Na początku tego roku świat obiegły wstrząsające zdjęcia z zoo w Kopenhadze. Jego personel postanowił pozbyć się „niepotrzebnego” samca żyrafy imieniem Marius. Półtoraroczne zdrowe zwierzę zabito strzałem w głowę, a następnie urządzono publiczny pokaz dla widowni składającej się m.in. z dzieci: sekcję zwłok i karmienie nimi lwów i innych dużych kotów zamieszkujących ogród zoologiczny. Niecałe dwa miesiące później ta sama placówka ogłosiła, że poddała eutanazji kolejne zwierzęta, którym nic nie dolegało. Tym razem były to, o ironio, lwy: para i dwójka jej potomstwa. Rozpętała się medialna burza, w której po raz kolejny padły pytania o to, czy w XXI wieku instytucja taka jak zoo ma jeszcze rację bytu? Może wszystkie dzikie zwierzęta powinny zostać uwolnione, skoro możemy je dziś oglądać - w o wiele ciekawszych i bardziej naturalnych sytuacjach - na ekranach telewizorów czy komputerów?

Zoologiczne grzechy

Faktem jest, że przeszłość ogrodów zoologicznych bywała mało chlubna. Przez wiele dziesięcioleci dominowała w nich działalność rozrywkowa (część ekspozycji jeszcze na początku XX wieku stanowili rdzenni mieszkańcy kraj ów afrykańskich) czy wręcz „usługowa” (np. hodowla niedźwiedzi dla potrzeb cyrków). Tamte czasy dzieli jednak od dzisiejszych taka przepaść, jak pierwsze samochody od nowoczesnych limuzyn.

„Współczesne zoo ma cztery podstawowe filary działania, z których najważniejsze są dwa: hodowla gatunków rzadkich i zagrożonych oraz edukacja, czyli profesjonalne zajęcia organizowane dla przedszkolaków, uczniów czy studentów. Badania naukowe, które też się u nas prowadzi, są na dalszym planie, podobnie jak funkcja rozrywkowa” - mówi dr Andrzej Kruszewicz, dyrektor Miejskiego Ogrodu Zoologicznego w Warszawie. Dlatego na sformułowania typu „obóz koncentracyjny” dyrektorzy zoo reagują dość gwałtownie. Działalność ich placówek podlega międzynarodowej kontroli, a standardy dotyczące warunków, w jakich żyją ich podopieczni, ustalają naukowcy.

Wciąż jednak zdarzają się błędy, takie jak w Łodzi, gdzie przedwcześnie zmarło już kilka żyraf. Dwa lata temu dwie z nich prawdopodobnie zabił stres wywołany przez chuliganów, którzy w nocy wtargnęli na teren zoo. Z kolei Lokatka, przeniesiona do Łodzi z Warszawy, padła rok temu z nieznanych dotąd przyczyn. Nieoficjalnie mówi się, że łódzkie zoo nie potrafi odpowiednio zadbać o żywienie tych zwierząt. Takie wypadki, choć rzadkie, budzą zrozumiałe oburzenie wśród ekologów.

Akcja reintrodukcją

„Wszystkie zoo należy zamknąć, a zwierzęta przenieść do ich naturalnego środowiska” - twierdzi Damian Aspinall, brytyjski biznesmen i działacz ekologiczny. Prowadzona przez niego fundacja zajmuje się reintrodukcją, czyli wypuszczaniem na wolność osobników urodzonych czy wychowanych w niewoli. Najbardziej spektakularną akcją było uwolnienie goryla Kwibi - film poświęcony mu zyskał ogromną popularność w internecie. Fundacja Aspinalla zajmuje się też np. reintrodukcją żubrów w Rumunii.

Sama idea jest szczytna, ale diabeł tkwi w szczegółach. „Wypuszczanie zwierząt na wolność to ogromna praca. Mamy u nas ośrodek rehabilitacji dla dzikich ptaków, przyjmujemy ich 3 tys. rocznie. Jeśli są to młode osobniki wychowane przez człowieka, proces nauczenia ich normalnych zachowań zajmuje wiele tygodni. U zwierzęcia takiego jak goryl potrzebne są lata pracy” - wyjaśnia dr Kruszewicz. Dlatego pomysły działaczy takich jak Damian Aspinall dyrektorzy zoo kwitują wzruszeniem ramion.

Ważny jest też aspekt ochrony gatunków zagrożonych lub już niewystępujących w naturze, które stanowią spory odsetek mieszkańców ogrodów zoologicznych. Część ekologów upiera się, że takie działania powinny być prowadzone tylko w ojczystych dla danego gatunku rejonach.