Czytacie ten tekst dzięki sprawności układów odpornościowych waszych przodków. Udało im się uniknąć zakażenia, przetrwać atak wielu wirusów i przekazać życie dalej. A wraz z nim strach przed śmiercionośnymi zarazkami. Doświadczamy go ostatnio wszyscyz powodu SARS-CoV-2. I reagujemy podobnie jak od tysięcy lat reagują ludzie: najpierw niedowierzaniem, lekceważeniem i zaprzeczaniem, a potem lękiem. Jak ostudzić emocje? Jednym ze sposobów na to jest pobudzenie własnej racjonalności i skupienie się na analizie, choćby tego, co właśnie przeżywamy: strachu i lęku.

CO STRASZY W KORYTARZACH MÓZGU

Nie trzeba być Komnatą – aby w nas straszyło – Lub nawiedzonym Domem – Nie ma Wnętrz straszniejszych niż Mózgu Korytarze kryjome – pisała amerykańska poetka Emily Dickinson, która ostatnie 20 lat życia spędziła dobrowolnie zamknięta we własnym pokoju (jej słowa tak dobrze się czyta dzięki przekładowi Stanisława Barańczaka). Co jednak tak naprawdę straszy w nawiedzonym
domu naszej głowy? W wielu podręcznikach przeczytamy, że strach jest wykształconą w toku ewolucji normalną reakcją na zagrożenie. Kiedy mózg odbiera informację o niebezpieczeństwie, mobilizuje ciało do walki lub ucieczki. Jak pisze neurolog António Damásio w książce „Jak umysł zyskał jaźń”, „ciało migdałowate wysyła do podwzgórza i pnia mózgu rozkazy, których efektem jest kilka równoległych działań”. Serce zaczyna bić szybciej, zmienia się tętno i ciśnienie krwi, przyspiesza oddech. Jelita się kurczą, w skórze zwężają się naczynia krwionośne. Do krwi wydzielany jest kortyzol, organizm spodziewa się większego zużycia energii. Rozszerzają się źrenice, a mięśnie twarzy układają się w charakterystyczny grymas, który każdy człowiek na świecie potrafi odczytać (nie bez powodu mówimy, że strach ma wielkie oczy albo że ktoś jest blady ze strachu).

Jeśli mózg wybierze opcję ucieczki albo walki – tłumaczy Damásio – „pień mózgu odłącza część obwodów przekazujących sygnały bólowe”, mogą się też zacząć wydzielać naturalne opioidy tłumiące
odczuwanie bólu. Jesteśmy gotowi stawić czoło zagrożeniu. Strach to jedna z podstawowych emocji, jej funkcją jest ochrona naszego życia i bezpieczeństwa. Wywołuje go konkretny bodziec: sytuacja, przedmiot, czasem myśl, a reakcja na nie ma zwykle odpowiednią siłę i nie trwa długo. Gdy przedmiot strachu znika z pola widzenia, znika i on sam. Wszyscy wiemy jednak, że czasem
pojawia się podobne uczucie, tylko że nie zawsze wiadomo, skąd przyszło, i nie odchodzi szybko. Bywa, że o trzeciej trzydzieści nad ranem siadamy nagle wybudzeni na łóżku, serce bije nam mocniej, w gardle zasycha, a w brzuchu coś się zaciska.

 

DUSZNY UŚCISK LĘKU

Od strachu lęk różni się przede wszystkim tym, co go wywołuje: naturą zagrożenia. Strach potrzebuje określonego obiektu, którego można się bać, lęk wiąże się raczej z czekaniem na zagrożenie, przygotowywaniem się na nie. Czasami trudno określić jego przyczynę. – Lęk ma większą moc, jest doświadczeniem głębszym i trudniejszym do wytrzymania niż strach. Indukuje brak stabilności
psychicznej – mówi Cveta Dimitrova, filozofka i psychoterapeutka. – Często ma źródła nieświadome i nieracjonalne. Może być na przykład wywoływany przez wspomnienie jakiegoś wydarzenia, skojarzenia, kontekstu sytuacji, która była zagrażająca, ale na poziomie świadomym nie jesteśmy tego w stanie połączyć. Mamy też lęki egzystencjalne, związane ze śmiercią i stratą, skądinąd
adekwatne, które mogą przybierać bardzo rozbudowaną postać”.

Zaburzenia lękowe to dziś – obok depresji – jeden z najpoważniejszych problemów psychicznych. Według National Intitute of Mental Health tylko w Stanach Zjednoczonych cierpi na nie 40 mln ludzi. Szacuje się, że we współczesnych społeczeństwach dotykają one 20 proc. populacji. Tymczasem za stan niepożądany, chorobowy uznano lęk dopiero sto lat temu. Urodzony niemal pół wieku przed Zygmuntem Freudem duński filozof Søren Kierkegaard opisywał człowieka jako istotę przerażoną i rozedrganą z natury, dręczoną angest, mieszaniną teraźniejszych męczarni i lęku o to, co się może wydarzyć w przyszłości. Ich źródła upatrywał w uświadomieniu sobie, że jesteśmy wolni, że sami decydujemy o tym, co zrobimy, że nic nie jest ustalone z góry. „Bardzo prawdopodobne, że Kierkegaard byłby zatrwożony naszym podejściem do lęku, który traktujemy jako coś, od czego należy się uwolnić, a nie jako świadectwo samej wolności” – zauważa Tiffany Watt-Smith w książce „Księga ludzkich uczuć”. – Rozróżniłabym między lękiem mobilizującym do działania a paraliżującym, uniemożliwiającym działanie, zmieniającym się w falę dręczących myśli, które nie dają spokoju i nie pozwalają się od siebie uwolnić. Nazywamy je ruminacjami. Na przykład ostatnio wielu osobom analizowanie sytuacji, szukanie nowych informacji o epidemii może dawać poczucie bycia na bieżąco i w odpowiednim stanie gotowości wobec tego, co przynosi rzeczywistość, ale jeśli jest tego za dużo, może wywoływać wrażenie, że skala niebezpieczeństwa jest tak ogromna, że czujemy się przytłoczeni i stajemy się bezradni – mówi Dimitrova.