Dlatego zupełnie nie dziwi mnie popularność analogowych hobby. Szydełkowanie, haft, malowanie akwarelami, prowadzenie papierowego dziennika, puzzle, wyklejanki, gotowanie z notesu, listy pisane ręcznie, książka w torbie zamiast telefonu w dłoni – to wszystko brzmi dziś niemal jak mały akt oporu. Trochę zabawne, bo przecież mówimy o rzeczach, które jeszcze niedawno kojarzyły się z babcią, kolonią w podstawówce albo zajęciami plastycznymi, na których połowa klasy miała klej na palcach. Teraz wracają jako trend, sposób na higienę psychiczną i metoda ratowania uwagi przed ekranowym młynkiem.
Telefon obiecał wygodę, a zabrał nam nudę
Ekrany wygrały z nami nie siłą, lecz wygodą. Telefon zawsze jest pod ręką, zawsze coś podpowie, zawsze coś pokaże. Problem w tym, że nasza uwaga zaczęła żyć w trybie ciągłego pogotowia. Minuta ciszy? Szybko, sprawdź powiadomienia. Kolejka w sklepie? Rolka. Herbata stygnie? Jeszcze jeden filmik. Przed snem? Oczywiście szybki przegląd świata, który nagle trwa 47 minut.
Analogowe hobby wchodzą w tę szczelinę bardzo sprytnie, bo dają rękom zajęcie, a głowie trochę mniej bodźców. Nie chodzi wyłącznie o twórczość przez duże T. Nikt nie musi od razu malować martwej natury ani dziergać swetra z alpejskiej wełny. Wystarczy coś, co ma fizyczny opór: kartka, nitka, ołówek, ciasto, włóczka, nożyczki, kawałek materiału. Ten opór jest ważny. Ekran pozwala bez końca przewijać, poprawiać, usuwać i zaczynać od nowa. Papier szybciej pokazuje, że coś zrobiłyśmy naprawdę, nawet jeśli krzywo.
Moda na offline jest trochę ironiczna, ale trudno ją wyśmiać
Oczywiście jest w tym wszystkim sporo paradoksu. Analogowe hobby rozkręcają się między innymi dzięki TikTokowi, Instagramowi i Pinterestowi. Ludzie oglądają filmiki o tym, jak mniej siedzieć w telefonie, zapisują inspiracje na hafty, kupują notesy polecane przez twórców i pakują do toreb książki, które później lądują w estetycznych kadrach. W pierwszym odruchu można prychnąć, bo to trochę jak aplikacja przypominająca o tym, żeby odłożyć aplikacje.

Mam jednak wrażenie, że tym razem łatwe szyderstwo nie wystarczy. Nawet jeśli trend jest opakowany w ładne zdjęcia i pastelowe gadżety, dotyka realnego zmęczenia. Dane z amerykańskiego rynku kreatywnego pokazują, że zainteresowanie ręcznymi, offline’owymi aktywnościami mocno wzrosło – w raporcie Michaels pojawił się między innymi wzrost wyszukiwań analogowych zajęć o 136% w ciągu sześciu miesięcy. Wśród najczęściej przywoływanych są robótki ręczne, haft, szydełkowanie, journaling i malowanie.
To dużo mówi o nastroju. Po latach zachwytu nad tym, że wszystko można mieć szybciej, wygodniej i bardziej automatycznie, zaczynamy tęsknić za czynnościami, które nie są zoptymalizowane do granic rozsądku. Za rzeczami, które wymagają trochę czasu i nie kończą się natychmiastową nagrodą w postaci lajka.
Analogowa torba, czyli apteczka dla rozproszonej uwagi
Jednym z zabawniejszych, ale całkiem trafnych symboli trendu stała się analogowa torba. Brzmi jak gadżet z poradnika dla osób, które muszą nazwać każdy fragment życia, ale pomysł jest prosty: nosimy przy sobie coś, co może zastąpić bezmyślne sięganie po telefon. Książkę, mały szkicownik, krzyżówki, cienki notes, zestaw do haftu, karty, cokolwiek, co da się wyjąć w kawiarni, pociągu albo podczas czekania.
I tu akurat jestem po stronie tego rozwiązania. Nie dlatego, że każdy musi chodzić po mieście z koszykiem kreatywności, lecz dlatego, że sama zmiana dostępności bywa skuteczniejsza niż wielkie postanowienia. Gdy telefon leży na wierzchu, wygrywa prawie zawsze. Gdy obok jest książka albo długopis, pojawia się choćby minimalna szansa na inny wybór. Ten trend wpisuje się też w szerszy powrót do fizycznych nośników i przedmiotów – papierowych książek, winyli, płyt, listów czy ręcznie robionych drobiazgów.
Ręce zajęte, głowa trochę spokojniejsza
W analogowych hobby najbardziej przekonuje mnie ich zwyczajność. Nie obiecują cudownej przemiany życia w siedem dni. Nie trzeba kupować kursu, budować marki osobistej ani robić z tego kolejnego projektu rozwojowego. Można po prostu przez pół godziny układać puzzle i nie mieć z tego żadnego wyniku poza tym, że kawałek obrazka wskoczył na miejsce. Szczerze? Uwielbiam to robić. Szczególnie w okresie jesienno-zimowym. Na wiosnę chętniej przenoszę się do kopania w ogródku.
To może być szczególnie ważne teraz, gdy nawet odpoczynek bywa mierzony. Kroki, sen, tętno, czas przed ekranem, produktywność, liczba przeczytanych książek, seria w aplikacji językowej. Wszystko zapisane, podliczone, ocenione. Tymczasem haft nie pyta o statystyki. Notes nie wyświetla komunikatu, że w tym tygodniu miałyśmy gorszą regularność. Farby nie podsuwają powiadomienia, że znajoma namalowała więcej.
Oczywiście można i z tego zrobić kolejną pułapkę. Kupić piętnaście notesów, trzydzieści markerów, wełnę w kolorach, których nigdy nie użyjemy, i przez dwa wieczory planować idealny system zamiast cokolwiek robić. Rynek już dobrze wie, jak zamienić tęsknotę za prostotą w koszyk zakupowy. Warto więc zachować czujność. Analogowe hobby działa najlepiej wtedy, gdy jest naprawdę nasze, a nie wtedy, gdy wygląda dobrze na zdjęciu.

Mały luksus robienia czegoś wolniej
Powrót do analogowych aktywności nie oznacza wojny z technologią. Sama nie chciałabym oddać map, bankowości w telefonie, wygodnych komunikatorów ani dostępu do wiedzy w kilka sekund. Chodzi raczej o odzyskanie proporcji. O to, żeby cały dzień nie składał się z dotykania szkła i reagowania na cudze impulsy.
Myślę, że analogowe hobby tak mocno rezonują, bo przywracają poczucie sprawczości w bardzo namacalny sposób. Po godzinie szydełkowania coś przybywa. Po kilku stronach dziennika myśli są mniej rozlane. Po upieczeniu chleba kuchnia pachnie czymś konkretnym, a nie kolejnym poradnikiem o slow life. To są drobiazgi, ale może właśnie drobiazgów najbardziej nam brakuje. Dlatego zachęcam, łapcie za puzzle, druty, czy inne aktywności offline.
