Czternaście osób  wpatruje się w zegar. Jest 20 grudnia – jutro nastąpi koniec świata, a przynajmniej naszej cywilizacji. Tylko grupka wybrańców uniknie śmierci w falach wielkiej powodzi. Uratują ich kosmici z planety Clarion, którzy przylecą swym statkiem do Chicago, nad dom Dorothy Martin. Jej proroctwo spełni się za kilka minut. Przywódczyni prosi jednego z oczekujących o powtórzenie procedury. „O północy do drzwi zapuka kosmita. Podejdę i powiem do niego: »Jak brzmi hasło?«” – recytuje Charles. „Powie: »Jestem bagażowym«” – mówi prorokini. „A  mój odzew brzmi: »Swój bagaż noszę sam«” – odpowiada wyznawca. Mijają minuty, wreszcie wybija północ. I nic się nie dzieje. Nie ma powodzi, do drzwi nie puka UFO. „Mamy niewielkie opóźnienie” – przerywa niezręczną ciszę Dorothy Martin.

Owa historia, opisana przez Aleksa Boese w książce „Potomkowie Frankensteina”, wydarzyła się w 1954 r. Jak nietrudno zauważyć, świat nie skończył się ani wtedy, ani podczas żadnych z zapowiadanych później (i wcześniej) apokalips. A mimo to ludzie nadal dają się nabrać na takie proroctwa, których mamy ostatnio zatrzęsienie, z „magiczną” datą 21.12.2012 na czele. Zdaniem uczonych nasza cywilizacja coraz poważniej cierpi na chorobę zwaną apokaliptycyzmem. 

Ten światopogląd – zakładający nieodmiennie, że koniec świata jest tuż-tuż – można odnaleźć nie tylko w sferze religijnej, ale także u podstaw nazizmu czy komunizmu. „Mimo tak wielu »niedoszłych« końców świata apokaliptycyzm ma się znakomicie, ponieważ jest bardzo spójnym systemem objaśniającym rzeczywistość. Warto jednak pamiętać o tym, że ma on zawsze charakter destrukcyjny – choćby dlatego, że odwraca naszą uwagę od prawdziwych problemów, z  którymi musi się zmierzyć ludzkość” – podkreślał w rozmowie ze mną prof. Lorenzo Di-Tommaso z kanadyjskiego Concordia University, światowej sławy specjalista od apokaliptycyzmu. A w dzisiejszych czasach, dzięki wynalazkom takim jak telewizja czy internet, prorocy zagłady zyskali niespotykaną dotąd siłę rażenia.

Powszechność wiary w zbliżający się koniec świata sprawia, że uczeni od dawna starają się wyjaśnić jej pochodzenie. „Skłaniam się ku poglądowi, że wynika to przede wszystkim z  obserwacji wszechświata. Wszystko żyje, starzeje się i umiera, a potem przychodzi nowe. Wiele scenariuszy końca świata zakłada, że po apokalipsie nastąpi jego odrodzenie w nowej, lepszej formie” – wyjaśniał mi prof. Frederic Baumgartner, historyk z Virginia Polytechnic Institute specjalizujący się w millenaryzmie, jednej z odmian apokaliptycyzmu. Wyraźnym odstępstwem od tej „ekologicznej” wersji są judaizm i jego pochodne, a więc i chrześcijaństwo. Tu wizja jest znacznie bardziej ponura – koniec tego świata ma być ostateczny i nieodwołalny.

 

Wulkan, asteroida czy kometa?

 

Badaczy fascynuje jednak to, jak zbieżne są apokaliptyczne opisy z różnych stron świata. Część z tych opisów dotyczy kataklizmów z przeszłości, inne prorokują czekający nas dopiero koniec, ale zestaw wydarzeń jest podobny: potężne potopy, trzęsienia ziemi i jej rozstępowanie się, ciemności ogarniające Ziemię na długie miesiące, krwawe Słońce i takież deszcze, ewentualnie ogień spadający z nieba (np. wskutek ataku ziejącego nim smoka). Z tym wszystkim łączy się oczywiście zagłada roślin, zwierząt i ludzi. W historii naszej planety nieraz dochodziło do masowego wymierania organizmów – czyżby więc dawne legendy i religie przechowywały wspomnienia takich wydarzeń? 

 

Jeśli tak, to nie mogą to być zbyt odległe katastrofy. Z oczywistych przyczyn nie możemy pamiętać tego, co działo się przed dziesiątkami milionów lat – nasze wspomnienia nie mogą sięgnąć dalej niż na jakieś  100 tys. lat wstecz, bo z analiz wynika, że mniej więcej wtedy powstał język. Wiadomo też, że rozwój Homo sapiens przypada na wyjątkowo spokojny czas w dziejach Ziemi i tylko dlatego w ogóle dziś tu jesteśmy. Kataklizm, który dał początek legendom o końcu świata, musiał więc być dotkliwy, ale nie aż tak, by faktycznie doprowadzić do wyginięcia ludzkości. I jak się okazuje, coś takiego zdarzyło się co najmniej dwa razy.

 

Pierwszy kandydat to wulkan Toba na Sumatrze. Eksplodował  74 tys. lat temu, zostawiając po sobie krater, który dziś jest ogromnym jeziorem (100 km długości i 30 km szerokości). „Pyły i gazy, które trafiły wówczas do atmosfery, wywołały »błyskawiczną epokę lodowcową«, trwającą aż 1800 lat” – twierdzi prof. Stanley Ambrose z University of Illinois. Całkowita objętość tych substancji przekraczała prawdopodobnie 2,8 tys. kilometrów sześciennych! Wskutek gwałtownego ochłodzenia populacja naszych praprzodków z Afryki Wschodniej i Indii znalazła się na skraju zagłady. Z analiz DNA wynika, że przeżyła to niewielka grupa Homo sapiens, od której wszyscy dziś się wywodzimy. 

 

 

Drugi, znacznie świeższy i bardziej globalny kataklizm wydarzył się 13 tys. lat temu. Badacze znaleźli dowody na to, że z atmosferą naszej planety zderzyła się wówczas kometa o średnicy 4–5 km. Prawdopodobnie nie doleciała do samej Ziemi, ale eksplodowała w atmosferze, wywołując najpierw globalną falę pożarów, a potem szybkie ochłodzenie klimatu. „Eksplozja zgniotła lub usmażyła żywcem wiele wielkich zwierząt, w tym mamuty. Potem zaś nastała globalna zima podobna do tej, która nastąpiłaby po wojnie nuklearnej” – mówi dr Ted Bunch z Northern Arizona University. Podobne kataklizmy na mniejszą skalę mogły też wydarzać się lokalnie. Wiadomo np., że 2–4 tys. lat temu asteroida lub kometa o średnicy ponad kilometra spadła na teren dzisiejszej Bawarii – ślady widoczne są do dziś (jednym z nich jest jezioro Tüttensee).

 

Mniej Biblii, więcej Majów

 

Nietrudno sobie wyobrazić, jak nasi praprzodkowie zapamiętali takie wydarzenia. Zagłada przychodząca z nieba w postaci ognistych kul, zalewająca wszystko woda czy zniknięcie Słońca – takie klęski z łatwością można było uznać za działanie siły wyższej. A skoro gniew bogów zdarzył się już w przeszłości, może znów w nas uderzyć (to zaś prosta droga do rozwoju religii: ofiar składanych w celu przebłagania bóstwa, kodeksów postępowania, które mają uchronić nas od kary itd). Pytanie brzmi – kiedy?

 

Większość systemów wierzeń unika jednoznacznej odpowiedzi. W Biblii możemy znaleźć mało precyzyjne opisy znaków wieszczących wielki koniec, ale – zgodnie z oficjalną wykładnią – ma on nadejść wtedy, kiedy Bóg uzna to za stosowne. Przez wiele stuleci wierni przyjmowali to bez większych zastrzeżeń. Nie było paniki, gdy zbliżał się „okrągły” rok 1000. W „szatańskim” 1666 r. europejscy chrześcijanie byli przerażeni szalejącą na kontynencie epidemią Czarnej Śmierci i wielkim pożarem Londynu, ale też nie wszyscy wiązali to z datą. Powód był prosty – większość ludzi w tamtych czasach w ogóle nie miała pojęcia o tym, który był rok! „Dopiero w okresie oświecenia zaczęło się to zmieniać. Odżyła starożytna idea Boga-Geometry układającego swój kalendarz z precyzją identyczną z tą, którą wykazał podczas konstruowania naszego świata. Po roku 1800 poziom edukacji wzrósł na tyle, że wielu ludzi orientowało się w datach” – opowiada prof. Baumgartner. Na skutki nie trzeba było długo czekać. Amerykański pastor William Miller ogłosił, że świat skończy się 22 października 1844 r. Uwierzyło mu ok. 100 tys. osób, które sprzedały swe majątki i podjęły się misji nawracania innych.

 

Wielebny Miller „odtworzył” boskie kalkulacje na podstawie tego, co jego zdaniem pochodziło bezpośrednio od Boga, czyli zapisów Biblii. Do dziś cieszy się ona popularnością w kręgach proroków apokalipsy – dość powiedzieć, że powoływał się na nią Harold Camping, który przepowiedział aż dwa końce świata na 2011 r. (jeden na maj, drugi na październik). Święta księga składająca się z numerowanych rozdziałów i wersów, pełna aluzji i wewnętrznych odwołań, to znakomity materiał do wszelkich pseudoanaliz. „Ludzie z natury są skłonni do doszukiwania się ukrytych znaczeń i wzorców – także tam, gdzie ich w ogóle nie ma.

 

Wynika to z  ewolucji, bo takie skłonności zwiększały szanse przeżycia naszych przodków: jeśli słyszeli szelest krzaków za plecami, lepiej dla nich było, gdy zakładali, że coś się w nich kryje, niż gdy uważali, że to tylko wiatr” – mówi dr Michael Shermer z Claremont Graduate University. Ten bagaż ewolucyjny odbija nam się dziś czkawką, którą psycholodzy nazywają iluzją grupowania. Patrząc w rozgwieżdżone niebo, nasi przodkowie „widzieli” zarysy mitycznych bestii czy herosów (tak wymyślono gwiazdozbiory); niektórzy badacze świętych ksiąg i starożytnych kalendarzy „widzą” w nich zapowiedź zagłady.

 

Specjaliści podkreślają jednak, że religia zaczyna tracić na znaczeniu. „Apokaliptycyzm coraz częściej ma charakter świecki. Jesteśmy bardziej świadomi swego miejsca we wszechświecie, więc prorocy zagłady uwzględniają dziś dane polityczne, ekologiczne czy ekonomiczne. Nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś uznał problemy gospodarcze Unii Europejskiej za zapowiedź zbliżającego się końca świata” – mówi prof. DiTommaso. Wielu – tak jak wspomniana na początku Dorothy Martin – odwołuje się do kosmitów, którzy z niejasnych przyczyn kontaktują się tylko z wybranymi osobami, by te uratowały ludzkość (a przynajmniej jej część). Proroctwo związane z rokiem 2012 bazuje z kolei na kalendarzu Majów, który rzekomo miał kończyć się właśnie na dacie 21 grudnia. „To wyjątkowe zjawisko w dotychczasowej historii millenaryzmu, ponieważ nie ma praktycznie żadnych związków z chrześcijaństwem” – dodaje prof. Baumgartner. Katastrofy zapowiadane na przyszły rok również nie są już „boskie”, lecz całkiem „naukowe”: zamiana biegunów magnetycznych Ziemi albo jej kolizja z tajemniczą planetą Nibiru. 

 

Katastroficzny styl życia

 

Uczeni oczywiście odrzucają takie przepowiednie. Część z nich nie ma żadnego sensu – wiadomo chociażby, że przemagnesowanie naszej planety to proces trwający tysiące lat, a nie jeden dzień; nie ma również żadnych dowodów na zbliżanie się do Ziemi jakiejś zagrażającej nam planety czy planetoidy. Co więcej, żadnej z teoretycznie możliwych katastrof nie da się przewidzieć z taką dokładnością. Przypisywanie datom w rodzaju 21.12.2012 szczególnego znaczenia to czysta zabawa liczbami – jeszcze jedna odmiana iluzji grupowania.

 

Do wielu ludzi jednak takie argumenty kompletnie nie docierają. Apokaliptycyzm ma bowiem nieodparty wręcz urok – sprawia, że przestajemy się przejmować swoim życiem. Nieważny staje się awans w pracy, kłótnie domowe czy rosnąca rata kredytu. Nie obchodzi nas globalne ocieplenie, kryzys strefy euro ani groźba wojny atomowej. Przecież wszystko i tak się zaraz skończy. „Apokaliptycyzm to młodociany, niedojrzały światopogląd przede wszystkim z tego powodu, że zakłada, iż problemy naszej planety zostaną załatwione przez coś lub kogoś innego. Nie zaczniemy sobie radzić z tymi problemami, póki nie pojmiemy, że to my sami jesteśmy odpowiedzialni tak za ich powstanie, jak i za rozwiązanie” – podkreśla prof. DiTommaso. Lwia część proroctw zagłady opisuje kataklizmy, którym nie sposób zapobiec. A skoro tak, to sprzedanie całego majątku albo kupienie prywatnego schronu przeciwatomowego zyskuje nagle sens. Lecz gdyby tylko o to chodziło, można by uznać apokaliptycyzm za mało szkodliwe dziwactwo.

 

 

Owszem, ktoś może utracić dorobek życia, a ktoś inny na tym skorzysta – podczas paniki wywołanej w 2011 roku przez Harolda Campinga ateiści w USA skrzykiwali się, by tanio odkupić różne rzeczy od wierzących w nadejście końca świata. 

 

Wiadomo jednak, że zjawisko to ma także znacznie mroczniejszy charakter – może skłaniać do użycia lub akceptacji przemocy. „Zadziwiające są podobieństwa między opisywanym przez Karola Marksa nadejściem komunizmu a chrześcijańskim millenaryzmem. Podobnie wyglądała przepowiadana przez Hitlera »trzecia« era w dziejach świata, kiedy miało powstać idealne aryjskie społeczeństwo” – mówi prof. Baumgartner. Wizja odrodzenia świata w lepszej postaci mogła usprawiedliwiać okrucieństwa, jakich dopuściły się oba reżimy. Podobnie wielu wyznawców apokalipsy uciekało się do przemocy, by przybliżyć wielki koniec. Ostatni taki przykład to sekta Heaven’s Gate, której członkowie popełnili zbiorowe samobójstwo w 1997 r., by w ten sposób „wsiąść” na statek kosmitów lecący za widoczną podówczas na niebie kometą Hale’a-Boppa.

 

Ta grupa pokazuje zresztą, jak wielką siłę dają dziś przepowiedniom nowe technologie. Heaven’s Gate głosiła swe poglądy i rekrutowała członków m.in. w internecie. Po nagłośnionym przez prasę i telewizję samobójstwie strona WWW sekty została zablokowana, ale jej członkowie z innych krajów natychmiast umieścili w sieci kopie całego serwisu. Jedną odnalazłem wówczas nawet na serwerze jednej z  łódzkich firm, która po tygodniu sama zniknęła bez śladu...

 

Apokalipsa razy 70 mln

 

Psychologów fascynuje też to, że większości członków takich sekt nie zniechęca fakt, iż kolejne przepowiednie okazują się fałszywe. Po wielkim rozczarowaniu z 1844 r. część wyznawców Williama Millera doszła do wniosku, że koniec świata i tak nadejdzie, tyle że w bliżej nieokreślonej przyszłości – tak powstał nurt religijny zwany adwentyzmem. Skąd ta łatwowierność? Odpowiedź znamy m.in. dzięki psychologom, którzy potajemnie wniknęli do grupy Dorothy Martin i wraz z nią oczekiwali na przylot UFO w 1954 r. „Od ust śmierci odjęci zostaliście i nigdy jeszcze na Ziemi nie działała taka potęga. Od początku czasu nigdy jeszcze na Ziemię nie zstąpiła taka siła Dobra i Światła, które teraz zalały ten pokój, a stąd rozleją się na całą Ziemię” – ogłosiła prorokini. Wielu jej uwierzyło, bo zadziałał tu potężny mechanizm znany w psychologii jako dysonans poznawczy. Chroni nas on przed złym samopoczuciem na zasadzie „jeśli fakty są dla nas niewygodne, tym gorzej dla faktów”. Wolimy twierdzić, że uratowaliśmy świat, że jakiś bóg dał nam jeszcze jedną szansę albo że nastąpił błąd w obliczeniach daty apokalipsy, niż przyznać, że daliśmy się oszukać.

 

A my wręcz lubimy, gdy ktoś nas nabiera. Tylko w 2010 r. Polacy wydali ok. 2 mld zł na szeroko rozumianą ezoterykę – talizmany, horoskopy, wróżby czy klątwy. Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy zebrała w tym samym roku „tylko” 43 mln zł na wczesne wykrywanie nowotworów u dzieci – wskazuje Klub Sceptyków Polskich. To dowodzi, że nadal nie rozumiemy, co tak naprawdę oznacza koniec świata. W rzeczywistości dla każdego z nas jest nim śmierć. Wszystkie znane nam dane naukowe wskazują, że umysł nie jest w stanie istnieć bez ciała (pisaliśmy o tym w „Focusie” nr 6/2011), więc po ustaniu czynności mózgu nasz świat kończy się nieodwołalnie. W 2012 r. nastąpi to ok. 70 mln razy – tylu zgonów możemy spodziewać się w skali globalnej. Wielu z nich można by zapobiec, gdybyśmy większą wagę przykładali do tego, co mówią lekarze,  niż do kolejnej przepowiedni czy wróżby.