Owoce drzewa genealogicznego mogą być bardzo gorzkie. Genogram, czyli psychologiczna mapa relacji rodzinnych, nie pozostaje bez wpływu na nasze zdrowie psychiczne oraz emocje bo – jak się okazuje – te również dziedziczymy.  Studiując słynne życiorysy, francuski psychiatra Maurice Porot odkrył, że ludzie, którzy urodzili się w okresie żałoby, w sposób paradoksalny czują się winni śmierci poprzednika, z którym są identyfikowani, co determinuje całą ich egzystencję. Usiłując odróżnić się, odnaleźć swe własne ja, często stają na rozdrożu, mając przed sobą dwie drogi – sztukę lub szaleństwo. Niestety, wybór nie należy do nich.

VINCENT BRAT VINCENTA

Najbardziej znanym dzieckiem zastępczym jest Vincent van Gogh. Miał nie tylko młodszego brata Theo, za którym przepadał, ale i starszego, po którym odziedziczył imię. Pierwszy Vincent przyszedł na świat martwy 30 marca 1852 roku. Dokładnie rok później urodził się autor „Słoneczników”. Po swym poprzedniku, któremu nie dane było ujrzeć tego świata, dostał nie tylko imię, ale i numer, pod którym został zapisany w urzędzie miejskim. Babka po kądzieli uważała to za zły omen. Bała się, że chłopiec będzie miał dwie dusze. Jako dziecko przyszły malarz każdej niedzieli był prowadzany na grób, na którym ze zdumieniem czytał datę swego urodzenia i swojej śmierci. W 650 listach napisanych przez Vincenta w latach 1872–1890 do młodszego brata wyraźnie widać powracającą myśl, że jest tylko kopią brata starszego, jego duplikatem. Zgodnie z biografią autorstwa Viviane Forrester, ta efemeryczna egzystencja była dla malarza ciężka do zniesienia, całe życie miał wyrzuty sumienia i poczucie winy, że to on jest sprawcą śmierci pierworodnego syna rodziców; w najlepszym przypadku uważał się za jego sobowtóra, w najgorszym zaś za zabójcę. Dręczyło go przeświadczenie, że uzurpuje sobie pozycję, która do niego nie należy, że tak naprawdę nie istnieje. Brat urodzony jako martwy nie miał nigdy tożsamości, ale to właśnie z tego powodu rodzice obdarowali go bytem idealnym. Byłby dzieckiem doskonałym, pełnym cnót, wszystko robiłby najlepiej, byłby człowiekiem sukcesu. Jak nieszczęsny artysta mógł rywalizować z ideałem? Malarz podświadomie utożsamiał sukces ze śmiercią: aby udowodnić, że ma takie same zalety jak jego poprzednik, musiał umrzeć. Psychiatrzy tłumaczą wręcz chorobliwe związanie artysty z młodszym bratem tym, że potrzebował go jako tarczy przeciwko zmarłemu Vincentowi. Zresztą sam malarz napisał: „miło jest czuć, że się ma brata i że jest on żywy”. Gdy Theo dał na imię pierworodnemu synowi Vincent, informując o tym artystę słowami: „kto wie czy mój syn nie będzie kimś”, mistrz pędzla odpowiedział: „w gruncie rzeczy ja nie jestem jak tylko zdolny do czegoś pośredniego, drugorzędnego”.

Kilka miesięcy później, 27 lipca 1890 roku, malując w Auvers-sur-Oise na północy Francji „Pole pszenicy z krukami”, artysta wypalił sobie w serce z rewolweru. Umarł po dwóch dniach, mając 37 lat. (Notabene ukochany brat dołączy do niego po zaledwie pół roku). Choroba van Gogha była przedmiotem wielu badań, biografowie są zgodni, że najlepiej uchwycił problem lekarz z prowansalskiego szpitala w Arles, do którego holenderski postimpresjonista trafił po obcięciu sobie ucha: oto pacjent cierpi na rodzaj epilepsji charakteryzującej się halucynacjami i okresami zaburzeń emocjonalnych faworyzowanych alkoholizmem. Van Gogh nie był więc szaleńcem w znaczeniu psychiatrycznym czy też popularnym. On sam napisał, że jedyną barierą, jedynym remedium na chorobę jest praca. Dla będącego dzieckiem zastępczym Vincenta van Gogha ucieczką od szaleństwa był jego geniusz.

JESTEM TOBĄ CZY TY MNĄ?

 

Salvador Dalí w autobiografii zdradził, że miał starszego brata o imieniu Salvador, który zmarł w wieku siedmiu lat, trzy lata przed jego przyjściem na świat. Przeglądając urzędowe rejestry w katalońskim miasteczku Figueres, badacze odkryli jednak, że ów brat zmarł nie jako 7-latek, lecz 20-latek, dokładnie 9 miesięcy i 10  dni przed urodzeniem się malarza. Ze sporą dozą prawdopodobieństwa można powiedzieć więc, że został spłodzony w dniu śmierci brata. Fakt, że wiele osób w okresie żałoby odczuwa zwiększony apetyt seksualny, jest medycynie dobrze znany; zajmujący się tym zjawiskiem lekarze są jednak zgodni co do tego, że wszyscy, którzy przeżyli wzrost libido, często potwierdzony poczęciem dziecka, uważają to za coś nagannego, czego należy się wstydzić. Zdaniem psychiatrów ciąża, w której wyniku przyszedł na świat hiszpański malarz, musiała być dla jego matki – nawet jeśli doszło do niej za jej przyzwoleniem – traumą. Z autobiografii wynika, że była nią również dla poczętego dziecka. „Przeżyłem moją śmierć, zanim zacząłem żyć moim życiem. W łonie mojej matki czułem jej ból. Mój płód pływał w piekielnym łożysku” – napisał w autobiografii. Kontrowersyjny narcyz i megaloman zawsze przypisywał swój ekscentryzm chęci udowodnienia samemu sobie, że nie jest swym zmarłym bratem,  lecz tym, który żyje – jak w micie o Kastorze i Polluksie. W 1929 roku Dalí zerwał związki  z ojcem, notabene również Salvadorem (niektórzy biografowie twierdzą, że to rodzic się  go wyparł, odkrywszy jego kazirodczy związek  z młodszą siostrą), i uwolnił się od imienia  zmarłego brata, przybierając imię Galo, męski odpowiednik imienia swej demonicznej muzy i bogini Gali. Rosjanka Helena Diakonowa  miała 10 lat więcej i była żoną jego przyjaciela, poety Paula Eluarda. To o niej napisał, że kocha ją bardziej niż matkę, ojca, Picassa i nawet bardziej niż pieniądze; był przekonany, że razem ucieleśniają mit o Dioskurach. Dalí nie uważał się za wybornego kochanka i nie chciał mieć potomstwa. „Embriony mnie przerażają” – napisał w „Dzienniku geniusza”.



Głuchota, alkoholizm, ale według psychiatry M. Porota również fakt, że był dzieckiem zastępczym, złożyły się na neurotyczną osobowość Ludwiga van Beethovena. Maynard Solomon, muzykolog i biograf, odkrył, że kompozytor nigdy nie znał swej dokładnej daty urodzenia lub raczej nie chciał jej poznać. Nieco ponad rok przed jego urodzeniem przyszedł na świat pierworodny syn, który zmarł, mając 4 dni. To po nim kompozytor odziedziczył imię Ludwig i w efekcie pozycję najstarszego syna, którą zresztą będzie zawsze podkreślał. Kompozytor wierzył, że urodził się w grudniu 1772 roku, a nie – jak było w istocie – w grudniu 1770 roku. Nawet otrzymawszy certyfikat z pieczątką burmistrza Bonn, informujący go, iż został ochrzczony 17 grudnia 1770. Przekreślił go i na odwrocie napisał – „1772. Podana data nie jest właściwa, ponieważ był inny Ludwig przede mną”. Ta obsesyjna potrzeba opóźnienia dnia swych urodzin brała się z potrzeby ustanowienia jak największego upływu czasu pomiędzy sobą i zmarłym bratem; była próbą oderwania się od niego, upewnienia się co do własnej tożsamości. Innymi słowy, żeby drugi Ludwig mógł istnieć, pierwszy nie powinien był nigdy się pojawić.

TO JA, MOJA SIOSTRA

Rainer Maria Rilke, który przyszedł na świat 4 grudnia 1875 roku, otrzymał na chrzcie imiona René Karl Wilhelm Johann Josef Maria. W wieku 22 lat pod wpływem o 14 lat starszej kochanki Lou Andreas Salome przyjął germańskie imię Rainer, pod którym jest znany. Chłopiec urodził się, aby zrekompensować rodzicom stratę córki. Sophie zmarła rok wcześniej, mając kilka tygodni. W licznych autobiografiach Rilke wspomina, że jako dziecko w niektóre popołudnia pukał do drzwi matczynej sypialni i na pytanie: „Kto tam?”, odpowiadał: „To ja, Sophie”. Imitował przy tym głos małej dziewczynki, ale i dopóki nie poszedł do szkoły, ubierano go po dziewczęcemu. Wszyscy biografowie podkreślają, że Rilke był wiecznym tułaczem, prawdziwym wygnańcem bez adresu, dóbr materialnych, stałej pracy; nie zawierał trwałych przyjaźni. Jego historia uczuciowa była również niezwykle chaotyczna, rozkochał w sobie wiele kobiet, około 10 z nich miało dla niego znaczenie. Jego układy z matką zawsze charakteryzowała patologia. Napisał kiedyś: „w głębi duszy czuję, że nigdy nie jestem wystarczająco daleko od niej, że jest we mnie część jej smutku”. Jedynym punktem stałym była jego twórczość. Jak wielokrotnie podkreślał –  tworząc, stawał się naprawdę sobą.

TO TYLKO JA

Nie zawsze dziecko zastępcze ma wcielić się w rolę bezpośredniego poprzednika. Czasem jest wybrane lub samo się desygnuje, aby zastąpić innego członka rodziny. Najlepszy przykład to James Matthew Barrie, autor „Piotrusia Pana”, książki, której mały bohater nie chciał dorosnąć. Barrie doskonale wiedział, co to znaczy być wiecznym chłopcem. Przyszedł na świat w skromnej szkockiej rodzinie jako ósme z dziesięciorga dzieci. Pupilkiem matki stał się czwarty z kolei, o 8 lat starszy David. Sześcioletni James był świadkiem, gdy David w wieku 14 lat zginął w wypadku na lodzie. Nieutulona w żalu matka przestała mówić, jeść i przez rok nie wstawała z łóżka. Pewnego wieczoru dwudziestoletnia siostra Jamesa poleciła mu, aby odwiedził matkę w sypialni, żeby jej przypomnieć, że ma jeszcze inne dzieci. Zapukawszy, usłyszał: „To ty?”, „Nie, to tylko ja” – odpowiedział.

Następne miesiące James spędził u wezgłowia matczynego łoża. Pragnął ukoić jej ból, stając się tak podobnym do zmarłego brata, że nawet ona nie dostrzegłaby różnicy. Choć zrobił wszystko co mógł, ta 2 godziny przed śmiercią kilkakrotnie powtórzyła: „David, to ty, David?”. James poniósł klęskę. W wieku dojrzałym w książce „Margaret Ogilvy”, napisanej po śmierci matki, wyznał, że najważniejsza część jego życia zamknęła się między 6. a 12. rokiem jego egzystencji, wszystko, co stało się po 12. urodzinach, nie miało znaczenia. Autor rozsławionego na cały świat przez Walta Disneya „Piotrusia Pana” zdobył sławę i pieniądze. Do końca życia zachował psychikę chłopca i takiż wygląd, mierzył nie więcej niż półtora metra, był wątły. Ożenił się w wieku 34 lat i jak twierdzą biografowie, jego małżeństwo nigdy nie zostało skonsumowane. Wielu psychiatrów zastanawiało się, czy ten psychologiczny i seksualny infantylizm miał podłoże hormonalne, czy też psychiczne – literat, na wzór swego bohatera, zdecydował, że nigdy nie dorośnie.



W 1989 reżyser René Feret nakręcił autobiograficzny film „Chrzest”, a rok później wydał książkę pod takim samym tytułem. Autor opowiada w niej, że wszystko zaczęło się od dużego zdjęcia jego brata, który zmarł w wieku 4 lat, 6 lat przed narodzinami René. To po nim otrzymał imię, matka kręciła mu włosy, aby go upodobnić do zmarłego synka. René nie potrafił sobie poradzić z dylematem – „urodziłem się martwy czy zmartwychwstałem, jestem czy tylko wracam?”. W jednym z wywiadów przyznał, że zarówno książka, jak i film to dla niego rodzaj terapii, dzięki której uniknął leczenia. „Wreszcie stałem się kimś, kto nie jest nikim innym jak wyłącznie mną” – powiedział. Profesor Maurice Porot w swoim eseju „L’enfant de remplacement” przytacza wiele innych przykładów – dziećmi zastępczymi byli między innymi: odkrywca Troi Heinrich Schliemann, niemiecki pisarz i noblista Hermann Hesse, amerykański dramaturg David O’Neill, szwedzki psychoanalityk Poul Bjerre, Serge Gainsbourg, francuski kompozytor, piosenkarz i reżyser.

DZIECI REMEDIUM

 

Syndrom nie dotyka wyłącznie sław. Medycyna zajmuje się tym problemem od połowy lat 60. ubiegłego wieku. Autorzy pierwszej pracy poświęconej dzieciom zastępczym „On replacing a child” Albert C. Cain i Barbara S. Cain z USA przez wiele lat obserwowali 6 rodzin, które utraciwszy dziecko, za podpowiedzią lekarza rodzinnego, „żeby nabrać chęci do życia”, zdecydowały się na ciążę (autorzy podkreślają, że trudno o gorszą radę). Z badań wynika, że w każdym z przypadków nowy potomek urodził się w świecie żałoby, w którym rodzice adorują zmarłe dziecko: codzienne wizyty na cmentarzu, zdjęcia w całym domu, pokój dziecięcy bez zmian…  „Ci rodzice 11 lat później nie rozmawiali o niczym innym niż o zmarłym, oni literalnie narzucali tożsamość zmarłego potomka jego następcy. Nie jest to tylko kwestia imienia, bo nawet jeśli je zmienili, to i tak nieświadomie wołali na nowe dziecko imieniem poprzednika, ciągle porównywali zmarłe i żywe” – napisali lekarze.

Psychiatrzy zajmujący się syndromem dziecka zastępczego utrzymują, że aby zmazać piętno i zaistnieć dla siebie samego, obarczony tym brzemieniem człowiek musi „zabić” narzucony przez rodziców lub przez siebie samego obowiązek bycia reprodukcją. Jak pokazują biografie wielu sław i zwykłych ludzi, nie zawsze jest to łatwe, a wraz z postępem medycyny coraz trudniejsze. Doskonale pokazują to badania amerykańskiej psychiatry Nicole Alby. Lekarka opisała syndrom dziecka zastępczego u ośmiorga dzieci poczętych, gdy ich starsze rodzeństwo znajdowało się w terminalnej fazie białaczki (znamienne, że gdy ciąże kobiet stały się widoczne, pielęgniarki opiekujące się ich chorymi dziećmi skomentowały je słowami: „Biedak już został zastąpiony”). Z prac lekarki wynika, że w razie niepowodzenia terapii przyszłe na świat w takich okolicznościach osoby również cierpią na syndrom dziecka zastępczego. W ich przypadku wina za śmierć poprzednika nie jest wyimaginowana, lecz jak najbardziej uzasadniona, zostały przecież zupełnie świadomie spłodzone po to, aby po swoim urodzeniu uratować chorego brata lub siostrę.