Wielki kawał żelastwa pochodzący z Międzynarodowej Stacji Kosmicznej (ISS) zmierza właśnie ku Ziemi. Przez rok śledzili go specjaliści z NASA, a teraz nadszedł wielki dzień - przejście przez atmosferę. Kosmiczny śmieć nie jest mały - waży 635 kilogramów i zawiera toksyczne chłodziwo, którym na stacji jest amoniak. Niestety zbiornik chłodziwa to nie zmyślny europejski bezzałogowy automat transportowy Juliusz Verne, którego można posłać w dowolne miejsce tylko bezwolny złom. Dlatego nie wiadomo dokładnie, gdzie wpadnie w atmosferę. Naukowcy, którzy dobrze znają konstrukcję zbiornika obawiają się, że niektóre jego fragmenty przetrwają przelot przez atmosferę i mimo wysokiej temperatury nie spłoną. Piętnaście kawałków o wadze od 40 gramów do aż 17,5 kilograma może więc zagrozić ludziom na Ziemi. Tym bardziej, że będą lecieć z prędkością 161 kilometrów na godzinę.
Kto tak kłopotliwie naśmiecił? To astronauta Clayton Anderson, który pozbył się zbiornika z amoniakiem 23 lipca 2007 roku w czasie pracy z kanadyjskim zrobotyzowanym ramieniem do obsługi stacji. Zbiornik trzeba było wyrzucić, bo nie przetrwałby podróży powrotnej na Ziemię w luku wahadłowca. Wraz z nim astronauta wyrzucił także statyw do kamery, który na szczęście już spłonął całkowicie w atmosferze. Zbiornik jest największym dotąd kosmicznym śmieciem wyrzuconym intencjonalnie w kosmosie ręką człowieka. h.k.