"Wszystkie, bez wyjątku, nowoczesne dyscypliny naukowe mają związek z wojnami i z nieustannym poszukiwaniem lepszej i silniejszej broni” – pisze Ernest Volkman, amerykański dziennikarz specjalizujący się w tematyce militarnej w książce „Nauka idzie na wojnę”. „Chemia zrodziła się z badań nad substancjami wybuchowymi, astronomia była potrzebna marynarce wojennej do prowadzenia nawigacji, matematyka umożliwiła obliczanie danych balistycznych broni, metalurgia powstała dzięki rozwojowi broni siecznej i palnej”.

Współczesna nauka nie bardzo chce się pogodzić z tymi faktami – zauważa Volkman. Wolimy  wyobrażać sobie naukowców jako geniuszy oderwanych od polityki, samotnie pracujących nad niezwykłymi odkryciami. Prawda jest jednak taka, że również dziś najbardziej skomplikowane technologie powstają, by zaspokoić potrzeby wojska. Badania nad sztuczną inteligencją od początku rozwijały się dzięki dotacjom wojskowym. Podobnie badania genetyczne – rozpoczął je Departament Energii Atomowej, by przestudiować uszkodzenia genetyczne u ofiar z Hiroszimy i Nagasaki. Projekt ten przerodził się w ogromny projekt ustalenia kolejności około trzech miliardów zasad w ludzkim DNA.

„Human Genome Project daje nadzieję na postęp w medycynie, lecz może mieć też poważne skutki militarne” – pisze Volkman. Nowe osiągnięcia nauki, takie jak robotyka czy nanotechnologia, rodzą coraz większe możliwości ale i obawy. „Już teraz prowadzi się badania nad ludzkimi genami w celu stworzenia nowych cudownych broni. Granty warte miliony dolarów przeznaczono na opracowanie nowej broni biologicznej, by stało się możliwe zniszczenie genów milionów ludzi przez naciśnięcie puszki z aerozolem. Im głębiej sięgają uczeni, odkrywając tajemnice mikro i makrokosmosu, tym więcej znajdują nowych metod destrukcji.
Pocieszające jest to, że armii zawdzięczamy nie tylko materiały wybuchowe, gazy trujące, broń biologiczną czy bomby atomowe, ale także konserwy, okulary przeciwsłoneczne, cyfrowe kamery, internet, drony i GPS.

 

GLUKOZA NA BIEGUNKI

Amerykańska dziennikarka Mary Roach biegnie w 40-stopniowym upale z plecakiem wypełnionym 15 kg piasku. Schodzi z bieżni (a raczej spełza) po siedmiu minutach, choć nie ma na sobie kamizelki, broni, amunicji ani hełmu, które ważą 40 kg. Taki ciężar dźwiga przeciętny żołnierz w Afganistanie. Jak to możliwe, że jest w stanie maszerować z tym przez dwa dni? Roach próbuje się tego dowiedzieć, uczestnicząc w testach prowadzonych w amerykańskim CHAMP (Consortium for Health and Military Performance), gdzie opracowuje się metody redukujące przegrzanie.