązanie kontaktu z gestapo. „Postawił mnie przed faktem dokonanym” – twierdził i odżegnywał się od przypuszczenia, że akceptował współpracę NKWD z ludźmi hitlerowskiej tajnej policji. Przyznał jednak, że dzięki kontaktom Hrynkiewicza z gestapo mieli informacje o zamierzonych aresztowaniach i o planowanych „łapankach”. Jak to zatem interpretować? Dziś wydaje się, że można to wytłumaczyć. W czasie wojny robi się różne, parszywe nawet rzeczy, bo przecież cel uświęca środki. Dla komunistów w Warszawie głównym wrogiem była AK. Gra toczyła się bowiem o wyeliminowanie liderów Polski Podziemnej, czyli o władzę po klęsce Niemców. 

Nadał im Roweckiego

Ritter i Skoniecki wiele sobie obiecywali po współpracy z Hrynkiewiczem. Już na początku podał im niezwykle interesującą wiadomość. Ritter podczas przesłuchania z 26 lutego 1955 r. wspominał: „Hrynkiewicz podawał różne wiadomości o »Grocie« z ZWZ” (Związek Walki Zbrojnej, wcześniejsza nazwa AK – przyp. red.). Ritter powiadomił o tym Skonieckiego. Ten, przesłuchiwany dwa dni później, zeznał: „Jastrzębski poinformował mnie, że Hrynkiewicz ma pewne wiadomości o podziemiu reakcyjnym i spotyka się z Roweckim”. Skoniecki przekazał więc przez Rittera do Hrynkiewicza: „propozycję przystąpienia do pracy wywiadowczej”.

„Po pewnym czasie zetknąłem się bezpośrednio z Hrynkiewiczem, który udzielił mi informacji, że ma dostęp do Roweckiego i grupy ZWZ, wokół którego skupiają się różne wywiady, przy czym pamiętam, że wspominał również (...) o wywiadach angielskim i włoskim – wyjaśniał Skoniecki. – Na pierwszym spotkaniu moim z Hrynkiewiczem postawiłem przed nim zadanie w związku z informacją Hrynkiewicza o możliwości dotarcia do Roweckiego, aby starał się dostać do tej grupy i przekazywał stamtąd informacje. W pewnym okresie czasu Hrynkiewicz wysunął wobec mnie propozycję zlikwidowania Roweckiego, na co jednak po przekonsultowaniu tej sprawy, zarówno z kierownictwem Partii (ostatnie słowo dopisano ołówkiem – A.G.), jak i drogą radiową z Moskwą, nie wyraziłem zgody. Hrynkiewicz ustosunkował się bardzo krytycznie do tej decyzji, uważał ją za niesłuszną, ale podporządkował się”.

Historyczna amnezja

Fragment tego kompromitującego Hrynkiewicza zeznania – opuszczając zdanie, że Skoniecki kazał mu dostać się do otoczenia Roweckiego – opublikował po raz pierwszy Piotr Gontarczyk w książce „Polska Partia Robotnicza. Droga do władzy. 1941–1944”. Tymczasem w metryczce akt są nazwiska tych, którzy czytali te zeznania znacznie wcześniej: m.in. Andrzej Werblan, Andrzej Garlicki, Leszek Żebrowski. Najwidoczniej ich nie zainteresowało, że Hryniewiecki chciał „zlikwidować” Komendanta Głównego AK, a Skoniecki „konsultował” to z Moskwą. Powstaje też pytanie, czy Skoniecki mówił prawdę, że Moskwa nie dała zgody na „likwidację” dowódcy AK. A także, czy Hrynkiewicz, mając tak rozległe możliwości „sprzedania” Roweckiego Niemcom i autentycznie nienawidząc AK, nie skorzystał z tego sam. 

W aktach sprawy Hrynkiewicza nie ma żadnego protokołu, w którym przesłuchujący pytaliby go o to, skąd miał informacje o gen. Roweckim. Także sam Hrynkiewicz (który prezentował siebie jako nieustępliwego bojownika walczącego z „reakcją”, również przy pomocy gestapo) nigdy nie pochwalił się rozpracowaniem wroga nr 1, czyli Komendanta Głównego AK. Brak takich zeznań da się wytłumaczyć tylko w jeden sposób: były, tylko zostały ukryte, a może nawet zniszczone. W ostatnim tomie akt śledztwa znajduje się „Postanowienie” z 1 września 1955 r., sporządzone przez oficera śledczego MBP Adama Adamuszka, który wyłączył z akt sprawy protokoły zeznań z 2 września i 17 grudnia 1949 r. oraz z 17 i 25 stycznia 1950 r., a także z 25 września 1950 r., jako „nie pozostające w związku ze stawianymi zarzutami podejrzanemu Hrynkiewiczowi”. Nie wiadomo, co zawierały te protokoły. Może, jeśli ocalały, znajdują się teraz gdzieś w IPN.

Śladem kobiety

W sprawie aresztowania Roweckiego – w związku z Hrynkiewiczem pojawiają się bardzo niepokojące tropy. „Zainteresowanie naszego kontrwywiadu budziła również osoba niejakiego Borysa Smysłowskiego, »białego« emigranta, oficera niemieckiego wywiadu wojskowego na Wschód. Smysłowski i związany z nim Bondorowski usiłowali, jak nam było wiadomo – otaczać opieką rozwiedzioną żonę generała Roweckiego. Kilka spotkań, jakie odbył gen. »Grot« ze swą byłą żoną, kontrolowano starannie i ubezpieczano w celu sprawdzenia, czy gestapo nie usiłuje ewentualnie dojść do niego po tych śladach, bez wiedzy i wbrew woli p. Roweckiej, nieświadomej prawdziwych pobudek niektórych swych znajomych” – pisał Bernard Zakrzewski „Oskar” w artykule „Kto wydał Niemcom generała »Grota«” („Stolica” 29/1957). „Oskar” to szef kontrwywiadu  KG AK, mającego m.in. chronić komendanta Armii Krajowej.

 

Generał Rowecki był rozwiedziony (lub tylko pozostawał w separacji) z drugą żoną Eugenią. Po wojnie zapewniała, że rozwód był fikcyjny. Jest to co najmniej półprawda. Otóż generał od wiosny 1939 r. miał romans z młodą dziewczyną Haliną „Tymińską”. W 1940 r. zamieszkał z nią w domu przy ul. Topiel na Powiślu. Kiedy ujawniłem to po raz pierwszy (za cichą zgodą córki generała) w „Przeglądzie Tygodniowym”  w 1983 r., wybuchła burza. Kombatanci oburzali się, że naruszona została intymna sfera człowieka. Nie było to takie proste. Jak wynika z różnych relacji, żona Roweckiego nie chciała pogodzić się z tym, że została porzucona. Potrafiła np. wtargnąć do lokalu, gdzie trwała odprawa sztabu  KG AK, i zrobić generałowi taką awanturę, że oficerowie musieli uciekać. Zastanawiano się, czy żony nie trzeba będzie zlikwidować, ale Rowecki kategorycznie zabronił nawet myśleć o tym. 

Na Powiślu

„Badacze” z MSW kpt. mgr M. Kozłowski i por. mgr W. Król pisali w dokumencie z 1966 r. (dotyczącym śmierci marszałka Rydza-Śmigłego), że ze znanym już nam Borysem Smysłowskim kontaktował się Stefan Witkowski, kierujący organizacją wywiadowczą „Muszkieterowie”. „Spotykał się też ze współpracownikiem płk. Smysłowskiego, kpt. Włodzimierzem Bondorowskim, kochankiem żony gen. Stefana Grota-Roweckiego” – napisali „naukowcy” z MSW. Jeśli nawet przesadzali, to nie ulega wątpliwości, że Bondorowski znał eksżonę generała, a przecież był kumplem Hrynkiewicza od biesiad, napadów i kontaktów z gestapo. Znajomość ta wydaje się więc wyjątkowo niebezpieczna.

Kiedy wspomniany dokument został opublikowany w „Karcie” (14/1994), nie wzbudził żadnego zainteresowania. Poszedłem do córki generała. Powiedziała, że nie wie, czy to prawda, bo jej macocha miała własne życie, spotykały się rzadko. Szef kontrwywiadu KG AK „Oskar”, pytany wiele lat wcześniej, na czym polegała „opieka” byłych carskich oficerów – współpracowników niemieckiej Abwehry – w stosunku do Eugenii Roweckiej, odpowiedział enigmatycznie, że załatwiali jej pracę, pożyczali pieniądze. 

Jest jeszcze coś bardzo niepokojącego. To adresy. Rowecki mieszkał m.in. na ul. Topiel, Smysłowski na ul. Radnej (po aresztowaniu Roweckiego zmienił adres na ul. Belwederską), Bondorowski przy ul. Bartoszewicza. Tam odbywały się spotkania z Birknerem i Hrynkiewiczem. Te ulice znajdują się obok siebie na Powiślu. Może więc ktoś (Bondorowski, Hrynkiewicz?) dowiedział się, że Rowecki mieszka w okolicy i chodzi do mostu, aby tramwajem dojechać do Śródmieścia? Potem wystarczyło tylko przekazać taką informację gestapowcom, którzy kazali złamanemu przez nich Eugeniuszowi Świerczewskiemu, znającemu generała z dawnych lat, aby wypatrywał go na Powiślu. Tak więc prawdą może być, że Świerczewski śledził generała (jak twierdził konfident gestapo Ludwik Kalkstein, z którego siostrą ożeniony był Świerczewski) od Powiśla i szedł za nim aż do wejścia do domu przy ul. Spiskiej. Po czym zatelefonował po Niemców. 

Dziwne byłoby, gdyby Hrynkiewicz i Bondorowski, działający przecież bez skrupułów, nie skorzystali z możliwości, by donieść Niemcom w sprawie „Grota”. A najwyraźniej mieli ku temu oka-zję. Taka teza może komuś się nie spodobać, ale ślady denuncjacji wyraźnie wiodą do bohatera komunistycznych tajnych służb Bogusława Hrynkiewicza.