Pakt Ribbentrop-Mołotow (a dokład­nie aneks do niego, tam gdzie określo­no linię demarkacyjną po zajęciu Polski przez Wehrmacht) nazywany jest przez wielu IV rozbiorem Polski. Rzeczywiście dość dokładnie podzielono w nim strefy wpływów w Rzeczypospolitej na kilka dni przed wybuchem wojny. Lecz czy w tym dokumencie rzeczywiście cho­dziło jedynie o Polskę?

Dla Stalina pakt wydaje się formą rozstawienia na szachownicy pio­nów do rozgrywki zdecydowanie bardziej intratnej niż zagarnięcie kilkuset kilometrów kwadra­towych ziem polskich. Można przypuszczać, że już w sierpniu 1939 r. Stalin myślał o tym, co miał zamiar wprowadzić w życie kilka lat później. Robotniczo-Chłopska Armia Czerwona pod przykrywką wyzwalania bratnich narodów, ciemiężonych przez polskich panów, zajmowała wyjściowe pozycje do ataku. Ataku na swojego so­jusznika Hitlera, któremu wrześniowym wkroczeniem do Polski Stalin zamierzał pomóc. Jak określił to rosyjski historyk Mark Sołonin - pomóc tak, jak stryczek pomaga wisielcowi.

STALIN WSPARŁ SŁABSZEGO

„Wojna toczy się między dwiema grupami państw kapitalistycznych (...). Nie mamy nic przeciwko temu, żeby porządnie wzięli się do walki i osłabili się nawzajem. Byłoby dobrze, gdyby rę­kami Hitlera zachwiana została pozycja najbogatszych krajów kapitalistycznych (szczególnie Anglii). Hitler, sam tego nie rozumiejąc i nie chcąc, osłabia i destabilizuje system kapitalistyczny - taką prostą wykładnię Stalin przed­stawił tydzień po wybuchu wojny nie­miecko-polskiej, 4 dni po przystąpieniu do niej Francji oraz Anglii i na 10 dni przed wkroczeniem Armii Czerwonej na Kresy. - Możemy manewrować, popychać jedną stronę przeciwko drugiej, żeby bardziej zaangażowały się w wal­kę. Pakt o nieagresji w pewnym stop­niu pomaga Niemcom. Następny etap: popchnąć drugą stronę”.

Kreml potrzebował wojny. „Jesienią 1939 roku to Niemcy wydawały się Stali­nowi słabszą stroną konfliktu, i właśnie im postanowił udzielić wszechstronnej politycznej, psychologicznej, gospodar­czej pomocy po to, żeby upragniona ogólnoeuropejska woj na nie zakończyła się na samym początku z powodu szyb­kiej klęski Niemiec” - argumentuje So­łonin. I dlatego 17 września Stalin ruszył jednostki Armii Czerwonej i pchnął je na teren Polski.

To geopolityka. Wróćmy jednak do Polski i spróbujmy znaleźć odpowiedź, czy rzeczywiście wkroczenie Armii Czer­wonej było ciosem w plecy, czy może potwierdzeniem tego, że wojna jest już przegrana, a kraj skazany na okupację.

DATA NIEPRZYPADKOWA

Czy 17 września był doskonałym dniem na wykonanie takiego ruchu? Wojna obronna Polski wydawała się wprawdzie przegrana, ale także Wehr­macht zaczynał odczuwać już ponad- dwutygodniowe zmagania. Jak bardzo - opinie są podzielone. Jedni historycy zwracają uwagę na pierzchające przed Niemcami polskie armie, praktyczny brak frontu, straty sprzętowe itp. Dru­dzy z kolei skrupulatnie wyliczają ordre de bataille Wojska Polskiego na dzień 17 września, uwzględniając wszystkie jednostki - także te, które, wykonując rozkaz Naczelnego Wodza, poddadzą się wkrótce czerwonoarmistom.

Od początku ofensywy w Polsce dowódcy Wehrmachtu zwracali się ku wschodowi, oczekując rozpoczęcia dzia­łań przez Stalina Lecz ten zwlekał. Nie zależało mu wcale na roli agresora. Wo­lał wystąpić jako obrońca uciśnionych narodów. Do tego potrzebował pew­ności: niemieckiego zwycięstwa, braku zaangażowania Anglii i Francji (czyli drugiego frontu), w końcu zaś tego, że Polacy nie będą walczyć.

Po przegranej przez wojska polskie bitwie nad Bzurą nastąpił odpowiedni moment. Losy kampanii wydawały się rozstrzygnięte, a niemieckie wojska zbli­żyły się do linii demarkacyjnej, wyzna­czonej w tajnym protokole sierpniowej umowy Ribbentrop-Mołotow. To był doskonały moment na wejście.