Krążek hokejowy wykonany z twardego kauczuku waży 160–170 gramów. Mocno uderzony leci z prędkością 160 kilometrów na godzinę. Potrafi – niczym gumowy pocisk – wybić wszystkie zęby, złamać nos lub wybić oko. W dodatku hokej to gra wymagająca bezpośredniego kontaktu. W ferworze walki skacze adrenalina, rośnie poziom agresji. Hokeiści walczą w pełnym tego słowa znaczeniu, używając całej siły ramion i pomagając sobie w starciach twardym kijem. Nic więc dziwnego, że gra się zawsze w ubiorach przypominających zbroje. Oprócz obowiązkowych kasków z metalową osłoną na żuchwę i tzw. bodiczków – osłon z tworzywa na barki i pierś, chroni się również golenie i łokcie. Najmocniejsze zabezpieczenia nosi bramkarz, który jest wystawiony na silne uderzenia krążkiem i ataki kijem. Gra w specjalnym skórzanym kombinezonie z osłoną tułowia „zbrojoną“ plastikiem i gąbką oraz w kasku z przyłbicą, której pręty są ułożone na tyle ciasno, żeby zatrzymać krążek.

Potężne rękawice pozwalają bezpiecznie przechwycić pędzący z ogromną prędkością krążek. Niestety, nawet hokejowe zbroje nie zawsze są skuteczne. Na lodowiskach, zwłaszcza w meczach zawodowej ligi NHL (National Hockey League), gdzie gra się o wielkie pieniądze, zdarzają się dramatyczne wypadki. Dwudziestego drugiego marca 1989 roku Kanadyjczyk Clint Malarchuk, grający w zespole Buffalo Sabres, zderzył się ze Steve’em Tutlem z St. Louis Blues. Obydwaj przewrócili się, a Tutle nieszczęśliwie trafił łyżwą w szyję Malarchuka. Ostrze natychmiast przecięło gardło i tętnicę. – W mgnieniu oka zrozumiałem, że została mi jedna– –dwie minuty życia. Szykowałem się na śmierć – opowiadał później cudem ocalony Malarchuk. Widok kałuży krwi rozlewającej się po lodzie zaszokował kibiców – na widowni dwie osoby doznały ataku serca. Hokeistę przewieziono do szpitala, gdzie na ranę założono 300 chirurgicznych klamerek i zszyto rozszarpane mięśnie. Podobnych przypadków było więcej. Mark Howe, inny znany zawodnik NHL, nadział się na jeden z prętów bramki, co skończyło się wielomiesięcznym leczeniem i utratą ponad 15 kilogramów. Trent McCleary niemal stracił głos po uderzeniu kijem prosto w tchawicę, a trafione krążkiem oko Bryana Berarda ocaliło dopiero siedem poważnych operacji. Ochronę głowy stosują także rugbyści. W tej dyscyplinie nie ma ostrych łyżew, za to największym zagrożeniem jest sama prędkość uzyskiwana przez zawodników.

W połączeniu z masą (rugbyści są potężnej budowy ciała, ważą często 120– –130 kilogramów) daje to ogromną energię. Zderzenie w czasie biegu jest szalenie niebezpieczne, stąd coraz częściej zawodnicy używają specjalnych kasków. Angielska nazwa kasków – skull cap (czapka na czaszkę) wyjątkowo trafnie oddaje ich przeznaczenie. – Chcesz mieć rozwaloną czaszkę? Graj bez osłon – ostrzegają dziennikarze BBC, którzy na swoim internetowym portalu prowadzą „akademię rugby”. Do listy wyposażenia obowiązkowego należą również osłony zębów.

BOLIDY W PUŁAPCE

Mówi się, że Formuła 1 to najbezpieczniejszy sport świata. Dlaczego? Bo w żadnej innej dyscyplinie sportowej nie wydaje się tak dużo pieniędzy na bezpieczeństwo. W poprzednim numerze „Focusa” pisaliśmy o ultramocnej konstrukcji bolidów oraz wyposażeniu, które gwarantuje przeżycie kierowcom. Tymczasem samochód i jego „cela bezpieczeństwa” to jeszcze nie wszystko. Ważny jest również sam tor, a ściślej to, jak zaprojektowano jego zakręty i strefy „wyłapywania” samochodów, które wypadły z trasy. Wyścigi F1 odbywają się na 17 torach na całym świecie. Trzy najnowsze obiekty – Sakhir w Bahrajnie, Instambul w Turcji oraz tor w Szanghaju powstały w ciągu ostatnich trzech lat. Tylko na budowę toru w Bahrajnie wydano około 150 milionów dolarów. Lwia część funduszy poszła na zaprojektowanie i przygotowanie bezpiecznej „jezdni”, na której ścigają się kierowcy. Specem od takiego szczególnego projektowania jest Niemiec Hermann Tilke. To on odpowiada za profil zakrętów, które umożliwiają jazdę z prędkością ponad 250 kilometrów na godzinę. Tilke i jego zespół projektuje „szykany”, których zadaniem jest kontrolowane zwalnianie rozpędzonych bolidów oraz specjalne pasy, przeznaczone do wyłapywania aut wyrzuconych poza tor. Tuż obok toru umieszcza się wąski pas trawy. Jeśli bolid zjedzie z asfaltu i trafi na trawę, zazwyczaj wraca do walki.

 

Jeśli siła odśrodkowa była zbyt duża i samochód zostanie wypchnięty kilka metrów dalej, trafi na pas żwiru. Jego warstwa ma zaledwie kilkanaście centymetrów grubości, ale kamyki są bardzo drobne, okrągłe i łatwo ustępują pod najmniejszym ciężarem. W żwirowej „pułapce” samochód wyścigowy błyskawicznie się zapada, a koła z oponami bez bieżnika nie mają żadnej przyczepności. Wystarczy, żeby zatrzymać każdego kierowcę. Na zakrętach, na których jeździ się szybciej, pasy zieleni i żwiru są odpowiednio szersze. Wzdłuż całego toru umieszcza się również bariery z opon. Jeśli bolid przebije się przez żwir, na nich wytraci resztę energii.

BEZPIECZNY JAK BUNKIER

Rok 2001. Rajd Polski w Górach Sowich. Janusz Kulig bardzo chce wygrać. Rozpędza swojego Forda Focusa WRC do granic możliwości. Jedzie po wariacku – na prostych prędkość sięga 180 kilometrów na godzinę. Taki pęd nie robi może wielkiego wrażenia na autostradzie, ale Kulig jedzie przecież wąską górską drogą w szpalerze drzew z pniami metrowej średnicy. W ciągu sekundy Focus pokonuje 50 metrów. Kulig zbliża się do małego mostka. Nagle jego rajdówka wpada w dziurę, a mocne szarpnięcie przy dużej prędkości dosłownie „wypluwa” Forda poza drogę. Kulig nie może nic już zrobić – jego Focus uderza w skały z prędkością, którą później oszacowano na 150 kilometrów na godzinę. Auto wielokrotnie koziołkuje i zatrzymuje się dopiero po kilkudziesięciu metrach.

Wrak Focusa jest pognieciony jak kulka z papieru i nadaje się już tylko na złom. Tymczasem Kulig i jego pilot Jarek Baran wychodzą z opresji zszokowani i potłuczeni, ale bez żadnych poważnych obrażeń. Co ich uratowało? Samochód rajdowy, którego konstrukcja ma odporność betonowego bunkra! Rajdówki przypominają zwykłe samochody, ale niewiele mają wspólnego z autami wytwarzanymi seryjnie. Wszystkie generacje Focusa WRC są budowane ręcznie. Karoseria jest wzmacniana, a w jej wnętrzu umieszcza się siatkę z rur stalowych. To tzw. klatka bezpieczeństwa, która usztywnia całą karoserię i bezpośrednio chroni załogę w razie dachowania czy uderzenia w drzewo. Na jej zbudowanie potrzeba kilkadziesiąt metrów profili ze stali chromowo-molibdenowej, która jest szczególnie odporna na wyginanie i rozciąganie. Bez klatki żaden samochód rajdowy nie może się ścigać i nie zostanie dopuszczony do jazdy na odcinkach specjalnych. Federacja automobilistów FIA każe ją bardzo dokładnie badać. Za pomocą promieni Roentgena sprawdza się wytrzymałość poszczególnych spawów, klatka przechodzi również test na wyginanie. Do wykończenia samochodu rajdowego używa się włókna węglowego i kewlaru. Części z tworzyw są lekkie, pełnią też rolę dodatkowych usztywnień i absorbują energię zderzenia. – Kewlar jest niepozorny, ale piekielnie mocny – mówi Łukasz Komornicki, kierowca rajdowy i wyścigowy, kilkukrotny uczestnik Rajdu Dakar. – Elementy z tego tworzywa wydają się wiotkie jak plastiki starego trabanta, ale to tylko pozory. Kewlar nie poddaje się nawet uderzeniom siekiery. Można go ukruszyć i wybić w nim niewielką dziurę, ale jest mocniejszy niż stal! Sztywna karoseria i mocna klatka bezpieczeństwa to nie wszystko. Rajdówki są wyposażone w kubełkowe siedzenia przykręcone na stałe do podłogi. Załoga jedzie zawsze przypięta sztywnymi pasami, obowiązkowo w kaskach, rękawicach i niepalnych kombinezonach z nomeksu. Zwiększa to szansę przeżycia pożaru – kombinezon zapewnia ochronę w temperaturze 850 stopni Celsjusza przez kilkanaście sekund.

FENOMEN NAGŁEJ ŚMIERCI


Dla zawodowców pracują sztaby lekarzy, fizjologów, rehabilitantów i terapeutów, a wielkie odzieżowe i obuwnicze koncerny starają się zaprojektować sprzęt, który pomoże w biciu kolejnych rekordów i zagwarantuje sportowcom bezpieczeństwo. Tymczasem mimo milionów dolarów, które co roku idą na badania, sportowcy i tak umierają. Ba, czasem tracą życie nagle i bez wyraźnych powodów, bez śladów uderzeń, cięć czy złamania. Jak kolarz Joachim Halupczok lub światowej sławy lekkoatletka Florence Griffith- -Joyner. W obu przypadkach podejrzewano szkodliwy wpływ dopingu, ale po szczegółowych badaniach okazało się, że Halupczok zmarł wskutek ataku serca, wywołanego przerostem jednej z komór, a Griffith-Joyner cierpiała na rzadką odmianę nowotworu – naczyniaka mózgu. Sportowcy potrafią wprawdzie walczyć z sekundami, ale nadal pozostają tylko dobrze wytrenowanymi ludźmi. Sport większości z nas daje zdrowie, jednak wyczynowców może nawet zabić.

Rafał Jemielita