Matematyka czasem prowadzi uczonych na manowce - tak było w przypadku hipotez dotyczących rozwoju raka. Choroba zaczyna się od zbuntowanej komórki, która zamiast współpracować z innymi, mnoży się bez opamiętania. Jeśli nic jej nie powstrzyma, może doprowadzić do śmierci organizmu. Z rachunku prawdopodobieństwa wynika, że im więcej komórek w ciele, tym wyższe ryzyko, że któraś z nich się zbuntuje. Największe zwierzęta powinny więc najczęściej zapadać na raka. Tymczasem, jak opisał to w latach 70. XX wieku Richard Peto z brytyjskiego University of Oxford, nic podobnego nie zaobserwowano w przyrodzie. U ludzi ryzyko zachorowania na raka wynosi aż jeden do trzech. W przypadku o wiele większych od nas wali białych (czyli białuch) - 18 proc.

Odwrotność tej zasady też się nie sprawdza. Małe gryzonie, jak myszy i szczury, zapadają na raka bardzo często (i m.in. dlatego wykorzystuje się je w badaniach laboratoryjnych). Z kolei ich nieduży krewniak, żyjący pod ziemią gryzoń zwany golcem, w ogóle nie choruje na raka. Wyjątkowo rzadko zapada na tę groźną przypadłość również inny podziemny zwierz - ślepiec. Podobno nie obserwuje się jej także u morskich bezkręgowców, takich jak rozgwiazdy czy strzykwy. Naukowcy od dawna próbowali zrozumieć, skąd u tych przeróżnych zwierząt bierze się odporność na nowotwory. Mieli nadzieję, że jeśli to odkryją, tym samym znajdą sposób, by zwalczyć chorobę u człowieka. Mimo wielu lat badań nie posuwali się do przodu. Dopiero ostatni rok przyniósł znaczące odkrycia.

 

Odporność kontra płodność

Zaczęło się od teorii. Na początku 2013 r. zespół Benjamina Roche’a z francuskiego L’Institut de recherche pour le développement (Instytutu Badań nad Rozwojem) w Montpellier zwrócił uwagę, że u zwierząt istnieją dwa rodzaje genów związane z rakiem. Jedne szkodzą organizmowi, bo potrafią zmieniać zwykłą komórkę w nowotworową. Drugie pomagają, gdyż naprawiają zniszczenia, które mogłyby doprowadzić do rozwoju raka Choć jednak te ostatnie pełnią pożyteczną funkcję, nie zawsze są preferowane przez ewolucję. Ich korzystne działanie ma bowiem swoją cenę: obniżoną rozrodczość.

Z wyliczeń Rochea wynika, że dla średniej wielkości zwierząt to zbyt wysoki koszt. Takie stworzenia żyją i tak niedługo, więc nie opłaca im się ryzykować i mieć mniej potomstwa. „Z ewolucyjnego punktu widzenia lepiej jest tolerować więcej przypadków śmierci z powodu raka niż inwestować w kosztowne mechanizmy, które pozwalają na unikanie rozwoju nowotworów” - wyjaśnia uczony. Dopiero u dużych zwierząt, które żyją długo i mają mnóstwo komórek, w toku ewolucji wykształciła się skuteczniejsza obrona przed rakiem (dla nich bardziej szkodliwa jest przedwczesna śmierć niż obniżona rozrodczość). To dlatego białuchy zapadają na 8 raka o wiele rzadziej niż ludzie, nie mówiąc już w o szczurach i myszach.

Jednak nie wszyscy naukowcy zgadzają się z poglądami Benjamina Roche’a. Niektórzy twierdzą, że większe zwierzęta mają po prostu wolniejsze tempo przemiany materii. W ich organizmach powstaje mniej toksycznych „śmieci”, czyli uszkadzających geny wolnych rodników tlenowych. Z tego zaś powodu jest mniej okazji, by zwykła komórka zbuntowała się i zamieniła w rakową.