W lipcu prestiżowe czasopismo naukowe „Science” opublikowało wyniki badań, które pokazują, jak komputery zmieniły funkcjonowanie ludzkiej pamięci. Dr Betsy Sparrow z Uniwersytetu Columbia z dr. Danielem Wegnerem z Harvardu poprosili dwie grupy osób, aby zapamiętały szereg faktów. Pierwsza mogła zapisać je w komputerowych plikach, drugiej powiedziano, że pliki zostaną usunięte. Kiedy badanych poproszono o odtworzenie faktów, pierwsza grupa poradziła sobie z tym słabo – ale za to pamiętała dobrze, w którym folderze zostały zapisane (czyli gdzie je znaleźć). Druga grupa – która nie mogła liczyć na zewnętrzny „bank” pamięci – zapamiętała informacje. „To sugeruje, że informacji, które możemy znaleźć w internecie, nie zapamiętujemy. Traktujemy go jak zewnętrzny magazyn wiedzy” – twierdzi dr Sparrow. „Nie sądzę, że Google robi z nas idiotów. Po prostu zmienia się sposób, w jaki zapamiętujemy rzeczy”. Zmienia – ale nie w szkole. Zwłaszcza w polskiej, która zdaniem ekspertów, duchem tkwi jeszcze w XIX stuleciu. „Szkoła ma problem w każdym kraju, ale u nas szczególny” – mówi Lechosław Hojnacki, wykładowca w Kolegium Nauczycielskim w Bielsku-Białej, czyli nauczyciel nauczycieli. „Widać to nawet w języku. U nas mówi się o »nauczaniu« a nie o uczeniu się, oraz o »materiale«, który trzeba opanować, utrwalić i rozliczyć egzaminem. W tym, jak mówimy o szkole, zawiera się jej model”.

Uczeń z taśmy produkcyjnej

Dlaczego jest tak źle? Bo szkoła jest bardzo starą instytucją i bardzo wolno się zmienia. Gimnazjony istniały już w starożytnej Grecji, chociaż różniły się od dzisiejszych szkół. Taka, jaką my znamy, została wynaleziona gdzieś w okolicach XVII w. Jej modelem były holenderskie (i szerzej, północnoeuropejskie) szkoły podstawowe – a Holendrzy byli wtedy najbogatszym i najlepiej wykształconym narodem na świecie. Były to, jak pisze historyk Jonathan I. Israel, duże pomieszczenia z  grupkami uczniów podzielonymi według płci i wieku (to zalążek klas). „Dzieci uczyły się głównie na pamięć z abecadła, zaczynając od liter alfabetu. Zadaniem nauczyciela było przede wszystkim organizowanie tych grup, utrzymanie porządku, słuchanie, jak uczniowie czytają, oraz upewnienie się, że modlitwy, psalmy oraz pytania i odpowiedzi z katechizmu zostały wykute na pamięć. Nauka w znaczeniu tłumaczenia i opisu rzadko się pojawiała”.

Pierwsze nowoczesne gimnazjum założył w Polsce, w Lesznie, czeski humanista i edukator Jan Amos Komensky, który schronił się u nas przed prześladowaniami religijnymi i politycznymi. Swoją wizję szkoły wyłożył w dziele pod wymownym tytułem „Wielka Dydaktyka, obejmująca sztukę uczenia wszystkich wszystkiego, czyli pewny przewodnik do zakładania we wszystkich gminach, miastach i wsiach każdego chrześcijańskiego państwa takich szkół, izby w nich cała młodzież obojga płci, bez wyjątku, mogła pobierać nauki, kształtować obyczaje, wprawiać się do pobożności i tak w latach dojrzewania przysposabiać do wszystkiego, co przydatne dla teraźniejszości i przyszłego żywota, a to w sposób szybki, przyjemny i gruntowny”. Gruntowny – być może. Ale przyjemny? To Komensky wynalazł lekcje i klasy, jakie znamy. Ale nauka nadal była pamięciowa. „Podstawowa edukacja dla wszystkich, szkoły utrzymywane przez państwo, podręczniki dla każdego dziecka, programy nauczania takie same dla każdego.

Przedmioty. Lekcje. Przerwy. (…) Przypomina [to] taśmę produkcyjną: uczniowie jadą po niej jeden za drugim, w tym samym tempie, a szkoła wkłada im do głowy kolejne porcje wiedzy, każdemu to samo” – uważa fizyk Kenneth G. Wilson, noblista, którego powołaniem życiowym jest reforma edukacji. „Taki model szkoły, z dzwonkami, lekcjami równej długości, był przystosowany do świata industrialnego” – wtóruje mu Witold Kołodziejczyk, twórca i dyrektor fundacji Collegium Futurum, propagator nowoczesnych metod nauczania. „Taka szkoła miała sens w XIX w., bo przygotowywała do pracy w fabryce. Dziś nie przygotowuje uczniów do pracy w organizacji korporacyjnej, która jest oparta na realizowaniu kolejnych projektów, ani do świata, w którym wiedza przypomina nieustannie zmieniający się internetowy hipertekst”.

Może zlikwidować?