Pierwsze zlecenie otrzymał już wkrótce, trzeba było zlikwidować pewnego urzę̨dnika z neapolitańskiego magistratu. Facet miał na nazwisko Falzani i był nikim. Po prostu nikim. Leko nie chciał uwierzyć, że chodzi o zwykłego urzę̨dasa niskiej rangi, ale postanowił nie drążyć sprawy. Dostał zlecenie i już. Jednak ten, który owo zlecenie przekazał, sam w końcu puścił, najwidoczniej poruszyło go zdziwienie, jakie dostrzegł w oczach snajpera.


Wytłumaczył, że Falzaniemu nie podoba się proceder składowania śmieci w grotach pod Neapolem. Nikomu to dotychczas nie przeszkadzało, policja przymykała oczy na ciężarówki wiozą̨ce trefny towar przez Neapol, ale urzę̨dnik postanowił ratować miasto przed ekologiczną katastrofą. Czy nigdy nie czytał gazet? Czy nie miał pojęcia, że śmiecie to bardzo atrakcyjny towar, na którym majątek robi najbardziej znana firma neapolitańska, Camorra? Gdyby władze kraju tak bardzo chciały pokrzyż̇ować plany tej organizacji, to policja zatrzymywałaby ciężarówki już̇ na północy Włoch. Bo to z Mediolanu i Turynu śmiecie wędrowały do Neapolu, gdzie wyrzucano je na okoliczne pola. Oczywiście, nikt nie troszczył się o to, aby je w jakikolwiek sposób utylizować, ten problem zostawiano następnym pokoleniom. I tak to działało przez lata, aż̇ tu nagle jakiś Falzani postanowił rzucić Camorrze wyzwanie. Zaczą̨ł spotykać się z szefami miejskiej policji i wysyłać raporty do prokuratora. Ten zaś, chcąc nie chcą̨c, był zmuszony udawać, że coś z tym robi. A udawanie czasami przeradza się w całkiem skuteczne działanie. Zaś śmieciowy biznes przynosił zyski liczone w miliardach euro.


Jeden z klanów Camorry, Pavone, uznał, że czas zakończyć tę nadgorliwą działalność urzędnika i odesłać pana referenta do wymiaru, w którym będzie mógł sobie zaprowadzić porzą̨dek bez żadnych przeszkód. Bo, jak obiecuje Ewangelia, tam w górze prawo cieszy się̨ szacunkiem i wszyscy przestrzegają̨ odwiecznych norm. Neapol też ma swoje normy, tyle że Falzani nie chce się do nich dostosować.


Tymczasem on sam zupełnie nie przeczuwał zagroż̇enia i – go godzinach sumiennie wykonywanej pracy – oddawał się̨ swej pasji, operze. Kiedy tylko mógł i na ile pozwalała mu skromna pensja, odwiedzał sławne Teatro San Carlo. Kiedy nie mógł, słuchał płyt w domu. W dniu, w którym miało dojść do spotkania Leko i Falzaniego, urzę̨dnik wybierał się do świątyni śpiewu koloraturowego. Poprzedniego wieczora odśwież̇ył garnitur, wyprasował koszulę i wyją̨ł z szafy najpię̨kniejszy ze swych krawatów. Wrócił z pracy, przebrał się, po czym pojechał taksówką do opery.


Nie miał najlepszego miejsca. Z loż̇y na najwyż̇szym balkonie widok był kiepski, ale znakomita akustyka najstarszego teatru w Europie wynagradzała ten niedostatek. Siedział w loży sam, a jako samotnik, bardzo lubił przeżywać pię̨kne chwile z dala od bliźnich.


Dla Leko była to niezwykle korzystna okoliczność. Postanowił zakłócić muzyczną przygodę̨ Falzaniego pod koniec spektaklu. Tak, aby urzę̨dnik swe ostatnie chwile speędził na czymś, co tak bardzo kochał. Tego wieczoru wystawiano Toscę Pucciniego. Falzani oglądał tę̨ operę̨ być moż̇e po raz setny. Leko miał okazję̨ obcowania z twórczością̨ kompozytora z Lukki po raz pierwszy. Na scenie Tosca właśnie podeszła do ciała swego kochanka, malarza Cavaradossiego. Była pewna, że malarz żyje, bo prefekt rzymskiej policji, Scarpia, zapewnił ją̨, że zaplanowana egzekucja nie bę̨dzie prawdziwa. Obiecał zachować Cavaradossiego przy życiu za cenę̨ czci Toski. Nic nie podejrzewają̨ca kobieta śpiewała radosną̨ pieśń, zbliżają̨c się do ukochanego.


Falzani takż̇e nie zdawał sobie sprawy, ż̇e zawisł mię̨dzy niebem a ziemią. Wsłuchując się w dźwieki pięknej muzyki, patrzył na gigantyczne malowidło zdobią̨ce sufit opery. Było to dzieło neapolitańczyka Giuseppe Cammarano przedstawiajaące Apolla i Minerwę w otoczeniu najwię̨kszych poetów staroż̇ytności. To był ostatni obraz, jaki Falzani zobaczył w czasie swego niespełna czterdziestoletniego ż̇ycia. Być może nawet nie poczuł, gdy kula wystrzelona z beretty, przebiła mu mózg.


Tosca zorientowała się, że Scarpa ją̨ oszukał. Rzuciła się z murów Zamku Świętego Anioła i zginę̨ła na miejscu.


*****


Wiedziała, że niecierpliwie czeka na telefon. Zadzwoniła wieęc wkrótce po powrocie do Amsterdamu. Ucieszył się, przyznał, ż̇e nawet na chwilę̨ nie wyłą̨czał komórki, żeby nie przegapić telefonu od niej.


— Powiesz mi, o co tak naprawdę w tym wszystkim chodzi? — zapytał.


— Przecież znasz całą̨ prawdę — odparła.


— Podejrzewam, że nie znam nawet jeden setnej całości.


— A moż̇e za duż̇o chciałbyś wiedzieć? Czasami prawda bywa niebezpieczna.


— Niebezpieczeństwo to codzienność mojej pracy, jestem policjantem.


Zaśmiała się. — Myślisz, ż̇e kobiety lubią takie deklaracje? Nie wszystkie lecą̨ na komandosów.


— Tak właśnie myślę̨, moż̇e jestem naiwny. Słuchaj, to przecież̇ ty zadzwoniłaś...


— Bo prosiłeś, a ja wcale nie jestem pewna, czy powinieneś się w to mieszać.


— Wybór pozostaw mnie, to ja decyduję, w co mam się mieszać — odparł twardym głosem, choć cały drżał. Zapowiadało się coś wielkiego.


Westchnę̨ła. — Dobrze wię̨c, słuchaj. Ale to dość skomplikowana historia.


— Nie jestem taki głupi, na jakiego wyglą̨dam.


— Kokiet z ciebie, jak większość mężczyzn. Nie traćmy czasu, sprawa wyglą̨da tak: mój mąż przyjechał do Gdańska, ż̇eby spotkać się̨ z pośrednikiem, który miał sprzedać Rembrandta.


— Dlaczego chcieliście się̨ go pozbyć? Znaczy obrazu, nie pośrednika.


— W tej kwestii żadne „my” nie istnieje. To mąż chciał. Traktował to dzieło jak lokatę̨ kapitału, z której wreszcie można było wyciągnąć wielkie pienią̨dze.


Mowa o milionach euro. Uznał, ż̇e skoro pojawia się kupiec gotów zapłacić naprawdę̨ duż̇o...


— Kto był tym kupcem?


— Nie mam pojęcia, wiem tylko, ż̇e chodziło o Rosjanina. A moż̇e Gruzina? Ja tam ich nie odróżniam...


W każdym razie jakiś naftowy baron z byłego Zwią̨zku Radzieckiego.


Przetarł czoło, na które wystą̨piły krople potu, plecy miał już zupełnie mokre. — I co, spotkał się̨ z tym pośrednikiem? Znasz jego nazwisko? — spytał.


— Nic nie wiem. Pascal nie chciał mi zdradzić szczegółów tej transakcji. A teraz, nawet gdyby chciał, nic nie powie.


— Ale to się nie trzyma kupy. Dlaczego ktoś miałby zabijać twego męż̇a na zupełnie wstępnym etapie tego gigantycznego dealu? Przecież̇ nie przywiózł obrazu do Gdańska...


— Oczywiście, że nie przywiózł, cały czas wisi na ścianie w moim domu. O ile wiem, miał negocjować cenę̨ i sposób przekazania obrazu.


— No, to jakiś absurd. Myślisz, ż̇e zabójca działał na zlecenie kupują̨cego?


— Ty mi powiedz...


— Jeśli rzeczywiście tak było, to... Adriana, teraz ty jesteś zagrożona.


Przez chwilę̨ milczała, szukają̨c w myślach właściwej odpowiedzi. — Mój dom jest dobrze strzeż̇ony... Nie są̨dzę̨, żeby coś mi groziło. Moż̇e mój mąż stanowił niepotrzebne ogniwo? Ostatecznie, w sensie formalnoprawnym, to ja jestem właścicielką obrazu. Odziedziczyłam go.


— Ale nie chcesz sprzedać.


— Powiedzmy, że zmieniłam zdanie. Po śmierci Pascala nie jestem w stanie na niego patrzeć. Poza tym, potrzebuję pienię̨dzy.


— Ale nie zamierzasz dobijać targu z tamtymi ludzmi? Przecież̇ to potencjalni mordercy twojego męża.


— Och, jest wielu chę̨tnych gotowych zapłacić duż̇e pienią̨dze za Rembrandta. Nieznanego Rembrandta. Ale ja umawiam się na spotkanie właśnie z tamtymi.


— Dlaczego?


— Pomyśl...


— Nie mam pojęcia.


— Spotykam się z nimi w Gdańsku za dwa dni.


Olśniło go: — Chcesz, żebyśmy ich zatrzymali? To ma być pułapka?


— Być może. Ale pamię̨taj, przyjadą̨ tylko płotki.


— Skoro nie można mieć wieloryba...


— Zrób z tą̨ wiedzą̨, co chcesz. Ja przyjadę̨, oni z pewnością też̇. Nie wykluczam, że bę̨̨ miała ze sobą̨ Rembrandta.


— To przecież szaleństwo. Takich dzieł nie wozi się ze sobą̨, to nie bagaż̇ podrę̨czny.


— Ale nikt nie wie, że to Rembrandt. Nawet jeśli jakimś cudem zostanę̨ zatrzymana przez straż̇ graniczną̨, powiem, ż̇e to dzieło zupełnie bez wartości.  Uwierzą.


— Skoro chcesz, aby policja ich zatrzymała, to po ci ten Rembrandt w Gdańsku? W areszcie śledczym nie przeprowadza się̨ takich transakcji.


— Pamię̨taj, to, co zrozumiałeś z naszej rozmowy, to tylko twoje domysły. A może ten Rembrandt nie istnieje? Moż̇e przywiozę̨ coś, co udaje wielkie dzieło? Tak czy inaczej, godzina zero czyli czternasta za dwa dni. Miejsce akcji: „Cafe Ferber”, ulica Długa. Zapamię̨tałeś?


Szczepanowski pokiwał głową. Wiedział, ż̇e nie ma sensu odpowiadać, bo Holenderka się̨ rozłą̨czyła.










Zemsta Fahrenheita (fragment)




Pierwsze zlecenie otrzymał już wkrótce, trzeba było


zlikwidować pewnego urzędnika z neapolitańskiego ma-


gistratu. Facet miał na nazwisko Falzani i był nikim.


Po prostu nikim. Leko nie chciał uwierzyć, że chodzi


o zwykłego urzędasa niskiej rangi, ale postanowił nie


drążyć sprawy. Dostał zlecenie i już. Jednak ten, który


owo zlecenie przekazał, sam w końcu puścił w końcu,


najwidoczniej poruszyło go zdziwienie, jakie dostrzegł


w oczach snajpera. Wytłumaczył, że Falzaniemu nie po-


doba się proceder składowania śmieci w grotach pod


Neapolem. Nikomu to dotychczas nie przeszkadzało,


policja przymykała oczy na ciężarówki wiozące tref-


ny towar przez Neapol, ale urzędnik postanowił rato-


wać miasto przed ekologiczną katastrofą. Czy nigdy


nie czytał gazet? Czy nie miał pojęcia, że śmiecie to


bardzo atrakcyjny towar, na którym majątek robi naj-


bardziej znana firma neapolitańska, Camorra? Gdyby


władze kraju tak bardzo chciały pokrzyżować plany tej


organizacji, to policja zatrzymywałaby ciężarówki już


na północy Włoch. Bo to z Mediolanu i Turynu śmiecie


wędrowały do Neapolu, gdzie wyrzucano je na okolicz-


ne pola. Oczywiście, nikt nie troszczył się o to, aby je


w jakikolwiek sposób utylizować, ten problem zosta-


wiano następnym pokoleniom. I tak to działało przez


lata, aż tu nagle jakiś Falzani postanowił rzucić Camor-


rze wyzwanie. Zaczął spotykać się z szefami miejskiej


policji i wysyłać raporty do prokuratora. Ten zaś, chcąc


nie chcąc, był zmuszony udawać, że coś z tym robi.


A udawanie czasami przeradza się w całkiem skuteczne


działanie. Zaś śmieciowy biznes przynosił zyski liczone


w miliardach euro.


Jeden z klanów Camorry, Pavone, uznał, że czas za-


kończyć tę nadgorliwą działalność urzędnika i odesłać


pana referenta do wymiaru, w którym będzie mógł so-


bie zaprowadzić porządek bez żadnych przeszkód. Bo,


jak obiecuje Ewangelia, tam w górze prawo cieszy się


szacunkiem i wszyscy przestrzegają odwiecznych norm.


Neapol też ma swoje normy, tyle że Falzani nie chce się


do nich dostosować.


Tymczasem on sam zupełnie nie przeczuwał zagro-


żenia i – go godzinach sumiennie wykonywanej pra-


cy – oddawał się swej pasji, operze. Kiedy tylko mógł


i na ile pozwalała mu skromna pensja, odwiedzał sławne


Teatro San Carlo. Kiedy nie mógł, słuchał płyt w domu.


W dniu, w którym miało dojść do spotkania Leko


i Falzaniego, urzędnik wybierał się do świątyni śpiewu


koloraturowego. Poprzedniego wieczora odświeżył gar-


nitur, wyprasował koszulę i wyjął z szafy najpiękniej-


szy ze swych krawatów. Wrócił z pracy, przebrał się, po


czym pojechał taksówką do opery.


Nie miał najlepszego miejsca. Z loży na najwyższym


balkonie widok był kiepski, ale znakomita akustyka naj-


starszego teatru w Europie wynagradzała ten niedosta-


tek. Siedział w loży sam, a jako samotnik, bardzo lubił


przeżywać piękne chwile z dala od bliźnich.


Dla Leko była to niezwykle korzystna okoliczność.


Postanowił zakłócić muzyczną przygodę Falzaniego pod


koniec spektaklu. Tak, aby urzędnik swe ostatni chwile


spędził na czymś, co tak bardzo kochał. Tego wieczoru


wystawiano Toscę Pucciniego. Falzani oglądał tę ope-


rę być może po raz setny. Leko miał okazję obcowania


z twórczością kompozytora z Lukki po raz pierwszy.


Na scenie Tosca właśnie podeszła do ciała swego


kochanka, malarza Cavaradossiego. Była pewna, że ma-


larz żyje, bo prefekt rzymskiej policji, Scarpia, zapew-


nił ją, że zaplanowana egzekucja nie będzie prawdziwa.


Obiecał zachować Cavaradossiego przy życiu za cenę


czci Toski. Nic nie podejrzewająca kobieta śpiewała ra-


dosną pieśń, zbliżając się do ukochanego.


Falzani także nie zdawał sobie sprawy, że zawisł


między niebem a ziemią. Wsłuchując się w dźwię-


ki pięknej muzyki, patrzył na gigantyczne malowidło


zdobiące sufit opery. Było to dzieło neapolitańczyka


Giuseppe Cammarano przedstawiające Apolla i Miner-


wę w otoczeniu największych poetów starożytności. To


był ostatni obraz, jaki Falzani zobaczył w czasie swe-


go niespełna czterdziestoletniego życia. Być może na-


wet nie poczuł, gdy kula wystrzelona z beretty, prze-


biła mu mózg.


Tosca zorientowała się, że Scarpa ją oszukał. Rzu-


ciła się z murów Zamku Świętego Anioła i zginęła na


miejscu.



*****


Wiedziała, że niecierpliwie czeka na telefon. Za-


dzwoniła więc wkrótce po powrocie do Amsterdamu.


Ucieszył się, przyznał, że nawet na chwilę nie wyłączał


komórki, żeby nie przegapić telefonu od niej.


— Powiesz mi, o co tak naprawdę w tym wszyst-


kim chodzi? — zapytał.


— Przecież znasz całą prawdę — odparła.


— Podejrzewam, że nie znam nawet jeden setnej


całości.


— A może za dużo chciałbyś wiedzieć? Czasami


prawda bywa niebezpieczna.


— Niebezpieczeństwo to codzienność mojej pracy, jestem policjantem.


Zaśmiała się. — Myślisz, że kobiety lubią takie de-


klaracje? Nie wszystkie lecą na komandosów.


— Tak właśnie myślę, może jestem naiwny. Słuchaj,


to przecież ty zadzwoniłaś...


— Bo prosiłeś, a ja wcale nie jestem pewna, czy po-


winieneś się w to mieszać.


— Wybór pozostaw mnie, to ja decyduję, w co


mam się mieszać — odparł twardym głosem, choć cały


drżał. Zapowiadało się coś wielkiego.


Westchnęła. — Dobrze więc, słuchaj. Ale to dość


skomplikowana historia.


— Nie jestem taki głupi, na jakiego wyglądam.


— Kokiet z ciebie, jak większość mężczyzn. Nie


traćmy czasu, sprawa wygląda tak: mój mąż przyjechał


do Gdańska, żeby spotkać się z pośrednikiem, który


miał sprzedać Rembrandta.


— Dlaczego chcieliście się go pozbyć? Znaczy ob-


razu, nie pośrednika.


— W tej kwestii żadne „my” nie istnieje. To mąż


chciał. Traktował to dzieło jak lokatę kapitału, z któ-


rej wreszcie można było wyciągnąć wielkie pieniądze.


Mowa o milionach euro. Uznał, że skoro pojawia się


kupiec gotów zapłacić naprawdę dużo...


— Kto był tym kupcem?


— Nie mam pojęcia, wiem tylko, że chodziło o Ro-


sjanina. A może Gruzina? Ja tam ich nie odróżniam...


W każdym razie jakiś naftowy baron z byłego Związku


Radzieckiego.


Przetarł czoło, na które wystąpiły krople potu, ple-


cy miał już zupełnie mokre. — I co, spotkał się z tym


pośrednikiem? Znasz jego nazwisko? — spytał.


— Nic nie wiem. Pascal nie chciał mi zdradzić


szczegółów tej transakcji. A teraz, nawet gdyby chciał,


nic nie powie.


— Ale to się nie trzyma kupy. Dlaczego ktoś miał-


by zabijać twego męża na zupełnie wstępnym etapie


tego gigantycznego dealu? Przecież nie przywiózł ob-


razu do Gdańska...


— Oczywiście, że nie przywiózł, cały czas wisi na


ścianie w moim domu. O ile wiem, miał negocjować


cenę i sposób przekazania obrazu.


— No, to jakiś absurd. Myślisz, że zabójca działał


na zlecenie kupującego?


— Ty mi powiedz...


— Jeśli rzeczywiście tak było, to... Adriana, teraz


ty jesteś zagrożona.


Przez chwilę milczała, szukając w myślach właści-


wej odpowiedzi. — Mój dom jest dobrze strzeżony...


Nie sądzę, żeby coś mi groziło. Może mój mąż stanowił


niepotrzebne ogniwo? Ostatecznie, w sensie formalno-


prawnym, to ja jestem właścicielką obrazu. Odziedzi-


czyłam go.


— Ale nie chcesz sprzedać.


— Powiedzmy, że zmieniłam zdanie. Po śmierci


Pascala nie jestem w stanie na niego patrzeć. Poza tym,


potrzebuję pieniędzy.


— Ale nie zamierzasz dobijać targu z tamtymi ludź-


mi? Przecież to potencjalni mordercy twojego męża.


— Och, jest wielu chętnych gotowych zapłacić duże


pieniądze za Rembrandta. Nieznanego Rembrandta. Ale


ja umawiam się na spotkanie właśnie z tamtymi.


— Dlaczego?


— Pomyśl...


— Nie mam pojęcia.


— Spotykam się z nimi w Gdańsku za dwa dni.


Olśniło go: — Chcesz, żebyśmy ich zatrzymali? To


ma być pułapka?


— Być może. Ale pamiętaj, przyjadą tylko płotki.


— Skoro nie można mieć wieloryba...


— Zrób z tą wiedzą, co chcesz. Ja przyjadę, oni


z pewnością też. Nie wykluczam, że będę miała ze sobą


Rembrandta.


— To przecież szaleństwo. Takich dzieł nie wozi się


ze sobą, to nie bagaż podręczny.


— Ale nikt nie wie, że to Rembrandt. Nawet je-


śli jakimś cudem zostanę zatrzymana przez straż gra-


niczną, powiem, że to dzieło zupełnie bez wartości.


Uwierzą.


— Skoro chcesz, aby policja ich zatrzymała, to po


ci ten Rembrandt w Gdańsku? W areszcie śledczym nie


przeprowadza się takich transakcji.


— Pamiętaj, to, co zrozumiałeś z naszej rozmowy,


to tylko twoje domysły. A może ten Rembrandt nie


istnieje? Może przywiozę coś, co udaje wielkie dzieło?


Tak czy inaczej, godzina zero czyli czternasta za dwa


dni. Miejsce akcji: „Cafe Ferber”, ulica Długa. Zapa-


miętałeś?


Szczepanowski pokiwał głową. Wiedział, że nie ma


sensu odpowiadać, bo Holenderka się rozłączyła.