Odpowiedzią na te nastroje jest ożywanie dawnych trendów, wyszukiwanie czego się używało na początku bieżącego milenium, a do tego producenci ośmieleni rosnącą popularnością niekonwencjonalnych rozwiązań, dorzucają do tego swoją cegiełkę. Z finansowego punktu widzenia, w kwestii analogowej fotografii bardzo cieszy powrót półklatkowców. Taki aparat w końcu robi dwa razy więcej, w cenie jednej kliszy.
Aparat Lomo dostarczy dwa razy więcej zabawy
Kto chociaż raz używał aparatów analogowych półklatkowych, takich jak popularny model Kodaka H35N lub premium wariant Pentax 17 (cudowny aparat, lecz poza normalną kieszenią), ten na pewno docenił jego wyjątkową właściwość.
Możliwość uchwycenia dwóch zdjęć na jednej klatce kliszy to okazja, żeby ze standardowej rolki 36 zdjęć zrobiły się imponujące 72 ujęcie, które nawet w przeliczeniu na jednostkową cenę za zdjęcie, wgniatają w ziemię inne popularne, analogowe rozwiązanie – instax/polaroid. Co prawda cierpi na tym trochę jakość, lecz nikt nie sięga po tego typu aparat szukając chirurgicznej precyzji. Liczy się dobra zabawa w rytm błyskającego fleszu, który nie jest przerywany sesją oglądania jak wyszło.

Z taką obietnicą frajdy i wolności do premiery się zbliża nowa propozycja jednego z najpopularniejszych producentów analogowych aparatów imprezowych. Półklatkowiec Lomography jest tak wyluzowany, że nawet nie posiada wyjątkowej nazwy, tylko po prostu widnieje w katalogu jako Półklatkowy aparat łatwy w użyciu wielokrotnego użytku (Half-frame Simple Use Reloadable Film Camera). Cóż, nie nazwa zdobi człowieka, prawda? Pomimo nudy w kwestii nazwy, możliwości są duże, chociaż również ograniczone, lecz to się rozumie samo przez się, kiedy się decyduje na kieszonkowy aparacik.

Po pierwsze, jako że robi pół klatki, to trzeba w głowie przestawić trochę perspektywę. Bowiem ten aparat robi pionowe zdjęcia w poziomie, zaś w poziomie pionowe. Wszystko przez wykorzystanie prostokątnej powierzchni, po przecięciu klatki w połowie powstaną nam następne prostokąty, lecz obrócone o 90 stopni. Łatwo jest o tym zapomnieć.
Od technicznej strony patrząc, oznacza to, że zamiast standardowego zdjęcia 35 x 24mm, otrzymamy 17 x 24mm. Jak to mówi Lomography:
Dwa razy więcej emocji, szokujących momentów, skandali i niespodzianek
Do wyboru są warianty czarno-biały i kolorowy, lecz one decydują jedynie o szacie graficznej oraz załadowanym, wliczonym w cenę filmie. Adekwatnie do wariantów, kolorowy ma wewnątrz kolorową rolkę LomoChrome Classicolor ISO 200, a monochromatyczny aparat Lomography Lady Grey ISO 400. Każdy ma po 20 klatek, a to oznacza po 40 zdjęć. Po wszystkim można włożyć dowolny film 35mm. Obydwa korpusy mają też wbudowany flesz na jedną baterię AAA i opcja kolorowa posiada przy lampie trzy kolorowe kawałki plastiku, które mogą zostać wykorzystane do stworzenia fikuśnego zdjęcia.
Czytaj też: Aparat, który robi słabe zdjęcia, a jednak każdy chce go mieć. Czego dziś szukamy w fotografii?
Inna obudowa, ten sam oldschoolowy vibe
Lomography, jak to Lomography zapewne nie rozpieści jakością obudowy, która jest standardowa dla tych aparatów i wręcz oczekiwana. Niemniej, jest to wciąż pełnoprawny aparat o przemyślanej konstrukcji. Dzięki temu, że jest bardziej kwadratowy, mocniej zachęca do zabawy, bez tworzenia potrzeby robienia tych zdjęć trzymając aparat poziomo. Poza tym, taki obły, lekko baryłkowaty kształt jest bardzo uroczy.

Tradycyjnie dla tej kategorii aparatów point-and-shoot, obiektyw nie jest niczym wybitnym. To poczciwy, dość szeroki 21mm o świetle f/9, zatem lepiej używać tego fleszu jakby jutra miało nie być (ładuje się 15 sekund) lub w pełnym słońcu. Fotografie wychodzą ostre już od 60 centymetrów, ale nie oszukujmy się, że się po to sięga ten aparat, aby był ostry. To ma być przede wszystkim dobra zabawa, a jak wesoło rozmyje selfie ze znajomymi, tym lepiej dla wspomnień. Prędkość migawki 1/120s zadowoli wielu.

Na tę chwilę trwa preorder, aparaty mają trafić do pierwszych nabywców jeszcze w tym miesiącu i na razie nie mamy polskiej ceny. Wersja B&W kosztuje 24,90 euro, zaś wariant kolorowy o pięć więcej, 29,90 euro. Realistycznie można się spodziewać około 120-140 złotych, co i tak jest lepszą opcją niż około 260 za Kodaka albo 1999 złotych za Pentaxa 17, lecz ten jest zupełnie inną ligą.
