Nissan właśnie pochwalił się zupełnie nowym samochodem. Tym razem jest to całkowicie elektryczny Nissan Leaf - czyli liść. Rzeczywiście jest jak liść zielony - nie emituje szkodliwych gazów, a prąd potrzebny do jego naładowania można przecież brać ze źródeł odnawialnych, czystych. Nissam Motoro Co., Ltd zaprezentował nowy samochód w Yokohamie. Nissan Leaf to średniej wielkości hatchback, którego karoseria została od zera zaprojektowana tak, aby była przystosowana do przechowywania akumulatorów litowo-jonowych. Samochód ten o wiele bardziej przypomina to, do czego jesteśmy dziś przyzwyczajeni. Nie jest dziwacznym klockiem z napędem elektrycznym. Jest samochodem osobowym, ale na prąd. Równie dobrze mógłby jeździć na benzynie, bo niczym szczególnym się nie wyróżnia. W tradycyjnej karoserii mieści się maszyneria, która na jednym ładowaniu pozwala przejechać ponad 160 km. To niby wciąż zbyt mało, aby pojechać na wakacje. Ale aż nadto, aby dotrzeć do pracy, a potem z niej wrócić i jeszcze trochę pomyszkować - na przykład odebrać dzieci ze szkoły lub pojechać na zakupy. Nissan zresztą sam zbadał konsumentów i dowiedział się, że zasięg 160 kilometrów satysfakcjonuje 70 procent badanych. Produkcja masowa tego auta auta i jego wejście na rynek mają nastąpić w marcu 2010 roku. Auto będzie dostępne od razu w USA, Europie i Japonii. Cena ma niewiele odbiegać od innych aut w tym segmencie. Design przypomina to, co Nissan od niedawna serwuje w salonach. Nissan modelem Leaf chce zaatakować rankingi sprzedaży. Gdy teraz sprzedaż samochodów obłożona jest licznymi opłatami za zanieczyszczenia środowiska, nabywcom aut elektrycznych rządy obiecują poważne ulgi przy zakupie. Bardzo możliwe, że dzięki temu auto Nissana będzie relatywnie tańsze niż konkurencja na benzynę i ropę. Akumulatory dostarczają 90 kW, silnik elektryczny samochodu ma moc 80kW i 280 Nm momentu obrotowego. To wystarczająco dużo, aby ten cichy pojazd stał się sprawnym, dynamicznym miejskim samochodem. Klientów ma zachęcić częsciowe rozwiązanie problemów z wielogodzinnym ładowaniem. Teraz wystarczy pół godziny przyspieszonego ładowania, aby załadować akumulatory na 70 procent. A pół godziny to często tyle, ile zajmuje nam zatankowanie benzyny połączone z wizytą w toalecie i konsumpcją na mijescu. Ładowanie normalnym napięciem sieciowym trwa z kolei osiem godzin. Akurat, żeby się porządnie wyspać w nocy, a rano mieć gotowy do jazdy wehikuł. W tym Nissanie serwis ma być dostępny przez internet 24 godziny na dobę przez cały rok via internet. Monitor pokładowy sam wyświetla ostrzeżenie o spadku poziomu naładowania baterii, sam także informuje o tym, że zbliżamy się do stacji szybkiego ładowania. W środku ma być mozliwość włączenia klimatyzacji telefonem komórkowym. Auto prawdopodobnie będzie także dostepne w Polsce. h.k.