Twórcą jednej z największych medialnych mistyfikacji był Orson Welles. Jego audycja „Wojna światów” o najeździe Marsjan na Ziemię wywołała masową histerię, mimo iż wcześniej wyraźnie zapowiedziano, że to tylko słuchowisko. Co w 1938 roku budziło dreszcz grozy, dziś wywołuje śmiech lub ziewanie. Co nie znaczy, że nie da się nas już nabrać. Trzeba się tylko postarać.

ŻEGNAJ, BELGIO


Dziennikarzom z belgijskiej stacji telewizyjnej RTBF przygotowania do wielkiej mistyfikacji zajęły dwa lata. Tajnej operacji nadali kryptonim „BBB”, czyli Bye-bye Belgium (Żegnaj, Belgio). 13 grudnia 2006 roku w porze największej oglądalności przerwali program, by nadać wydanie specjalne dziennika o ogłoszeniu niepodległości przez Flandrię – jeden z trzech regionów autonomicznych Belgii. Wydarzenie komentowali na gorąco znani politycy (część z nich wiedziała, że bierze udział w przedstawieniu). Kilkadziesiąt tysięcy zdezorientowanych widzów zadzwoniło pod podany na antenie numer telefonu i usłyszało, że program jest prowokacją, mającą pobudzić naród do dyskusji o coraz większych różnicach między południową a północną częścią kraju.

Na szatański pomysł wpadli twórcy holenderskiego reality show „Wielki dawca”. Kontrowersyjny program oprotestowała większość widzów, rząd, a nawet Komisja Europejska. O główną nagrodę – organ do transplantacji – walczyło bowiem troje chorych, czekających na przeszczep. O tym, kto otrzyma nową nerkę, miała zadecydować jej chora na raka mózgu właścicielka. Kobieta pod koniec programu okazała się aktorką, a program – mistyfikacją, mającą zwrócić uwagę na problem niedoboru organów do przeszczepu. Mimo że „Wielkiego dawcę” oceniło negatywnie dwie trzecie widzów, po jego wyemitowaniu blisko 43 tys. osób ściągnęło z Internetu formularz donacji organów. Wcześniej na taki krok decydowało się ledwie 3–4 tys. Holendrów rocznie.

Reporter „Faktu” zadzwonił do ministerstwa rolnictwa, przedstawił się jako asystent ojca Tadeusza Rydzyka i poprosił o przysłanie dla Ojca Dyrektora limuzyny rządowej, bo mu się auto zepsuło. Samochód rządowy został podstawiony we wskazane miejsce bez zbędnych pytań.


Mistyfikacje skłaniające do tak głębokich refleksji to rzadkość. Zazwyczaj celem jest wyższa oglądalność. W reality show „Wszystko o Miriam” z 2003 roku sześciu mężczyzn rywalizowało przez dwa tygodnie o względy pięknej meksykańskiej modelki. Producenci programu nie uprzedzili heteroseksualnych zawodników, że obiekt ich zainteresowań jest transseksualnym mężczyzną przed operacją zmiany płci. Po wielkim skandalu i procesie, który zakończył się wypłaceniem zadośćuczynienia, program wyemitowano i oczywiście cieszył się ogromną popularnością.

TERE-FERE KUKU


Goniąc za sensacją, media czasami same padają ofiarą cudzej mistyfikacji. Brytyjski „The Sun” w 1996 roku zapewniał na okładce, że ma dostęp do taśm z nagraniem intymnej schadzki księżnej Diany i jej kochanka. Okazało się, że na słabej jakości nagraniu to nie Lady Di jeździ w staniku na kochanku, ale ktoś do niej podobny.

Z kolei HBO wyłoniło w castingu do dokumentalnego programu o genitaliach „Private Dicks” mężczyznę, który twierdził, że ma najmniejszego penisa na świecie. Po wyemitowaniu programu bohater okazał się zawodowym komikiem. HBO nie była pierwszą ani ostatnią stacją, którą ośmieszył. Na jego stronie www.alanabel.com można znaleźć barwną listę psikusów, które spłatał mediom. W 1994 roku wystąpił w „Jenny Jones Show”, udając męża przyłapanego na zdradzie. Jego ważąca 218 funtów żona (w rzeczywistości wynajęta aktorka) opowiadała, jak kochankę przepędziła, a na niewiernym mężu usiadła, aż stracił przytomność, po czym przykleiła mu penisa do odbytu

Bez prowokacji niektóre materiały by nie powstały. Przykładem jest dziennikarstwo śledcze – ujawnianie swych danych w czasie zbierania materiałów o gangsterach lub skorumpowanych politykach zamyka usta informatorom i może nawet zagrozić życiu.


Na celowniku oszustów i prowokatorów znalazły się nie tylko reality show i magazyny plotkarskie, ale też poważne gazety i specjalistyczne czasopisma. Nie każdego dziennikarza stać bowiem na luksus pisania artykułu tygodniami: zbierania i weryfikowania danych, dyskutowania ze specjalistami. Największe dzienniki wyznaczają swoim redaktorom ledwie godziny na zaprezentowanie najświeższych wiadomości. Czasem w ciągu minut trzeba zdecydować, czy ma się ukazać informacja z ostatniej chwili. A stawka jest wysoka. Gorący news przyciągnie czytelników i pozwoli prześcignąć konkurencję. Ryzykowne posunięcie może jednak drogo kosztować.

Niemiecki magazyn „Stern” w 1983 roku zakupił cudem odnalezione pamiętniki Adolfa Hitlera. Za 10 mln marek stał się posiadaczem 62 tomów osobistych zapisków wodza III Rzeszy. Mimo że dzienniki wzbudziły wiele kontrowersji, „Sunday Times” rozpisał się o ich odnalezieniu równie entuzjastycznie, a największe dzienniki USA podchwyciły sensacyjną wiadomość, nie poświęcając zbyt wiele uwagi wątpliwościom. Mało tego, autentyczność znaleziska potwierdzili historycy specjalizujący się w tematyce II wojny światowej, tacy jak Hugh Trevor-Roper, Eberhard Jäckel i Gerhard Weinberg.

Późniejsze szczegółowe badania wykazały jednak, że tekst jest pełen błędów, a papier, tusz i klej pochodzą z czasów współczesnych. Gerda Heidemanna, dziennikarza „Sterna”, który zakupił dzienniki, oraz fałszerza Konrada Kujau oskarżono o oszustwo i skazano na kilka lat więzienia.

Dziennikarz „Daily Mirror” zatrudnił się jako lokaj w Pałacu Buckingham, przedstawiając fałszywy życiorys. Gazeta chciała pokazać, że ochrona jest nieszczelna I w pałacu może się znaleźć ktoś nieodpowiedni, np. terrorysta. Ochrona wyciągnęła wnioski z publikacji i kolejną dziennikarkę już zatrzymała.

 


Nabrać dał się również magazyn „National Geographic”. W 1971 roku opisał plemię Tasaday, odkryte na wyspie Mindanao przez filipińskiego ministra Manuela Elizalde. Członkowie plemienia żyli w jaskiniach przekonani, że są jedynymi ludźmi na świecie. 15 lat później okazało się, że to mieszkańcy pobliskich wiosek za gwarancję utrzymania zgodzili się odgrywać rolę jaskiniowców, a pieniądze zebrane na konto fundacji, która miała im pomagać, trafiły do kieszeni „odkrywcy” – Manuela Elizalde.

Perfidną mistyfikację utratą stanowiska przypłacił redaktor naczelny dziennika „Daily Mirror”. Opublikował zdjęcia brytyjskich żołnierzy, którzy rzekomo oddają mocz na Irakijczyka przetrzymywanego w więzieniu Abu Ghraib. Został zwolniony po tym, jak rządowa komisja, która zajęła się tą sprawą, uznała, że zdjęcia zostały zainscenizowane i zrobione w Wielkiej Brytanii, nie zaś w Iraku. Oszustem okazał się pewien chciwy szeregowiec, który zainkasował za fałszywki 10 tys. funtów. Razem ze wspólnikiem stanął przed sądem wojskowym.

ZBRODNIA I KARA


Niektórzy prowokują jedynie po to, by wykazać niekompetencję redakcji. W „Social Text”, kwartalniku poświęconym studiom nad kulturą, Alan Sokal opublikował tekst „Transgresja granic: ku transformatywnej hermeneutyce kwantowej grawitacji”. Pełen naukowego żargonu, cytatów i teorii tekst był pozbawiony jednego – sensu. Wybuchł skandal, a na fali popularności Sokal wydał książkę „Modne bzdury”, demaskującą teorie intelektualistów. By zabłysnąć, nadużywają w swoich publikacjach pojęć naukowych, których nie rozumieją, i tworzą konstrukty pozbawione sensu.

Kodeks dobrych praktyk wydawców prasy: „Prowokacja dziennikarska może być przeprowadzona tylko wtedy, gdy przemawia za tym ważny interes publiczny, a nieskuteczne okażą się inne środki dziennikarskie, i tylko za wiedzą redaktora naczelnego. Jeżeli prowokacja może zagrozić życiu lub zdrowiu, wskazane jest jej prowadzenie za wiedzą policji lub prokuratury”.


W grudniu 2007 roku psycholog Tomasz Witkowski, pod pseudonimem Renata Aulagnier, opublikował na łamach psychologicznego czasopisma „Charaktery” artykuł „Wiedza prosto z pola”, opisujący nową fantastyczną psychoterapię. „Artykuł zawiera same kłamstwa i fantazje, niemające absolutnie żadnych podstaw naukowych” – twierdzi Witkowski na swojej stronie internetowej. „Chciałem wykazać, że można wprowadzić do obiegu i rozpropagować kompletną bzdurę, a w konsekwencji pewnie i zarabiać na niej pieniądze, szkodząc innym”. Podaje również przepis na udaną mistyfikację. „Swój artykuł sporządziłem według najprostszego przepisu »kuchennego «: weź ciekawy news; dodaj do niego obietnicę w rodzaju »cudowny lek« i okraś to wszystko jak największą ilością faktów »naukowych «”.


Witkowski rzucił rękawicę redakcji „Charakterów”, a samozwańcza Armia Batuty sprowokowała Wikipedię – internetową encyklopedię, redagowaną przez internautów. Stworzone przez nich hasło: Henryk Batuta („komunista i wróg Polski”) nie wadziło nikomu przez ponad rok. Było nie tylko fikcyjne hasło, ale również zdjęcie fikcyjnej ulicy Henryka Batuty. Wykreowana postać zaczęła żyć własnym życiem nawet po tym, jak została skasowana w encyklopedii. Armia Batuty chciała w ten sposób uzmysłowić, że nie zastanawiamy się nad nazwami ulic, przy których mieszkamy, tymczasem wiele z nich jest wciąż niewłaściwych.

Warszawski sąd umorzył sprawę dziennikarza TVN, który posłużył się fałszywym dowodem osobistym w celu przeprowadzenia prowokacji. Na fałszywy dokument z nieważnym numerem pesel bez problemu wynajął samochód i mieszkanie oraz założył konto. Sędzia uznał, że dzięki działaniom dziennikarzy noszącym znamiona prowokacji doszło do wykrycia szeregu patologicznych społecznie zjawisk.


Medialna prowokacja może być też skutecznym narzędziem marketingowym. Na jednym z portali plotkarskich jakiś czas temu ukazały się zdjęcia Edyty Górniak i Borysa Szyca podesłane przez „życzliwego” czytelnika. Para była na nich wyraźnie sobą zainteresowana. Gdy plotki o rzekomym romansie przybrały na sile, w mediach zamieszczono reklamę stacji radiowej, promowanej przez tę parę.

Skuteczna prowokacja może nie tylko sprzedać produkt, ujawnić nieprawidłowości, a nawet zmienić sposób myślenia ludzi. W rękach chciwego lub nieodpowiedzialnego człowieka może stać się również niebezpieczna. Jej siła rażenia jest wielka i dopóki istnieją media, zawsze znajdzie sie ktoś, kto będzie chciał się nią posłużyć. W dobrym lub złym celu.

Magda Godlewska

Dziennikarka, z wykształcenia psycholog, współpracuje z „Focusem”, prowadzi własne studio fotograficzne.