To miała być delegacja marzeń. Firma Marka wysyłała go do Kanady, żeby dopiął ważny projekt. Razem z nim jeszcze młodszego kolegę z innego działu, który również znał się na branży medycznej, no i doskonale mówił po angielsku. „Czego, jak się okazało, nie można było powiedzieć o mnie” - przyznaje Marek. Już na lotnisku w Vancouver zapytany przez strażniczkę graniczną o powód przyjazdu strasznie się zestresował. Czy na pewno dobrze zrozumiał? Odpowie coś bez sensu, kto wie, może skończy się jak z tym mężczyzną, który kilka lat temu zginął na lotnisku od policyjnego paralizatora. Pierwsze small talki z Kanadyjczykami z firmy wydały mu się torturą. (Pytają jak leci, czy raczej jak minął lot? No i gdyby mówili ciut wolniej. I bez tych wszystkich idiomów czy żarcików... Trzeba się przecież w odpowiednim momencie zaśmiać, żeby nie wyjść na idiotę.) Nie wie, jak wypadł w ich oczach. Wie, jak w swoich. Beznadziejnie.

Bądź na bieżąco! Otrzymuj newsletter Coaching.focus.pl!

Gdy przyszło już do pracy nad projektem, było nieco lepiej. Po pierwsze znał fachowe słownictwo, po drugie w firmie było sporo cudzoziemców, mówili już bardziej zrozumiale. Na wszelki wypadek w kluczowych momentach stery konwersacji przejmował jego młodszy - i wiekiem, i stażem - kolega. Pobyt w Kanadzie Marek przedłużył na własny koszt o kilka dni. Było świetnie (ta przyroda! te miasta!), ale problem językowy nie zniknął. Wręcz przeciwnie. Urósł do PROBLEMU. Marek uświadomił sobie bowiem, że jego angielski jest szkolny, ma się nijak do tego, którym mówi się na ulicach, a on niewiele rozumie. Że czas coś z tym zrobić.

Tylko co? W końcu uczy się języka od dziesiątego roku życia, chodził na mnóstwo kursów, brał prywatne lekcje. Rok, dwa nauki i przerwa wywołana znużeniem, brakiem postępów, frustracją. I od nowa - niby jeszcze lepsza metoda, niby jeszcze lepszy nauczyciel, a efekty znowu mierne. „Od lat uderzam w jakiś szklany językowy sufit” - uważa.

Marek długo może wymieniać powody, dlaczego jego angielski pozostawia wiele do życzenia. Że za późno zaczął się uczyć („najlepiej od przedszkola, tylko wtedy ma się dobry akcent”). Że jego dzieciństwo przypadło na smutne lata 80. („angielski na kursach w osiedlowych domach kultury”), a początki kariery na drapieżną drugą połowę lat 90. („pracowaliśmy po kilkanaście godzin dziennie”). No i filmy w polskiej telewizji nie są wyświetlane z napisami, tylko z lektorem, który zagłusza oryginalną ścieżkę dźwiękową. Poza tym Marek tłumaczy, że ma słabą pamięć, nie jest wytrwały, no i po prostu nie ma zdolności językowych. A może to wszystko dlatego, że jest wcześniakiem („my mamy takie mikrouszkodzenia mózgu, które objawiają się w przeróżnych sytuacjach”)?

Cel paw!

Wrażenie szklanego sufitu w nauce języków obcych ma mnóstwo dorosłych Polaków (a przynajmniej tak wynika z obserwacji nauczycieli). Co prawda w szkole, na studiach i kilku kursach uczyli się języka, ale potem odkładali go na półkę „w wyjątkowych sytuacjach”. Albo nawet wykorzystują go, ale z jakichś powodów nie są w stanie przejść na następny poziom, popełniając te same błędy, nie rozszerzając słownictwa. Doskonale wiedzą, że lepszy angielski (francuski, niemiecki czy hiszpański) otworzyłby im kolejne drzwi, popchnąłby karierę do przodu, a przynajmniej ułatwiłby organizację wakacji. Ale z jakichś powodów ich znajomość języków obcych ani drgnie. Na pierwszy rzut oka każdy ma inny problem: a to ze swobodną komunikacją, a to z gramatyką czy bardziej wyrafinowanym słownictwem. Ktoś „nie jest w stanie napisać służbowego e-maila”, ktoś inny jak ognia unika telekonferencji z zagranicznym kontrahentem, a kolejny na widok prezesa nie-Polaka przechadzającego się po firmie chowa się w toalecie, bojąc się wymiany uprzejmości. Istnieje powszechne przekonanie, że w pewnym wieku i na pewnych stanowiskach wszyscy powinni znać angielski. Że to wstyd nie znać. Że trzeba coś z tym zrobić. Tylko nie wiadomo co. Wsadzeni na kursy między nastolatków czują się jeszcze bardziej nieudolni. Na indywidualnych lekcjach szukają wymówek: że brak czasu, że brak zdolności językowych.

„Większość moich uczniów to ludzie, którzy z angielskim mają przede wszystkim problem psychologiczny” - mówi Anna Słota, nauczycielka angielskiego i psycholog. Na pierwszych lekcjach zazwyczaj opowiadają, dlaczego nie mogą nauczyć się angielskiego. Czują się bezradni, sfrustrowani, gorsi niż reszta. Są przeświadczeni, że wszyscy dookoła nauczyli się angielskiego, tak jakoś „przy okazji” albo mieli „lepszy start”. Mimo że płacą za każdą godzinę, dosłownie na każdą się spóźniają. Mało tego, często w ogóle nie przychodzą. „Moją rolą jest pokazać im rzeczywistość. Po pierwsze, że mówią po angielsku, w końcu mi o tym opowiadają właśnie w tym języku, zazwyczaj zresztą dość płynnie. Po drugie, że jednak robią postępy - jeszcze miesiąc temu nie umieli napisać e-maila, teraz robią to na lekcji bez trudu. Po trzecie, że nauka to proces, nie prezent. I po czwarte, że to oni sami szukają wymówek, żeby niewiele się zmieniło” - mówi Słota.