Wrzesień 1937 r. Zakład złotniczy Karla Bluma przy Lilienstraße 34 w Monachium. Mężczyzna średniego wzrostu o pełnej twarzy i rudawej bródce odrywa właściciela od pracy. „Przepraszam bardzo, panie Blum, ale chciałbym obarczyć pana sprawą niecierpiącą zwłoki. Czy mógłby pan sprawdzić, czy ten piasek jest złotonośny?”. Nieznajomy tłumaczy, że piasek otrzymał od kolegi z Kanady, który chciałby go eksportować do Niemiec, aby wspomóc III Rzeszę. Blum nie dowierza, ale bierze się do pracy. Wkrótce przeciera oczy ze zdziwienia. Pod mikroskopem widzi złote kuleczki. W ciągu kolejnych dni Blum przeprowadził jeszcze kilka prób – zawsze z tym samym rezultatem. Przyciśnięty do muru nieznajomy stwierdził, że piasek pochodził nie z Kanady, lecz z rzeki Amper w pobliżu Prittlbach. Karl Blum nie chciał pakować się w kłopoty. O wizycie nieznajomego zawiadomił policję kryminalną, a sam zaczął prowadzić szczegółowy dziennik „sprawy Malchusa”, który przetrwał wojnę.

ŚMIERĆ OSZUSTOM

18 grudnia 1937 roku. Hotel Cztery Pory Roku w Monachium. Reichsführer SS Heinrich Himmler chodzi po pokoju w tę i z powrotem. Przed chwilą pod mikroskopem zobaczył coś, co mogło zmienić przyszłość III Rzeszy. „Czy to naprawdę czyste złoto?” – pyta z niedowierzaniem, oglądając preparat sporządzony z piasku z rzeki Amper. Inżynier Karl Malchus, odkrywca złoża, przytaknął. Chwilę wcześniej gorliwie zapewniał: „Sprawa jest pewna! Proszę się pozbyć wątpliwości. Gwarantuję to moją krwią – osiągniemy 50 gramów [złota] z tony [piasku]!”. W końcu Reichsführer podejmuje decyzję. Podchodzi do Malchusa i towarzyszącego mu złotnika Karla Bluma, który przygotował preparat. „Otrzymacie wszelkie wsparcie, którego potrzebujecie! Ale zaznaczam, zajmę się osobiście tym, kto mnie oszuka. Nie potrzebuję do tego pomocy państwa”. Jednocześnie Himmler obraca się w kierunku obecnego na spotkaniu SS-Gruppenführera Oswalda Pohla (późniejszego Obergruppenführera) i pokazuje gest, który mógł oznaczać tylko jedno: śmierć. Himmler nie rzucał słów na wiatr. Reichsführer zlecił Pohlowi zorganizowanie laboratorium dla Malchusa. Powstało w Dachau. Jednak nie w obozie koncentracyjnym, ale obok – w obozie ćwiczeniowym SS. Znajdowały się tam firmy podlegające SS, m.in. Loibl GmbH, produkująca... odblaski do rowerów. Jej dyrektor Hauptsturmführer Anton Loibl, były szofer Hitlera, miał być jedną z osób nadzorujących projekt Malchusa. Sam pomysłodawca został urzędnikiem osobistego sztabu Reichsführera. Podobną posadę wraz z pensją 400 RM [1 RM= 2,49 dolara; robotnik zarabiał w tym czasie ok. 160 RM miesięcznie] zaproponowano Blumowi. Choć złotnik odmówił, musiał dalej pracować przy projekcie. „Wycofanie się ze sprawy było niemożliwe, ponieważ można było od razu pomyśleć, że chcę sabotować przedsięwzięcie” – zanotował.

Naziści nie szczędzili pieniędzy na projekt. Kilkaset tysięcy marek to w przybliżeniu budżet biznesu Malchusa (za pierwsze zakupy odczynników Malchus i Blum zapłacili 700 RM, wyposażenie nowego laboratorium Bluma kosztowało 150 tys. RM). Dlaczego prominenci III Rzeszy zdecydowali się zainwestować spore pieniądze niemal w ciemno? Zawartość złota – a więc i zysk – deklarowana przez Malchusa (50 g w tonie) była wprost astronomiczna! Eksperymenty Bluma wykazywały skromniejsze, ale dalej pokaźne, 4–12 g. „Biorąc pod uwagę ówczesną wartość złota i wielkość jego wydobycia, eksploatacja złóż, z których Malchus dostarczał próbki, musiałaby być opłacalna, pod warunkiem że złoża takie rzeczywiście istniały – tłumaczy dr Maciej Madziarz z Instytutu Górnictwa Politechniki Wrocławskiej. – Warto przypomnieć, że 40 proc. ilości złota w dziejach ludzkości wydobyto w ciągu ostatnich 30 lat, a 85 proc. od roku 1900. Dopiero w latach 60. XX w. opracowano technologię umożliwiającą opłacalne odzyskiwanie złota z rud o zawartości niższej od 3g/Mg, zaś w początkach lat 90. XX w. zawartość złota w urobku kopalń podziemnych wynosiła ok. 5–6 g na tonę”. Co więcej, nie można wykluczyć złotonośności rzeki Amper. „Okruchowe złoża złota występują bowiem właśnie w osadach piaszczysto-żwirowych rzek, gdzie ziarna złota nanoszone i deponowane były przez wodę w wyniku erozji jego złóż pierwotnych (np. eksploatowane historycznie w okolicach Legnicy, Złotoryi i Płóczek złoża okruchowe doliny rzeki Kaczawy)” – komentuje dr Madziarz. 

Malchus ze swoim „złotonośnym pomysłem” był dla nazistów darem niebios. III Rzesza desperacko potrzebowała pieniędzy na przygotowania do wojny. Suma wydatków na zbrojenia i utrzymanie armii w roku budżetowym 1938/1939 wyniosła 18,4 mld marek (58 proc. wydatków!). Na posiedzeniu Rady Obrony Rzeszy 18 listopada 1938 r. Hermann Göring przyznał, że „położenie finansowe Rzeszy jest bardzo napięte”. Od 1936 r. wdrażano w życie plan czteroletni zakładający m.in. bezprecedensowy rozwój armii. Dewizy i rezerwy złota były potrzebne przede wszystkim na sprowadzenie z zagranicy surowców m.in. rudy żelaza, wolframu i manganu do hartowania stali, ropy oraz kauczuku. Pomysł, aby pieniądze uzyskać z wydobywanego złota, nie był nowy. Po I wojnie zdobywca Nagrody Nobla w dziedzinie chemii prof. Fritz Haber proponował, aby reparacje spłacać kruszcem pozyskanym z wody morskiej. Jego badania zakończyły się jednak fiaskiem. 30-letni Malchus nie był więc nowatorem. Jego dobre zamiary uwiarygodniała opowieść, że uciekł z Wielkiej Brytanii, by przekazać rodakom tajemnice wytopu nowego typu stali, nad którą tam pracował.

LABORATORIUM DACHAU

 

Laboratorium rozpoczęło działalność w styczniu 1938 r. „Malchus sam nie pracuje – zanotował Blum. – Ze swoją potężną teczką na dokumenty pod ręką wydaje mi tylko polecenia”. Metodę chemicznego odzysku złota z piasku na skalę przemysłową opracował więc nie Malchus, lecz Blum... Okazało się, że „inżynier” nie potrafił wykonać nawet rysunku technicznego! Zgodnie z sugestią Bluma na miejscu zbudowano wieżę o pojemności 6 m sześc. – w środku znajdował się wodny roztwór cyjanku potasu. Do wieży wprowadzano zmielony piasek, a jej zawartość była nieustannie poruszana przez dysze ze sprężonym powietrzem. Po paru dniach roztwór miał przepływać przez drewniane kadzie z wiórami cynkowymi. „Pomysł Bluma, choć nie nowatorski, sprawdziłby się w praktyce – zapewnia dr Ewa Rudnik z Wydziału Metali Nieżelaznych Akademii Górniczo-Hutniczej w Krakowie. – Obecnie ługowanie [wydzielanie składników ciekłych lub stałych z materiałów stałych – przyp. red.] złota prowadzi się rozcieńczonymi roztworami cyjanku sodu w obecności powietrza. W tych warunkach następuje utlenienie metalicznego złota tlenem i powstają trwałe kompleksy cyjankowe”. W uproszczeniu: cyjanek „wybija” złoto z piasku i tworzy z nim związek. Teraz należy uwolnić złoto od tego trującego towarzystwa. I właśnie do tego potrzebne były kadzie z cynkiem. Zachodzi w nich proces cementacji, który – jak wyjaśnia dr Rudnik – „polega na wytrącaniu się metalicznego złota na powierzchni cynkowych granulek, a cynk przechodzi do roztworu w postaci kompleksów cyjankowych”.

A więc otrzymujemy złoty szlam zanieczyszczony wiórami cynkowymi. Teraz wystarczy polać szlam kwasem siarkowym, który rozpuszcza cynk, ale nie złoto. Efekt: „proszek złota dużej czystości”. Gdy Blum przeprowadzał eksperymenty z piaskiem, Malchus bynajmniej nie próżnował. Wkrótce oznajmił, że w pobliżu Dachau znalazł ropę naftową! Jednak ropa okazała się... zwykłą wodą bagienną. Nie zniechęciło to inżyniera do dalszych poszukiwań. Wkrótce oświadczył: „Piasek z rzeki jest nie tylko złoto-, lecz i pla-tynonośny!”. W dostarczonej przez niego próbce piasku faktycznie połyskiwały platynopodobne drobinki. „To nie platyna, ale opiłki żelaza z metalowych kul młyna [którym mielono piasek przed odzyskiem złota – przyp. red.]!” – orzekł Blum. Poprosił o magnes i... drobinki „platyny” natychmiast się do niego przyczepiły [czysta platyna nie jest przyciągana przez magnes – przyp. red.].

HOKUS-POKUS

Po historii z platyną Blum stał się podejrzliwy. Zorganizował więc eksperyment, którym inżynier miał jedynie dyrygować z drugiego pokoju i niczego nie dotykać, by zapobiec ewentualnym fałszerstwom. W pewnym momencie przeprowadzający wytop Blum odwrócił się, by napić się soku. Gdy ponownie zajrzał do tygla, zauważył spalający się tam brązowy papier pakowy. Na życzenie Malchusa wrzucił go tam brat Antona Loibla. „Nie ma nic łatwiejszego niż za pomocą takiego niewinnie wyglądającego papieru przeszmuglować do tygla złoto” – tłumaczył Blum. „Wystarczyło nasączyć papier związkami złota. Przykładowo roztwory chlorku złota mają brunatne zabarwienie, a sam chlorek ulega rozkładowi z wydzieleniem złota metalicznego już w temperaturze ok. 260 stopni” – potwierdza obawy złotnika dr Rudnik. Nic dziwnego więc, że pod koniec eksperymentu Blum zobaczył w preparacie złoto... Wkrótce odszedł z projektu. Nie chciał brać udziału w badaniach, które jego zdaniem były sfingowane. SS jednak o nim nie zapomniało. Pod koniec stycznia 1939 r. naziści, którzy w międzyczasie sami nabrali podejrzeń co do uczciwości Malchusa (ale przez rok pozwolili mu spokojnie pracować i wypłacali pensję!), poprosili złotnika, by zdemaskował swego byłego kolegę.

Blum zorganizował dla esesmanów specjalny pokaz w Dachau. „Panowie, uwaga, trujący gaz!” – krzyknął w pewnym momencie. Obecni w laboratorium natychmiast odwrócili się od stołu, na którym złotnik przygotowywał substancje do wytopu piasku. Wybuch nastąpił, gdy złotnik zmieszał biały i szary proszek, który miał być katalizatorem. Gdy esesmani dochodzili do siebie po eksplozji, Blum rozsypał nad przygotowanym piaskiem sól złota, którą ukrył w buteleczce w kieszeni. Obserwatorzy nic nie zauważyli ze względu na podobną barwę obydwu substancji. Ku ich zdziwieniu pod koniec eksperymentu uzyskano 12,5 g czystego złota (choć użyto jedynie 9,6 g katalizatora). Blum na oczach esesmanów zademonstrował zasadę działania złotego szwindlu, który według niego wymyślił Malchus. Sporządzono raport dla Berlina. Blum mógł czuć się usatysfakcjonowany. Zdemaskował oszusta. A przynajmniej tak mu się wydawało. Tymczasem stało się zupełnie inaczej. „[W Berlinie] nie uwierzyli, że to szwindel. (...) Uznano hokus-pokus za prawdę” – wkrótce złotnik nie mógł nadziwić się głupocie włodarzy III Rzeszy. Jego eksperyment uznano za... dowód prawdziwości prac Malchusa! Inżynier – zamiast zawiesić – wznowił prace. Wkrótce jednak zmienił się jego status.

WIĘZIEŃ SPECJALNY KARL MALCHUS

We wrześniu 1939 r. do mieszkania Malchusa załomotało 4 funkcjonariuszy gestapo. Chorego (tak zeznawał Malchus, ubiegając się po wojnie o status pokrzywdzonego przez III Rzeszę) przewieziono do celi w Wittelsbacher Palais w Monachium. Po 6–7 tygodniach trafił do Dachau. Tym razem jako więzień. „Po moim uwięzieniu [w Dachau] już po kilku dniach musiałem wznowić próby w laboratorium” – tłumaczył w zeznaniu w 1949 r. Nie wiadomo, czy Malchus trafił do obozu, bo Himmler chciał wywrzeć na nim presję, by inżynier przyspieszył eksperymenty, czy zgubiła go zbytnia pazerność. Chciał bowiem niezależnie od swego protektora sprzedać pewnemu przemysłowcowi superwytrzymałą stal (nazwaną Diana), nad którą rzekomo prowadził prace w Anglii.

Malchus nie był traktowany jak zwykły więzień. Przede wszystkim mieszkał w celi w areszcie, a nie w baraku. „Malchus był więźniem obozu w Dachau od 16 grudnia 1939 r. do 23 marca 1940 r – opowiada dr Dirk Riedel z KZ-Gedenkstätte Dachau. – Mniej więcej w tym samym czasie – od 27 września 1939 r. do 18 lutego 1940 r. –  Theodor Eicke przeprowadzał ćwiczenia z SS-Totenkopfverbände i większość osadzonych została przetransportowana do Flossenburga i Mauthausen. W obozie zostało ok. 100 więźniów. Malchus był jedynym więźniem, którego przyjęto w tym czasie do Dachau, i to pokazuje, że SS miało wobec niego specjalne zamiary” – podkreśla. Hochsztapler nie był bity, lecz – jak sam twierdził – „popychany i nadeptywany”. „Pewnego dnia jeden z dwóch towarzyszących mi esesmanów uderzył mnie pistoletem w tył głowy” – zeznawał. Przewrócił się i stracił trzy zęby. Komuś musiało jednak zależeć na więźniu, bo natychmiast zmieniono strażników. Mimo to po pobycie w Dachau z Malchusa została „skóra i kości” – jak wspominał strażnik Karl Minderlein 29 listopada 1949 r. Ale inżynier przeżył. „Wypuszczono go, aby po dobroci wyciągnąć od niego jego tajemnicę” – uzasadniał zwolnienie Malchusa Minderlein. Obiecane złoto nigdy się jednak nie zmaterializowało.

DEMONICZNY ZŁOTY PIERWIASTEK

 

Naziści wybili sobie z głowy cenny kruszec z Dachau dopiero w grudniu 1940 r. „Panie Blum, na rozkaz rządu mam się z panem podzielić informacją, że sprawa rozwiązała się tak, jak pan przed laty  przewidział” – poinformował telefonicznie złotnika Loibl. Esesmani już wcześniej podczas prywatnych rozmów z Blumem wspominali, że Malchus w trakcie eksperymentów używał czarnego proszku, ale stanowczo zabronił mówić o tym współpracownikowi. „Malchus mógł dodawać do wytopu np. siarczek złotawy (brunatnoczarny) lub tlenek złotowy (brunatny) – oba rozkładają się w podwyższonej temperaturze z wydzieleniem proszku złota” – tłumaczy dr Rudnik. Blum orzekł: „Ten proszek to rozwiązanie całej zagadki!”.

„Jedynie osoby pracujące na co dzień ze złotem są odporne na jego magiczne działanie” – tłumaczył sukces hochsztaplera złotnik. Himmler był wręcz „zaczarowany”, gdy oglądał drobinki złota w preparacie przygotowanym przez Bluma. „Demoniczne działanie złotego pierwiastka” widać było również na twarzach Pohla i innych esesmanów obecnych na spotkaniu w hotelu. A jeśli dodać do tego pseudonaukowy bełkot, którym uraczył Malchus nazistów, powstaje mieszanka, której trudno się oprzeć. Nie należy też zapominać o finansowych potrzebach III Rzeszy. Nic dziwnego, że naziści odebrali Malchusa jako wysłannika niebios...„Przygotowanie roztworu kwasu chlorozłotowego, jednej z substancji, którą mógł posłużyć się Malchus, nie jest skomplikowane – zapewnia dr Rudnik. – Związek ten łatwo ulega rozkładowi z wydzieleniem złota”. Żeby oszukać nazistów, wystarczyła więc odrobina wiedzy chemicznej. Zwłaszcza że na samym początku pracy w laboratorium Malchus dostał od Bluma amalgamat złota „w celach porównawczych”.

Malchus prowadził niebezpieczną grę z Trzecią Rzeszą, nie zważając na grożące mu niebezpieczeństwo. „Może chciał grać wielkiego odkrywcę, aby zniknąć z powierzchni ziemi, zanim wszystko się wyda (…) – spekulował po latach Blum. – Może chciał mieć na kilka lat stałą dobrze płatną posadę”. Hochsztapler został przecież członkiem osobistego sztabu Reichsführera z pensją 450 RM miesięcznie. Szybko zakupił skórzaną aktówkę i „stał się dżentelmenem” – jak opisywał Blum. Jednocześnie Malchus był łasy na pieniądze. Gdy jego auto zderzyło się z samochodem wojskowym, udawał poturbowanego. Wszystko po to, aby wyłudzić odszkodowanie – tak przynajmniej uważał Blum. Malchus czuł się na tyle pewnie, że opowiadał o planach ekskluzywnej willi, którą chciał zbudować. W końcu błędy i brak satysfakcjonujących rezultatów zawsze mógł przecież zrzucić na współpracowników. Dokładnie ta technika zapewniła mu półtora roku spokoju.

EPILOG

Jesień 1942 r., droga do Grünwaldu. Złotnik Karl Blum wraca na rowerze do domu po wycieczce w góry. Nagle zauważa dwóch dyskutujących mężczyzn, idących poboczem. „Oczywiście, że zawartość będzie rosła wraz z głębokością. Złoto ze względu na swój specyficzny ciężar...” – rowerzysta słyszy młodszego z piechurów. Złotnik nie może uwierzyć własnym uszom. To Malchus! Odjeżdża kilkaset metrów i chowa się w krzakach. Gdy mężczyźni go mijają, nie ma wątpliwości. Hochsztapler z Dachau znalazł kolejną ofiarę. Malchus przeżył wojnę.  W grudniu 1952 r. opublikował artykuł o swojej metodzie pozyskiwania złota we francuskiej gazecie „Revue”. I w tym momencie ślad po nim znika. Wydawca notatek Bluma Helmut Werner, któremu udało się zgromadzić niemal komplet materiałów o Malchusie, nie chciał spekulować na temat jego dalszych losów. Po umówieniu się na rozmowę z „Focusem Historia” przestał odbierać telefony.