Póki żyw będę, nigdy się już takiej komendy nie podejmę i wolałbym paść świnie, niżeli z pospolitego ruszenia komenderowanych prowadzić na podjazd” – tak scharakteryzował pospolite ruszenie po pierwszej wspólnej akcji w 1672 r.  pamiętnikarz Jan Chryzostom Pasek. W szczególności krytykował niesubordynację, brak ducha bojowego, panikarstwo i wygodnictwo panów braci. Warto podkreślić, że była to opinia szlachcica, odnosząca się do takiej samej szlachty jak i on. Różnica polegała tylko na tym, że Pasek miał za sobą wieloletnią służbę w regularnym wojsku. Krytyczne zdanie Paska nie było odosobnione. Już w XV w. dostrzeżono ułomności pospolitego ruszenia i wyśmiewano się z przywar panów braci, którzy coraz rzadziej mieli okazję osłaniać ojczyznę swoimi piersiami.

BÓG JEST CUDOWNY, SZCZĘŚCIE ZMIENNE

Takie nadzwyczajne okoliczności wystąpiły w roku 1655, kiedy to na pogrążoną w wojnie domowej z Kozakami i zaatakowaną przez Rosjan Rzeczpospolitą z trzeciej strony spadło uderzenie Szwedów. To załamało wiarę części szlachty we własne siły. Powszechnie znany jest fakt poddania się pospolitego ruszenia Wielkopolan pod Ujściem w lipcu. Mniej znany jest inny – na ok. 12 000 zgromadzonej tam szlachty akt kapitulacji podpisało zaledwie około 500 osób. Pozostali, uchylając się od tego hańbiącego czynu, masowo opuszczali szeregi wojska. Jednak wśród tych, którzy oddali Wielkopolskę Szwedom, byli najważniejsi – obaj dowódcy pospolitego ruszenia: wojewoda poznański Krzysztof Opaliński oraz wojewoda kaliski Andrzej Karol Grudziński. Tę ostatnią postać warto zapamiętać, bo w następnym roku stanie się bohaterem bitwy pod Lubrzem.

Jak wykazał Wiesław Majewski w artykule „Poddawanie się Szwedom w Koronie w 1655 roku”, sytuacja pod Ujściem była mimo wszystko anomalią, gdyż „ogół szlachty chciał się bić w obronie niepodległości Rzeczypospolitej, stawał po stronie Jana Kazimierza, dotrzymywał mu wierności nieraz w trudnych warunkach”. Ogół ten walczył i w 1655 roku... nieodmiennie przegrywał. Szwedzi zajmowali kolejne ziemie, król Jan Kazimierz opuścił Polskę, a regularne wojsko koronne po przegranej bitwie pod Wojniczem przeszło na stronę najeźdźcy. Będącego u szczytu powodzenia króla szwedzkiego miała spotkać jednak w zdobytym Krakowie niemiła przygoda. 19 października 1655 r., oprowadzając Karola X Gustawa po grobach królewskich na Wawelu, kanonik krakowski Szymon Starowolski miał rzec: „Deus mirabilis, fortuna variabilis”, czyli „Bóg jest cudowny, szczęście zmienne”. Te słowa okazały się prorocze.

Pod koniec 1655 r. fortuna odwróciła się od Szwedów. Klasztor jasnogórski stawił skuteczny opór. Tatarzy wsparli Polaków. Jan Kazimierz zjawił się w Polsce. Wojsko polskie zawiązało konfederację tyszowiecką i wróciło pod sztandary prawowitego monarchy. Szwedów zaczęto skutecznie nękać wojną szarpaną. A 7 kwietnia 1656 roku pod Warką Polacy w końcu wygrali pierwszą większą regularną batalię. Andrzej Karol Grudziński nie pozostał biernym świadkiem tych wydarzeń. Już 7 maja 1656 r. wsławił się w trakcie nierozstrzygniętej bitwy pod Kłeckiem, gdzie co prawda Polacy ustąpili z pola, ale zadali Szwedom ciężkie straty. Prawdziwa chwila wielkości wojewody kaliskiego miała jednak dopiero nadejść.

DAWID I GOLIAT

Sytuacja Polski we wrześniu 1656 r. – choć już nie tak tragiczna jak w poprzednim roku – była wciąż trudna. Szwedzi grasowali między innymi po Wielkopolsce, plądrując ją, a w dziele tym ochoczo pomagali im żołnierze
elektora brandenburskiego i jednocześnie księcia pruskiego Fryderyka Wilhelma. Polacy z kolei starali się odzyskać kontrolę nad tą prowincją. Temu też celowi służyło oblężenie Kalisza, będącego w rękach Szwedów. Zaniepokojony potencjalną utratą miasta, w jego kierunku ruszył Czech w służbie szwedzkiej, generał major Jan Vejkart Vřesovec z Vřesovic, w Polsce znany jako Jan Wejhard Wrzesowicz. Źródła podają, że armia, którą dowodził, liczyła od 800 do 2000 żołnierzy szwedzkich i brandenburskich. Swoim zwyczajem Wrzesowicz w trakcie marszu nie oszczędzał mijanych miejscowości. Spalił i złupił Górkę, Gostyń, Poniec i klasztor w Kobylinie, by któregoś wrześniowego wieczoru (prawdopodobnie 11 września) rozbić obóz we wsi Lubrze nad rzeką Wartą.

Gdy wieść o marszu wrogiej armii doszła do uszu wojewody kaliskiego Andrzeja Karola Grudzińskiego, ten na czele 200–300 szlachty pospolitego ruszenia ruszył jej naprzeciw. Co ciekawe, na decyzję o ataku wojsk Wrzesowicza pod Lubrzem wpłynął fakt, że Grudziński, będąc już w pobliżu Szwedów, od miejscowych chłopów dowiedział się, że siły nieprzyjaciela liczyć sobie miały zaledwie 200 żołnierzy. Jak pisał Pierre des Noyers: „Gdyby nasi byli wiedzieli istotną siłę nieprzyjaciela, zapewne by niebyli na niego uderzyli, lecz w mniemaniu, że ich tylko jest dwustu, rozpoczęli walkę, pewni będąc zwycięstwa; byliby ich nawet znieśli, chociaż jeszcze raz liczniejszych, tak im przekonanie zwycięstwa dodawało odwagi”.

 

Polacy zaskoczyli przeciwnika podczas snu. Podkomendni wojewody kaliskiego atakowali zgodnie z regułami sztuki wojennej. Grudziński podzielił swe siły na 4 części. Jedną z nich pozostawił w rezerwie. Pozostałe wysłał do ataku. Najpierw, dowodzeni przez braci Chlebowskich (obaj byli rotmistrzami) Polacy znieśli straż przednią, czyli 60 rajtarów. Później wpadli do wsi, podpalili ją i zaczęła się rzeź. Opór przeciwnika był niewielki. Straty ogromne. Pierre des Noyers podaje, że 437 żołnierzy poległo na miejscu, „a reszta na brzegu rzeki”. Inne relacje polskie mówią o 800 ubitych. Relacja żołnierza szkockiego w służbie Karola X Gustawa podaje, że zginęła większość z 2000 Szwedów, którzy mieli stracić także kilka działek. Sam Wrzesowicz najprawdopodobniej zginął podczas ucieczki. W polskich źródłach pojawia się informacja, że został zabity kijami przez wielkopolskich chłopów.

DRUGI KIRCHOLM?

Dość niespodziewanie bitwa pod Lubrzem wpisuje się na listę najbardziej spektakularnych zwycięstw oręża polskiego nad Szwedami. W bitwie pod Kircholmem w 1605 r. przewaga Szwedów w żołnierzach wynosiła tylko 3 do 1. A jeśli uwzględni się uzbrojoną luźną czeladź, to ta dysproporcja sił była jeszcze mniejsza. Pod Lubrzem, w skrajnym przypadku, dysproporcja sił mogła wynosić nawet 10 do 1 (2000 przeciwko 200). Można więc rzec, że bitwą tą pospolite ruszenie szlachty wielkopolskiej, wraz z wojewodą kaliskim, po części zrehabilitowało się za hańbę kapitulacji pod Ujściem. Pozwala to też znacznie łagodniej spojrzeć na przydatność bojową pospolitaków, którym jeszcze i w późniejszych latach zdarzało się pokazać klasę.