Historia Astona Martina regularnie się przecinała z tą pisaną dla agenta jej królewskiej mości, Jamesa Bonda. Nie powinno zatem dziwić, że najnowszy supersamochód, zachwycający osiągami i potęgom silnika V12 został opracowany właśnie w ramach programu Q, nawiązującego swoją nazwą do wynalazcy dostarczającego nowości do dyspozycji agenta 007.
Limitowany Aston Martin Valen ma być królem swojej kategorii
Brytyjski producent chciał od razu wszystkich onieśmielić, nim w ogóle się dowiedzą czegokolwiek o spoczywającym pod maską silniku. Od pierwszego rzutu oka wzrok przyciągają liczne załamania linii, które utrzymują pojazd w dość jednakowej estety super samochodów, lecz jednocześnie dodając szyku tak dobrze znanego z elegancji klasycznych samochodów tej marki.

To wszystko dzieje się obserwowane przez pryzmat wyjątkowego, matowego lakieru (satynowy andromeda red) zmieniającego swój kolor w zależności od pozycji, więc nigdy nie widzi się tego samego przez co można liczyć na regularne odkrywanie czegoś nowego. Równie zachwycająco, acz nawet odrobinę przytłaczająco, co karoseria z włókna węglowego, prezentuje się przód Valena.
Aston Martin porzucił tradycyjne S na rzecz prostej linii ciągnącej się od jednego wąskiego oka reflektora do drugiego, łypiącego po przeciwnej stronie. To pod nimi zaś czeka majestatyczny grill, który niewątpliwie doskonale wspiera chłodzenie, lecz z taką samą skutecznością wprowadza odrobinę trwogi swoim ostrym, bezkompromisowym designem.

Po drugiej stronie pojazdu, równie onieśmielająco się prezentuje tył, który wita wbudowany, zamiast odstającego, spoiler oraz chowającą się pod nim przestrzeń bagażnika mieszczącego około 170 litrów załadunku. Na zewnątrz jednak jest co jeszcze podziwiać. Wzdłuż skrzydła rozciąga się futurystycznie wyglądający LED, rury wydechowe z drukowanego w 3D tytanu. Pomimo tego rozbudowanego i wielowarstwowego projektu, uważam, że szczególnie zachwyca jego niecodzienny, zadarty kształt możliwy do zauważenia dopiero z profilu.
Pod maską potwór V12. Najsilniejszy silnik w historii marki Aston Martin
To właśnie pod nią skrywa się gwóźdź programu, ogromny silnik V12 z podwójnym doładowaniem o pojemności 5,2 litra. Zgodnie z oczekiwaniami, po takim wstępie, moc powala oferując 850 koni mechanicznych o maksymalnym momencie obrotowym o wartości 1000 Nm. Kierowcę wspiera w opanowaniu tego wszystkiego ośmiobiegowa skrzynia automatyczna ZF.

To wszystko przedkłada się na wyniki, pozwalając osiągnąć setkę w 3,1 sekundy, a na właściwym, bezpiecznym gruncie uda się nawet wykręcić 342 km/h, w kakofonii ryczących rur, które zostały zaprojektowane w taki sposób, żeby zmiana odpowiednich biegów była komunikowana także przy ich pomocy.
Czytaj też: Breitling zamknął Aston Martina w zegarku. Bond kupiłby go bez mrugnięcia
Żeby wesprzeć takie osiągnięcia, konstruktorzy zrobili co mogli, aby stosując nowe technologie uciąć 110 kilogramów z ostatecznej masy pojazdu. Wszystko dzięki włóknu szklanemu, tytanowi, stopowi magnezu i aluminium.
Na kierowcę czeka surowy, lecz gustowny minimalizm nieodciągający wzroku od tego co najważniejsze
Gnając 300 km/h kierowcy nie powinno interesować nic poza drogą przed nim, więc projektanci podeszli wręcz brutalnie do ograniczenia dodatków w kokpicie. Są obecne właściwie niezbędne elementy i tylko one. Czyli automatyczna skrzynia biegów, niewielki ekran do obsługi nawigacji, wskaźniki prędkości, poziomu paliwa, obrotów i wszystko to, co zna każdy kierowca. Czyli bez fajerwerków, ale po co one skoro już się jedzie w rakiecie?

Każdy element jest zaskakująco skromny i próbujący się wręcz schować w otoczeniu, aby nie odwracać uwagi kierowcy i jego pasażerów. Aston Martin w swoim maksymalizmie wprowadza absurdalnie minimalistyczną przypominajkę, że siedzi się tutaj dla wrażeń z jazdy, nie sprawdzania co słychać u znajomych na social media.

Liczba sztuk do zakupu jest bardzo ograniczona do zaledwie 150 sztuk. Pierwsze Valeny mają dotrzeć do swoich przyszłych właścicieli w drugim kwartale przyszłego roku.
Źródła: designboom, astonmartin
